Wywiady z laureatami konkursu SDP 2017:
Michał Król; Tomasz Patora; Dr hab. Dagmara Drzazga; Marcin Makowski; Dariusz Jaroń; Tadeusz Koniarz;
Ponieważ w tej laudacji padać będzie wielokrotnie tytuł „Gość Niedzielny”, od razu na wstępie chciałbym podkreślić iż Laur SDP za rok 2017 przyznaliśmy nie tygodnikowi, który we wrześniu skończy 95 lat, ale ks. Markowi Gancarczykowi, który w styczniu skończył lat 52. To uściślenie jest zapewne konieczne, bo 22 lata swego życia ks. Marek oddał „Gościowi”, przez 15 lat kierując tym pismem. Zanim został redaktorem naczelnym dużego, odniósł spektakularny sukces z „Małym Gościem”, wyprowadzając go na pozycję lidera pism dziecięcych. Podobnie – gdy w styczniu 2018 zakończył swoją misję szefa redakcji, zostawił „Gościa” na pierwszym miejscu rankingu najlepiej sprzedających się tygodników opinii w Polsce.
I właśnie za stworzenie modelu pisma, który Polacy kupują najchętniej przyznajemy ks. Markowi Gancarczykowi nasz laur. Tym bardziej, że jest to model idący pod prąd najgorszym trendom niszczącym dziś rynek prasy. „Gość” udowodnił, że można nie tylko przetrwać z ambitnym tygodnikiem, szanującym w równym stopniu czytelników jak dziennikarzy, ale wysoka jakość – dosłownie – może się opłacać.
„Gość Niedzielny” Marka Gancarczyka to produkt all inclusive. To przede wszystkim pismo katolickie, ale także pełnoformatowy tygodnik zawierający w każdym wydaniu: reportaż społeczny, analizy polityczne, obszerny dział zagraniczny, świetnie redagowany dział naukowy, kulturę wysoką i popularną oraz znakomite zdjęcia prasowe.
Co więcej, wszystkie materiały mają charakter źródłowy. Reporterzy „Gościa” są na linii frontu ukraińskiego, na granicy Korei Północnej z Południową, wśród prześladowanych chrześcijan i na podlaskiej wsi. Ks. Marek nie uznawał bowiem informacyjnego recyklingu. Dbał o oryginalny kontent, bo model finansowania „Gościa” był „od zawsze” związany ze sprzedażą tygodnika, a nie – jak w przypadku większości gazet – powierzchni reklamowej.
Dzięki takiej formule, pod skrzydłami ks. Marka Gancarczyka, dziennikarze mogli rozwijać skrzydła, stawiać sobie ambitne cele, spełniać się zawodowo. Przychodziło im to o tyle łatwiej, że „Gość” – znów wbrew ponoć nieuchronnym trendom – stwarzał komfort pracy, preferując zawieranie z dziennikarzami umów o pracę. Zbudował dzięki temu redakcję z prawdziwego zdarzenia, opartą na relacjach międzyludzkich, a nie mailach i sms-ach.
15 lat ks. Marka to także fenomen 19 mutacji „Gościa”, które udało się nie tylko utrzymać, ale i konsekwentnie rozwijać, mimo całej serii perturbacji na rynku. Dzięki temu mamy środowiska dziennikarskie także w mniejszych ośrodkach.
Ten Laur jest potrzebny także dlatego, że ks. Marek, choć osiągnął sukces bezprecedensowy, przez cały czas działał w rzeczywistości orwellowskiej. Mógł cytując mistrza z Czarnolasu mówić „pełno nas, a jakoby nikogo nie było”, bo konkurencja i większość medioznawców – wciąż nie chce zaakceptować faktu, że imponujące wyniki sprzedaży „Gościa” są osiągane w warunkach normalnej rywalizacji rynkowej (choć nie tylko w kioskach) i z uporem prezentują zestawienia podawane przez Związek Kontrolerów i Dystrybutorów Prasy z pominięciem katolickiego tytułu. Pojawia się również uzasadnienie, „bo dystrybuowany w kościołach”, które jest formą słabo skrywanej sugestii, że „Gościa” się tam nie sprzedaje, lecz rozdaje. Tymczasem Związek Kontrolerów i Dystrybutorów Prasy podaje swoje twarde dane w oparciu o faktury, a nie deklaracje wydawców.
Ks. Marek Gancarczyk pozostanie w naszym środowisku instytucją, także dlatego że pozostawia po sobie Instytut „Gość Media”. Przez czas jego kadencji tygodnik i miesięcznik wzbogacone zostały bowiem o dwa portale i rozwijają się sieć rozgłośni radiowych. Dzieło, zaiste godne lauru SDP.
Laudacja napisana i wygłoszona przez red. Piotra Legutkę
na Gali Rozdania Nagród Konkursu SDP 2017 w dniu 21 marca 2018 r
Fot. Donat Brykczyński
Z ks. Markiem Gancarczykiem o fenomenie “Gościa Niedzielnego” rozmawia Błażej Torański.
Ks. Marek Gancarczyk,
rocznik 1966, absolwent Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego w Katowicach. W latach 2003–2018 redaktor naczelny „Gościa Niedzielnego” i dyrektor Instytutu Gość Media. Wcześniej – od 1996 – redaktor naczelny „Małego Gościa Niedzielnego”.
Lubi ksiądz zapach papieru?
O, bardzo. Od razu kojarzy mi się z nowymi książkami, a jeszcze bardziej z ledwie co wydrukowanymi gazetami.
Jak pachnie „Gość Niedzielny”?
Znajomo, dlatego bardziej interesował mnie zapach innych gazet.
Jakich? Na przykład „Polityki”, głównego rywala „Gościa” wśród tygodników opinii? Czyta ksiądz „Politykę”?
Przeglądam i czasami czytam. Zawsze miałem na biurku wszystkie tygodniki opinii.
Czego ksiądz zazdrości „Polityce” czy „Newsweekowi”?
Kilkanaście lat temu, na początku mojej drogi w „Gościu”, zazdrościłem im wielu rzeczy, ale przede wszystkim sprzedaży, wtedy o wiele wyższej od sprzedaży katowickiego tygodnika. Ale z biegiem czasu ten powód do zazdrości zniknął.
A szaty graficznej? Techniki?
Stopniowo i te elementy sztuki edytorskiej doszlusowały do ogólnie przyjętego poziomu, a w innych wybiły się na czoło. Myślę chociażby o zdjęciach, które są mocną stroną „Gościa”. Ale oczywiście moja główna uwaga skupiała się na jakości i różnorodności tekstów. W „Gościu” od lat obecny był reportaż czy fotoreportaż, z czego wiele tytułów już dawno zrezygnowało, przede wszystkim – jak sądzę – ze względu na stosunkowo wysokie koszty przygotowania tego rodzaju materiału.
Rzeczywiście przez lata tytuły katolickie były siermiężne. A nie zazdrościł im ksiądz wolności wypowiedzi? Tego, że nie mają nad sobą cenzury arcybiskupa?
Nie, swobody nigdy im nie zazdrościłem, bo ją miałem. A poza tym było dla mnie rzeczą oczywistą, że katolickie pismo musi być głosem Kościoła, a nie tylko jakiejś grupy ludzi. Powiem więcej, katolickość „Gościa” jest atutem. Szczególnie było to widoczne kilkanaście lat temu, gdy na rynku medialnym zdecydowanie dominowały czasopisma lewicowe. Wówczas pokazywanie rzeczywistości z chrześcijańskiego punktu widzenia wyróżniało tygodnik.
Metropolita katowicki nigdy nie wtrącał się w redagowanie „Gościa”?
Przez wszystkie te lata miałem wielką swobodę redagowania. Wiem zresztą z doświadczenia, że gdy się czuje nad sobą …
… oddech cenzora?
… tak bym tego nie chciał nazywać. Myślę o zaufaniu. Bez niego nie da się robić dobrego czasopisma.
Tygodnik katolicki jest medium niezwykle delikatnym. „Gość” od lat jest liderem sprzedaży wśród tygodników opinii. W 2017 jego średnia sprzedaż wyniosła 123 tys. 450 egz. Na czym polega fenomen „Gościa”?
(śmiech). O to należałoby raczej pytać kogoś innego. Na pozycję „Gościa” złożyło się wiele elementów, poczynając choćby od długiej, prawie stuletniej tradycji. Ponadto ludzie publikujący na łamach są autentycznie zaangażowani w redagowanie „Gościa”, ale też zaangażowani w życie Kościoła. I oczywiście nie mogę nie wspomnieć Bożego błogosławieństwa, o które zawsze w redakcji prosiliśmy.
Piotr Legutko, dyrektor TVP Historia i publicysta „Gościa” uważa, że tygodnik daje z siebie więcej niż zakłada. Jego zdaniem tygodnik dba o oryginalny kontent: „Reporterzy tygodnika są na linii frontu ukraińskiego, na granicy Korei Północnej z Południową wśród prześladowanych chrześcijan i na podlaskiej wsi”. To jest tajemnica sukcesu?
Rzeczywiście, udawało nam się bywać w wielu ważnych miejscach, czasami w kilku jednocześnie. Szczególnie pamiętam tragiczny kwiecień 2010 roku. Jedna ekipa „Gościa” była na Haiti po katastrofalnym trzęsieniu ziemi, druga na Malcie – gdzie z pielgrzymką miał przyjechać papież Benedykt XVI, a pod Smoleńskiem rozbił się prezydencki samolot. Dodatkowo wybuch wulkanu na Islandii wstrzymał loty i unieruchomił naszych dziennikarzy i na Haiti, i na Malcie. Docieraliśmy w najdalsze zakątki świata, np. do katolików w Wietnamie. Miałem taką ideę, aby pokazywać Kościół katolicki w regionach zupełnie nieznanych. No, bo co my w Polsce wiemy o katolicyzmie w Wietnamie? Jeżeli już coś do nas docierało, to za pośrednictwem dużych agencji informacyjnych, które mają lewicowy przechył i przekazują zafałszowany obraz Kościoła.
To jest kosztowne. Nieliczne redakcje stać na wysyłanie korespondentów za granicę. Tymczasem „Gość Niedzielny” dorobił się oryginalnego, silnego modelu budżetu. Czy opiera się on przede wszystkim na tym, że sprzedajecie tygodnik, a nie powierzchnię reklamową?
To jest bardzo dobrze powiedziane. Dotychczas pieniędzy wystarczało, aby pozwolić sobie na materiały zagraniczne. Sprzedaż egzemplarzowa miała w budżecie zawsze większe znaczenie, aniżeli reklamy. Choć przychody reklamowe z roku na rok także rosły. Nie był to skokowy wzrost, ale stała tendencja.
Dla większości redakcji punktem odniesienia jest jednak reklamodawca. Prasa kokietuje jedynie wybranych. Media pytają, co widzom się podoba, a nie kreują wzorców, nie wpływają na mowę, na wrażenia estetyczne odbiorców. Czy „Gość Niedzielny” idzie w tym sensie pod prąd?
Generalnie zawsze myślałem o redagowaniu dobrej gazety. Miałem na uwadze czytelników, a nie reklamodawców. Może byłem naiwny, ale początkowo nawet nie dostrzegałem związku pomiędzy linią, doborem tematów, a przychodami z reklam. Czas pokazał, że sprzedawanie tygodnika, a nie powierzchni reklamowej przynosiło dobre efekty.
Jaką rolę w tym budżecie pełniły dodatki diecezjalne, których „Gość” ma dwadzieścia?
Dodatki wprowadził mój poprzednik, ks. Stanisław Tkocz. Na tamten czas, kiedy sieć internetowa majaczyła dopiero na horyzoncie, pomysł ks. Tkocza był genialny. Dzięki dodatkom udawało się opisywać życie religijne Kościoła lokalnego. Bardzo mi się to podobało. W jednym tytule, w jednym numerze, mogliśmy opisać chociażby wspomniany już Kościół w Wietnamie i w niewielkiej polskiej parafii.
Tytuły katolickie także konkurują. Niektórzy proboszczowie nie wpuszczają „Gościa Niedzielnego” do swojej parafii. Czy dlatego, że bliższe ich sercu są inne wydawnictwa katolickie czy biuletyny parafialne?
Tak się zdarzało, ale to problem sprzed lat, który obecnie nie ma już większego znaczenia.
Nie ma nieformalnego podziału Polski na wpływy „Gościa”, „Niedzieli”, „Przewodnika Katolickiego” czy Tygodnika „Idziemy”?
Nieformalny podział istnieje, ale w dużej mierze wynika z tradycji i przyzwyczajenia do tytułu znanego w danym regionie od dziesiątek lat. W przypadku tytułów katolickich, które w większości mają prawie stuletnią albo nawet ponad stuletnią historię, to istotny element, o którym warto pamiętać.
Czy tygodniki opinii w Polsce pogodziły się już z faktem, że w ich gronie jest „Gość Niedzielny”? Często w rankingach Związku Kontroli Dystrybucji Prasy katowicki tygodnik był i jest pomijany.
Nadal mają z tym problem. Początkowo mnie to irytowało, ale później przestało mi to przeszkadzać, a nawet zaczęło bawić. Ostatecznie i reklamodawcy, i czytelnicy wiedzieli jaka jest prawda.
Mariusz Ziomecki powiada, że nie istnieje w mediach kategoria prawdy, tylko kategoria newsa. Eryk Mistewicz idzie jeszcze dalej: na dziesięć newsów siedem jest kryptoreklamą albo „spinem”, informacją podrzuconą przez polityków. Czy „Gościowi Niedzielnemu” ten świat jest obcy?
Na pewno „Gość” świadomie nie wypuszcza fałszywych informacji, ale musi się mierzyć ze wspomnianą kryptoreklamą czy „spinem”, by samemu nie dać się złapać na tę wędkę i w ten sposób nie przyłożyć ręki do zwielokrotnienia kłamstwa.
Gazety papierowe coraz częściej są elitarne, ekskluzywne, jakby trafiały do czytelnika, który je muska palcami, sprawdza ich zapach. „Gość” postawił na sprzedaż egzemplarzową. Jak długo przetrwa w papierze?
Życzyłbym sobie, aby do końca świata. Jestem przecież z pokolenia, które jeszcze wychowało się na zapachu gazety, nawet jeżeli to był zapach „Trybuny Robotniczej”. Ale „papier” zniknie, zostanie zjedzony przez Internet. Zresztą potwór, jakim jest Internet, jest nienasycony. I – jak widzimy – połyka wszystko, ku zadowoleniu miliardów na całym świecie i ku mojej małej nostalgii.
[21.03.2018]
Źródło:
http://www.sdp.pl/wywiady/15135,zapach-goscia,1521634310
List otwarty do JE ks.abpa Wiktora Skworca
w sprawie odwołania ks. Marka Gancarczyka z funkcji redaktora naczelnego Tygodnika “Gość Niedzielny”
Czcigodny Księże Arcybiskupie!
Z bólem, niedowierzaniem i głębokim niepokojem przyjęliśmy wiadomość o odwołaniu z funkcji redaktora naczelnego tygodnika „Gość Niedzielny” ks. Marka Gancarczyka.
Z bólem, gdyż to właśnie ks. Gancarczyk, rozwijając dziedzictwo swoich poprzedników, stworzył unikatową formułę czasopisma, łącząc rzeczy stare z nowymi. Z ogromnym poświęceniem i zaangażowaniem budował markę tygodnika, która przekraczając granicę diecezji katowickiej, stała się rozpoznawalna w całej Polsce, a nawet za granicą. Nagłe pozbawienie go funkcji może być interpretowane jako zakwestionowanieobecnej linii „Gościa Niedzielnego” - jednego z najważniejszych tytułów, który wyrósł na gruncie ortodoksji Kościoła Śląskiego i jest dzisiaj cennym darem dla Kościoła w całej Polsce.
Ksiądz Marek Gancarczyk w czasach wszechobecnej komercjalizacji i tabloidyzacji mediów stworzył formułę pisma, które ewangelizacyjny przekaz łączy z informacją i publicystyką redagowaną na wysokim poziomie. Jego zasługą jest stworzenie na przestrzeni kilkunastu lat zespołu wybitnych dziennikarzy, laureatów licznych nagród branżowych, którzy odnajdują się znakomicie także w mediach świeckich. Dzięki dobrej formule pisma i linii programowej zgodnej z nauczaniem Kościoła, mogliśmy jako Czytelnicy i współpracownicy śledzić z zainteresowaniem debaty społeczne dotyczące spraw niezwykle ważnych, takich jak: obrona życia, obrona godności kobiet, polityka migracyjna, obrona wolnych niedziel czy obrona symboli religijnych w Europie. Debaty „Gościa” były zawsze merytoryczne i bardzo pozytywne. Prowadzone w duchu Ewangelii i stające w obronie najsłabszych.
Z niepokojem odnotowujemy pojawienie się (po dokonanej zmianie) w obiegu publicznym opinii na temat ks. Marka Gancarczyka, w naszej ocenie krzywdzących, które próbują pokazać go jako człowieka stronniczego. Ksiądz Marek był i jest kapłanem pokornym, który zawsze stawał po stronie Dobra i Prawdy, za co w 2008 roku otrzymał prestiżową Nagrodę Dziennikarską im. Bp Jana Chrapka „Ślad”.
Zabieramy głos w sprawie „Gościa Niedzielnego”, by wyrazić solidarność i szczerą wdzięczność dla ks. Marka Gancarczyka za wkład, jaki wniósł w 95- letnią historię tego pisma. Dzięki niemu „Gość” stał się niezwykle ważną instytucją medialną, budującą ogólnopolską społeczność. To dziś nie tylko najpoczytniejsze pismo, ale i największa redakcja w Polsce, współtworzona przez 20 oddziałów, mocno zakorzenionych w swoich diecezjach.
Apelujemy do nowego Redaktora Naczelnego, ks. Adama Pawlaszczyka i całego Zespołu, by zachował i rozwijał cenny dorobek „Gościa Niedzielnego”. Takie medium jak tygodnik opinii, zwłaszcza katolicki, jest organizmem niezwykle delikatnym, a na ostateczny i pożądany efekt pracuje się przez lata poszukiwań. Wyrażamy głęboką ufność, że kontynuowana będzie ta formuła i linia programowa, która dzisiaj stała się bliska ogromnej społeczności Czytelników „Gościa Niedzielnego”zjednoczonych wokół Boga i prawd wiary.
Z wyrazami szacunku,
Szczęść Boże!
Alina Petrowa-Wasilewicz, dziennikarka, autorka książek i laureatka Nagrody Dziennikarskiej „Ślad”;
Judyta Syrek, dziennikarka, autorka książek, konsultor podsekcji ds. mediów II Synodu Archidiecezji Katowickiej;
Piotr Legutko, dziennikarz, publicysta, współpracownik „Gościa Niedzielnego”;
Prof. Grażyna Chełkowska, fizyk;
Dominika Figurska, aktorka;
Dr Paweł Grabowski, lekarz, założyciel i kierownik Hospicjum św. Proroka Eliasza na Podlasiu;
Prof. Krystyna Heska-Kwaśniewicz, literaturoznawca, harcmistrzyni;
Marek Jurek, europoseł, współpracownik „Gościa Niedzielnego”;
Dariusz Karłowicz, filozof, publicysta, autor książek;
o. Leon Knabit OSB, współpracownik „Gościa Niedzielnego”;
Prof. Andrzej Nowak, historyk; współpracownik „Gościa Niedzielnego”;
Prof. Grzegorz Opala, neurolog;
Dr Helena Pyz, lekarka, świecka misjonarka pracująca wśród trędowatych w Ośrodku Jeevodaya w Indiach;
Agnieszka Porzezińska, dziennikarka prasowa i telewizyjna;
Rafał Porzeziński, dziennikarz radiowy i telewizyjny;
Krzysztof Skowroński, Prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich;
Dominik Zdort, dziennikarz, publicysta, autor książek;
Cena wiary
Z Michałem Królem, laureatem Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP rozmawia Błażej Torański.
Michał Król
30 lat, filmowiec. Studiował na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Pracuje w studiu Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego Młodzi Światu, gdzie zajmował się niemal wszystkim – pomagał w księgowości, kserował faktury, produkował filmy. Współautor serii filmów dokumentalnych „Prześladowani zapomniani” o dramatycznych historiach chrześcijan na świecie. Kręcił materiały między innymi w Syrii, Iraku, Pakistanie, Indiach, Egipcie, Birmie, Nigerii, Sierra Leone. W 2014 roku jego – i Macieja Grabysy – film „Być Koptem”, zrealizowany w TVP Kraków, otrzymał Nagrodę SDP im. Kazimierza Dziewanowskiego. Teraz – wraz z ks. Romanem Sikoniem - salezjaninem – jest współlaureatem Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP.
BŁAŻEJ TORAŃSKI: Czy można dostać wyrok kary śmierci za kubek wody?
MICHAŁ KRÓL: Trudno sobie wyobrazić, ale są kraje, w których można. Jednym z nich jest Pakistan, gdzie w poszukiwaniu historii prześladowanych chrześcijan natrafiliśmy z ekipą filmową na przerażający los Asii Bibi, skazanej przez sąd na karę śmierci za bluźnierstwo, którego nie popełniła.
Jak trafiliście na jej ślad?
Od kilku lat z Maciejem Grabysą realizowaliśmy serię filmów dokumentalnych „Prześladowani zapomniani”, poświęconych chrześcijanom na świecie. Byliśmy w Egipcie po Arabskiej Wiośnie Ludów, nagrywaliśmy świadectwa prześladowanych Koptów, którym palono kościoły, a całe rodziny żyją na wysypiskach i utrzymują się z segregacji śmieci. W Libanie pracowaliśmy nad filmem o chrześcijanach uciekających z Syrii, z Aleppo, kiedy powstawało Państwo Islamskie. Na jednej ze stacji benzynowych Maciek Grabysa kupił książkę Asii Bibi i francuskiej dziennikarki Anne Isabelle Tollet „Bluźnierstwo”. Postanowiliśmy się zająć tym tematem.
Asia Bibi była już w Europie znana.
Dzięki tej książce. Postanowiliśmy jednak porozmawiać w Paryżu z Anne Isabelle Tollet, byłą korespondentką telewizji France 24 w Pakistanie, i zrobić o Asi Bibi dokument, bo z materiałów, które analizowaliśmy wynikało, że nigdzie w jednym miejscu nie zebrano wszystkich wątków jej historii. Ponadto sprawa jest aktualna. Bibi nadal siedzi w celi śmierci. Nikt nie może się z nią zobaczyć, tylko najbliższa rodzina, mąż i córki. Anne Isabelle Tollet także jej w życiu nie spotkała. Asia Bibi odpisywała jej na pytania.
Asia Bibi: katoliczka z pakistańskiej wioski Ittanwali w stanie Pendżab, matka pięciorga dzieci. Analfabetka. Jej dramat narodził się banalnie: pokłóciła się z muzułmankami pracując w polu przy zbiorze owoców falsy …
Jest kilka wersji tych wydarzeń. Mamy akta sprawy, zeznania świadków, ale przesłuchano tylko oskarżycieli. Przyjęliśmy wersję, która najczęściej się powtarzała. Właściciel pola wyznaczył ją na liderkę grupy, co nie spodobało się innym kobietom, muzułmankom.
Napiła się wody z tego samego naczynia, co jej koleżanki z pola. To była iskra? Pretekst?
Kobiety oburzyły się, twierdziły, że nie ma prawa napić się z tego samego naczynia, co muzułmanki. Mahomet tego nie pozwala, argumentowały. Doszło do sprzeczki. Asia Bibi zareagowała, że to bzdura. Że Jezus Chrystus by na to zezwolił. Chrystus umarł za nas chrześcijan na krzyżu, mówiła, a co zrobił dla was Mahomet? Miała dorzucić, jak zeznały muzułmanki, że Mahomet, umierając, miał robaki w ustach. Pakistański sąd nie przesłuchał chrześcijan. Co ciekawe, nie wziął pod uwagę zeznań muzułmanek, bo kobiety nie mogą w Pakistanie być świadkami. Zostali nimi miejscowy imam i właściciel pola, którzy nie słyszeli kłótni.
Spirala nienawiści rozwijała się przez dwa, trzy dni. Nagle przed Asią Bibi wyrósł na polu rozjuszony tłum. Krzyczano na nią: „Zabieramy cię do wioski, brudna suko! Znieważyłaś naszego Proroka i zdechniesz za to! Śmierć jej! Śmierć chrześcijance!”.
We wsi tłum zacieśniał się wokół niej. Zawiązano jej skórzany pas wokół szyi, ciągnięto po ziemi, jakby była upartym osłem. Traktowano, jak psa. Poniżano i bito po twarzy, plecach, nogach, głowie. Krwawiła. Kiedy poprosiła o kubek wody podano jej mocz. Opisu tych wydarzeń nie ma w aktach sprawy.
Domagano się wyłupienia jej oczu.
Wtedy też, co kluczowe, zaproponowano jej przejście na islam. Gdyby się zgodziła, uniknęłaby odpowiedzialności. Tymczasem od dziewięciu lat siedzi w celi śmierci pod zarzutem bluźnierstwa.
Skazała ją społeczność małej wioski Ittanwali, gdzie jest zaledwie kilka domów chrześcijan. Nikt nie wziął jej w obronę.
Zwyciężył radykalizm. W prawie o bluźnierstwie nie potrzeba dowodów. Wystarczy oskarżenie. Jeśli muzułmanin oskarża chrześcijanina, ten drugi nie ma możliwości obrony. Prawo bluźnierstwa, określone w kodeksie karnym w par. 295, jest nadużywane w Pakistanie nie tylko przeciwko chrześcijanom. Także wobec muzułmanów.
Wystarczy zawiść, aby kogoś wtrącić do celi śmierci?
Dokładnie tak. Ale gdyby Asia była muzułmanką, wydarzenia mogły się inaczej potoczyć. Realizując film rozmawialiśmy z właścicielem pola i imamem. Potwierdzili, że nie słyszeli słów.
Na Pana filmie „Prześladowani zapomniani – Uwolnić Asię Bibi” wypowiada się salezjanin z Pakistanu, ojciec Miguel Angel Ruiz: „Jeśli jesteś oskarżony o czyn bluźnierczy przeciwko Koranowi podburzasz zaciętość ludzi do takiego momentu, że nie są już w stanie myśleć racjonalnie, ponieważ są ludźmi gotowymi na śmierć za wiarę. Są nie tylko gotowi, żeby umrzeć. Są gotowi również, żeby zabić. Dlatego dotykasz najbardziej intymnej rzeczy w ich życiu”.
Ojciec Miguel mieszkał w Pakistanie przez wiele lat i świetnie zna realia tamtego kraju. Prawdę jego słów zrozumieliśmy już podczas pierwszej wizyty w Ittanwali. Musieliśmy stamtąd uciekać. Za drugim razem pojechaliśmy tam z pakistańskim dziennikarzem, muzułmaninem. Trzeba jasno powiedzieć, że wielu muzułman zaangażowało się, aby tę sprawę wyjaśnić.
Jak były gubernator Pendżabu Salman Taseer, który wziął w obronę Asię Bibi.
Dążył on do reformy prawa o bluźnierstwie w pakistańskim kodeksie karnym. Tam jest wyraźnie napisane, że kto obrazi proroka Mahometa zasługuje na karę śmierci. Kto obraża Koran – na dożywotnie więzienie. Kto obraża religie islamu skazany zostanie na karę finansową, prace społeczne lub więzienie. Salman Taseer widział tę niesprawiedliwość i zaangażował w walkę z tym prawem z powodów religijnych.
Ale podkreślał też, że kara, którą otrzymała Asia Bibi łamie prawa człowieka.
Odczytano to, że – jego zdaniem – pakistańskie prawo o bluźnierstwie łamie prawa człowieka. Dlatego w szerokich kręgach radykalnych imamów uznano go także za bluźniercę i nawoływano do zabicia go.
I zrobił to jego własny ochroniarz Mumtaz Qadri. Oddając do niego 25 strzałów wykrzykiwał: Allahu Akbar!
Ważne, co się stało potem. Kiedy policjanci wprowadzali mordercę do samochodu ludzie obrzucali go kwiatami. A jego ojca tłum na ulicy podrzucał, jak bohatera. Sędzia nie miał wyboru: skazał ochroniarza Mumtaza Qadri na karę śmierci, bo zabił on gubernatora pełniącego obowiązki. Ale, co ciekawe, sędzia, który wydał wyrok, musiał uciekać z kraju. Część radykalnej opinii publicznej pyta: skoro powieszono Mumtaza Qadri, dlaczego Asia Bibi żyje?
Zginął też Shahbaz Bhatti, chrześcijanin, pakistański minister ds. mniejszości, który także zaangażował się w obronę Asi Bibi. Jak zginął?
Rozmawialiśmy z jego bratem. Shahbaz Bhatti po porannej modlitwie wyjeżdżał z domu. Pożegnał się z matką. Wsiadł do samochodu bez szyb ochronnych. Na chwilę przed śmiercią udzielił wywiadu. Dziennikarz zapytał go, czy nie boi się o swoje życie. Odpowiedział, że nikt nie może go zastraszyć przed czynieniem tego, co dobre. Zastrzelił go nieznany zamachowiec.
Zasadnicze pytanie, jakie nasuwa się po Pańskim filmie, dotyczy ceny życia. Czy stawiał Pan sobie pytanie, co zrobiłby na miejscu Asi Bibi? Czy przeszedłby Pan na islam?
Stale stawiam sobie takie pytanie. Dlatego ten film powstał, Aby chrześcijanie tu, w Europie, zastanowili się nad siłą własnej wiary.
Prowincjał Zgromadzenia Salezjańskiego w Krakowie ks. Adam Parszywka mówi, że los Asi Bibi dzieli miliony prześladowanych na świecie chrześcijan. Taka jest skala zjawiska?
Według statystyk organizacji, które pomagają chrześcijanom na świecie co kilka minut ginie jeden chrześcijanin.
[21.03.2018]
Źródło:
http://www.sdp.pl/wywiady/15156,cena-wiary-z-michalem-krolem-laureatem-glownej-nagrody-wolnosci-slowa-sdp-rozmawia-blazej-toranski,1521658421
Obywatel bez szans
Z Tomaszem Patorą o tym, jak łatwo zostać dłużnikiem rozmawia Błażej Torański
rocznik 1973, dziennikarz śledczy, przed laty współautor głośnego reportażu „Łowcy skór” o handlu informacjami o zgonach w łódzkim pogotowiu. Przez wiele lat pracował w „Gazecie Wyborczej”, od 2009 roku realizuje reportaże dla programu „Uwaga!” w TVN. Jest laureatem wielu nagród, wśród nich im. Kurta Schorka Międzynarodowej Szkoły Dziennikarstwa Columbia University w Nowym Jorku oraz (dwukrotnie) Grand Press w kategorii „dziennikarstwo śledcze”.
Za reportaż „Spłaca nieswoje długi”, zrealizowany dla programu TVN „Uwaga” otrzymał nagrodę SDP im. Egeniusza Kwiatkowskiego za dziennikarstwo ekonomiczne.
Chronisz swój PESEL Tomku?
Nie, dlatego, że to nie ma sensu.
Jak wypożyczasz rower wodny czy kajak na zalewie i proszą Cię o dowód osobisty, dajesz?
Daję. Ukrywanie swoich podstawowych danych, jak imię, nazwisko, PESEL, czy numer dowodu jest absurdalne. Badałem to. Jest zbyt wiele miejsc, w których musisz ujawnić te dane albo przesyłasz fotokopię dowodu i zatajanie tego nie ma sensu. To państwo powinno stworzyć system, w którym posiadanie tych danych uniemożliwia skradzenie tożsamości.
Powinno, ale tymczasem jest tak: jeśli ktoś skradnie Ci PESEL, możesz spłacać kredyt, którego nie zaciągnąłeś.
Rzeczywiście. Reportaż „Spłaca nieswoje długi”, który zrealizowałem dla programu TVN „Uwaga” nie dotyczy tylko bohatera tej historii, Roberta Borkowskiego, ale prawie wszystkich petentów elektronicznego sądu w Lublinie.
Elektroniczny sąd w Lublinie powstał siedem lat temu, aby zwalczyć przewlekłość spraw w wymiarze sprawiedliwości.
Tak naprawdę nie jest to sąd, tylko instytucja, która go udaje, „klepie” orzeczenia na podstawie pozwów. Rocznie są to tysiące wyroków. Rola sędziów (jest ich kilku) i referendarzy sądowych (ponad stu) ogranicza się tylko do sprawdzenia danych, niczego więcej. W jaki sposób? Sprawdzają jedynie, czy podany PESEL przypisany jest do imienia i nazwiska. Nie weryfikują, czy informacje podane przez wierzyciela w pozwie zgadzają się z danymi rzeczywistego dłużnika.
Gdyby je sprawdzali, szybko wyszłoby na jaw, że Robert Borkowski nie mieszka i nigdy nie mieszkał w Radomsku.
On tam nigdy w życiu nie był.
Jak odkrył, że oszust zaciągnął na jego PESEL piętnaście kredytów „chwilówek”?
Przeprowadził własne śledztwo. Nie mógł wypłacić pieniędzy z bankomatu. W banku dowiedział się, że komornik zajął mu na koncie kilkadziesiąt tysięcy złotych na zlecenie wierzyciela, który dostarczył mu wyrok elektronicznego sądu z Lublina. Po nitce do kłębka Robert Borkowski ustalił, że padł ofiarą oszustwa. Okazało się, że z pozwem do sądu wystąpiła firma windykacyjna, która kupiła dług od innej firmy. Taki dług, najczęściej „chwilówkę”, przepuszcza się przez łańcuszek kilku firm. A „chwilówkę” można zaciągnąć nie wychodząc z domu.
Przez Internet lub telefonicznie?
Oczywiście. Nie trzeba nawet przesyłać kopii dowodu osobistego. Wystarczy tylko wypełnić formularz.
I każdy, kto zna Twoje dane wrażliwe, może je wpisać do formularza, a Ty będziesz spłacać kredyt?
Tak, każdy. I w praktyce dowiem się o tym, jak Robert Borkowski, dopiero wtedy, kiedy komornik na podstawie prawomocnego wydanego w imieniu Rzeczpospolitej zajmie mi konto.
Wobec firmy windykacyjnej, komornika i elektronicznego sądu obywatel jest bezbronny?
Owszem, bo te instytucje nie analizują sprawy tylko badają zgodność danych podanych przez wierzyciela. Czy do podanego PESEL–u przypisane jest to samo nazwisko. Do oszustwa potrzebny jest jeszcze jeden element: wymyślony adres zamieszkania rzekomego dłużnika.
Może być fikcyjny?
Musi. Żeby firma pożyczkowa – lub ta, która kupiła od niej dług – mogła w sądzie elektronicznym zdobyć nakaz egzekucji musi wejść na konto. Trzeba to zrobić tak, aby rzekomy dłużnik się o tym nie dowiedział. Dlatego trzeba podać fikcyjny adres. W przypadku Roberta Borkowskiego zamiast adresu wołomińskiego, pod którym mieszka, podano fikcyjny z Radomska. Adres, jakiego … nie ma. Listonosz prawdopodobnie położył awizo na skrzynce albo go w ogóle nie zostawił. Mamy w Polsce fikcję doręczenia, bo po dwóch bezskutecznych doręczeniach uznaje się przesyłkę za … doręczoną. Na tej podstawie sąd uznał, że nakaz zapłaty został doręczony i wydał postanowienie egzekucyjne, z którym wierzyciel poszedł do komornika.
„Osoby, które niczego nie podpisywały zostają pozbawione prawa do obrony. Ich życie, życie całej rodziny, może lec w gruzach, ponieważ jest do spłaty wielki dług, który się długiem fikcyjnym” – twierdzi Piotr Mierzejewski z Biura rzecznika Praw Obywatelskich.
Urzędnicy, tacy jak Piotr Mierzejewski, wypowiadają się zwykle ostrożnie. Ja nie muszę mówić ostrożnie, więc stwierdzę, jak jest: w zderzeniu z takim mechanizmem państwowym obywatel nie ma żadnych szans. Teoretycznie może, jak bohater mojego reportażu, odkręcać skutki błędnej – mówiąc delikatnie – decyzji. W praktyce zajmie mu to przynajmniej kilka lat. Przy tym na „dzień dobry” musi ponieść koszty zatrudnienia prawnika. Trudno wymagać od Roberta Borkowskiego, aby sam redagował pisma procesowe, bo jako ochroniarz kompletnie się na tym nie zna. Jeśli uda się mu ostatecznie to odkręcić – z prawnego punktu widzenia ma takie szanse – firma, która odkupiła jego długi i bezprawnie się wzbogaciła może już nie istnieć. Tak najpewniej będzie i tych pieniędzy pan Robert nie odzyska.
Ofiarą podobnego oszustwa padła nawet Wioletta Krawczyk, prezes Sądu Rejonowego w Radomsku…
Dokładnie, tylko, że pani prezes zawczasu zorientowała się, co jest grane. Sprawdziła swoją sytuację kredytową w BIK–u i dzięki temu trafiła na trop złodzieja. Znała ten mechanizm.
Ofiarą może więc paść każdy?
Każdy, nie wiedząc o tym. Szczególnie narażeni są ludzie, którzy na stałe mieszkają poza miejscem swojego zameldowania. W tym systemie nikt nie może się czuć bezpiecznie. W tym fragmencie polskie państwo nie tylko nie istnieje. Ono autoryzuje złodziejstwo! Wielu sędziów, także ze Stowarzyszenia Iustitia, mówiło mi, że sąd elektroniczny jest jedną wielką ściemą, stworzoną wyłącznie po to, aby w oczach Unii Europejskiej poprawić katastrofalny stan tempa działania polskich sądów. To droga na skróty, bo daliśmy pieczątkę sądu swego rodzaju robotowi, księgowemu, który przystawia ją na kolejne pozwy, dając klauzulę wykonalności. Sąd elektroniczny, co obliczyłem wydaje wyrok średnio w ciągu dwóch i pół minuty. To jest tylko puder nałożony na katastrofalną sytuację sądów.
Chcieli z Tobą w tym sądzie rozmawiać?
Nie chcieli współpracować. Formalnie jest to jeden z wydziałów lubelskiego sądu rejonowego. Przewodniczący umówił się bez problemu. Ale sędziowie, wszyscy sędziowie (sic) odmówili zgody na pokazanie przed kamerą twarzy. Pierwszy raz się z takim przypadkiem spotkałem. Pomyślałem wtedy, że nie chcą się pokazać, bo dokładnie wiedzą, w jakim systemie fikcji pracują (śmiech).
Masz na koncie worek nagród dziennikarskich. Czy laury Cię nadal motywują?
Powiem serio, bez kokieterii. Od dawna kompletnie się tym nie przejmuję. Staram się jedynie, aby zrealizowany materiał sprawił mi satysfakcję. A jestem dosyć wybredny i najczęściej z dystansu wydaje mi się, że mógłbym to zrobić lepiej, ciekawiej. Nie wspominam o widzu, bo nie mam narzędzi socjologicznych, aby to sprawdzić.
[22.03.2018]
Źródło:
http://www.sdp.pl/wywiady/15164,obywatel-bez-szans-z-tomaszem-patora-o-tym-jak-latwo-zostac-dluznikiem-rozmawia-blazej-toranski,1521744796
Gra wyobraźni i emocji.
Z dr hab. Dagmarą Drzazgą o warsztacie dziennikarza– dokumentalisty rozmawia Małgorzata Irena Skórska.
dziennikarka i reżyser Telewizji Polskiej, od lat związana z katowickim oddziałem TVP. Autorka filmów dokumentalnych, reportaży, artykułów naukowych i esejów. Była jurorem międzynarodowych festiwali filmowych i telewizyjnych w Katarze, Irlandii, Danii, Bułgarii i na Słowacji, a jej filmy prezentowane były w Polsce, Stanach Zjednoczonych, Armenii, Luksemburgu, Niemczech, Szkocji, we Włoszech, na Łotwie i w Izraelu. Laureatka wielu nagród, m.in. Prix Italia (2010). W tym roku odebrała Nagrodę SDP im. Macieja Łukasiewicza, przyznaną za publikację na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy. Jury nagrodziło jej reportaż telewizyjny „Aleksander Rozenfeld – gramatyka nieobecności”, zrealizowany w cyklu „Wiersz jest drogą”.
Skąd pomysł na cykl rozmów z poetami - „Wiersz jest drogą”?
Podobno wszystko, co robimy w życiu, świadczy o nas. Ja już od bardzo dawna szukam takich tropów poetyckich i to nie tylko w literaturze, ale w obrazie, dźwięku, pejzażu – krótko mówiąc - w otaczającej mnie rzeczywistości. Jeśli się na nią otwieramy, ona zaczyna do nas przemawiać.
Dlaczego śląscy poeci?
Bo są znakomici. Świetnie piszą, wydają kolejne tomiki wierszy, zdobywają nagrody poetyckie, są tłumaczeni na obce języki. A nie są znowu jakoś specjalnie znani, czy rozpieszczani. Poza tym wydawało mi się, że gdzie jak gdzie, ale w telewizji publicznej należy pokazać tak wyjątkowych ludzi, którzy tworzą za pomocą słów swoje wewnętrzne światy i dzielą się nimi.
Jak udało się wpaść na trop Aleksandra Rozenfelda?
Realizowałam film dokumentalny o Rafale Wojaczku i wówczas, jako jeden ze świadków jego życia, pojawił się Aleksander Rozenfeld. Od samego początku Rozenfeld wydał mi się człowiekiem niezwykle barwnym, z ogromnym poczuciem humoru, a przede wszystkim z ciekawym życiorysem. Bohater mojego reportażu jest polskim Żydem urodzonym w Związku Radzieckim. Później mieszkał we Wrocławiu, Warszawie, Lublinie, Złotowie, Żywcu i Bóg jeden wie, gdzie jeszcze. Ciągle przemieszczał się z miejsca na miejsce. Po 1981 roku wyemigrował do Izraela. W tej swojej „ziemi obiecanej” imał się rożnych zajęć, był nawet zamiataczem arabskiego dworca. I choć – jak sam przyznał – nikt mu tam krzywdy nie robił, jakoś dłużej w Izraelu wytrzymać nie mógł. Powód? Jest poetą, a kogo tam obchodziły jego wiersze? W jednym z nich napisał: „cóż z tego, że wszystko można powiedzieć, kiedy i tak nikt nie słucha twojego mówienia, nikt nie słucha twojego pisania, a twoja Polska jest zaledwie małym guzikiem przy ogromnym garniturze Europy, Azji i Oceanii”. Stąd zapewne decyzja o powrocie do Polski, przez Watykan, gdzie był gościem Jana Pawła II, ale to już inna opowieść. A zatem z jednej strony nietuzinkowy życiorys, a z drugiej świetne wiersze. Aleksander Rozenfeld nie należy do grupy poetów introwertyków. To poeta, który lubi się otwierać i mówić o sobie w sposób naturalny i interesujący. I tak powstał ten pierwszy odcinek.
Przed pierwszym odcinkiem „Wiersz jest drogą” był już wcześniej zamysł o cyklu o śląskich poetach?
Oczywiście! Powstało osiem odcinków dla Telewizji Katowice. To była piękna praca, miałam wrażenie, że podczas realizacji unoszę się kilka centymetrów nad ziemią! Ale to też było wyzwanie: jak przełożyć poezję na język obrazów i to w - krótkiej przecież - formie. Moim pomysłem była pewna asceza. Skupiliśmy się na sprawach najistotniejszych, próbowaliśmy dotknąć tajemnicy. Bo poezja jest tajemnicą. Stąd również wybór czarno-białych zdjęć i precyzyjne operowanie światłocieniem.
Bohater w reportażu powiedział: „Moim światem jest język”. Dlaczego „gramatyka nieobecności”?
„Gramatyka nieobecności” to tytuł taki trochę przewrotny. Właściwie cytat, jeden wers wyciągnięty z wiersza. Dla mnie ten fragment jest ważny i symboliczny, bo z jednej strony mamy język, poprzez który bohater się poetycko wypowiada, ale z drugiej - właśnie ta „nieobecność”. Rozenfeld odzwierciedla mit Żyda-Wiecznego Tułacza, wszędzie był, ale nigdzie na dłużej nie zagrzał miejsca. W końcu wybrał swój kierunek i wrócił do Polski. Przecież tylko tutaj może pisać o tym, o czym myśli i co mu leży na sercu. Warto podkreślić, że po powrocie do Polski Rozenfeld przyjął chrzest i to też jest bardzo wymowne.
Jaka jest gramatyka, język współczesnego dziennikarza- dokumentalisty?
Każdy twórca sam decyduje, w jaki sposób robi swoje materiały i jak posługuje się ową gramatyką. Z mojego punktu widzenia dokumentalista stara się dotrzeć do prawdy i zbliżyć do bohatera, ale nie powinien go oceniać, czy zakładać z góry jakiejś hipotezy. Moi bohaterowie są dla mnie ważni, jestem po ich stronie. Jak mogłabym nie być! Przecież wpuścili mnie do swojego świata! Rozmawiając o filmie dokumentalnym należy jednak pamiętać, że nie jest on „dowodem prawdy”, jakimś „obiektywnym” dziełem. I nie może być. Zresztą, już od połowy lat dwudziestych ubiegłego wieku, kiedy próbowano zdefiniować ten gatunek, wszyscy, którzy się nim zajmowali - i praktycznie, i teoretycznie - wiedzieli, że nie jest to „świadectwo prawdy” i że tu się bardzo często inscenizuje. Film dokumentalny jest kreacją. Kiedy zadaję bohaterowi pytania, wybieram miejsca zdjęć, ustawienia kamery, ujęcia do montażu to przecież ja odciskam na tym filmie swój autorski ślad. Ale czyż przez takie kreowanie rzeczywistości nie możemy dotrzeć do prawdy? To się w żaden sposób nie wyklucza. Nie mówię tu, oczywiście, o celowym odkształcaniu, czy wręcz zakłamywaniu rzeczywistości. Autor w procesie tworzenia musi być uczciwy nie tylko wobec siebie, ale przede wszystkim wobec odbiorców, którzy będą oglądać film. Tak samo musi być uczciwy wobec bohatera. Zawsze uważałam, że moment spotkania z człowiekiem, który znajduje się po drugiej stronie kamery i który nam ufa to wielka świętość. W tej kwestii trzeba być bardzo delikatnym i przestrzegać zasad etyki dziennikarskiej, żeby komuś, po prostu, nie wyrządzić krzywdy. To fascynujący temat i można by o tym długo mówić.
Jak zatem pokazać prawdę? W filmie bohater często cytując fragmenty swojej poezji udowadnia utożsamiając się ze słowem pisanym, że z jego wnętrza wypływa prawda. Te fragmenty są niezwykle naturalne i poprzez słowo poetyckie stapiają się w jedną całość i dla mnie są świadectwem prawdy.
Bardzo istotne jest tu samo spotkanie z człowiekiem, rozmowa z nim, bycie w jego otoczeniu, przypatrywanie się temu, kim jest, jak się zachowuje, jak mówi, jakimi gestami się posługuje - to składa się potem w jedną całość. Wracając do filmu o Aleksandrze Rozenfeldzie – obrazy, w których nabija fajkę, zapala ją, czyta wiersze, patrzy w okno, stoi gdzieś w parku, rozgląda się – to wszystko jest prawdziwe, zostało mi dane. Nie wymyśliłam tego - moim zadaniem było te fragmenty życia zauważyć, utrwalić a potem ułożyć w opowieść. A jakim pięknym obrazem jest jego twarz! Jakbym miała sobie wyobrazić żydowskiego mędrca to właśnie taki by był! Dodatkowo, cudowny wątek z córeczką, która przybiega i tuli się do niego, i widać, że to jest jego wielkie szczęście. Fantastycznie, że mogliśmy takie momenty uchwycić. Byliśmy tam i to jest ten fragment wyrwany rzeczywistości.
Zakończenie reportażu sprawia, że widz sam może sobie wiele dopowiedzieć i zinterpretować.
Tak, mamy bowiem do czynienia z trudnym losem i przejmującą poezją, ale mamy też miłość, dziecko, słońce, urodę świata. Chciałabym tu wspomnieć o dwóch ujęciach-symbolach. Pierwsze, rozpoczynające film to „podróż Rozenfelda”. Z tyłu familok, potem dziwaczne graffiti malowane na ścianie. Rozenfeld idzie i pyta, a także tłumaczy – chyba bardziej sobie, niż nam - dlaczego „tak jak inni, nie zmienił swojego oblicza”. Rozenfeld zawsze gdzieś podążał, był w nieustannej drodze. I tej rzeczywistej, i metaforycznej.
Droga – życie na walizkach. W poszukiwaniu własnej tożsamości?
Dokładnie. Ale jak on idzie? Ważny jest kierunek ruchu. W naszej kulturze czytamy od lewej do prawej. A ten „mój” Rozenfeld idzie odwrotnie! Tak to sobie wykombinowałam, bo on przez całe życie szedł pod prąd, był osobny. Jednak, pod koniec filmu, kiedy pojawia się z córeczką, to już idzie we „właściwą” stronę. Jaki z tego wniosek? Każdy może, oczywiście, sam zinterpretować te ujęcia, ale ja czuję, że to dziecko go w jakimś stopniu sprowadza z powrotem na naszą planetę. Rozenfeld już się tak nie buntuje, nie wadzi ze światem. Znalazł swoje szczęście i sens życia. Dla małej Magdy ciągle pisze wiersze. Są delikatne, przejmujące. Dlatego wymyśliłam ten drugi kadr, który - w pewnym sensie - równoważy pierwszy. Taka moja filmowa gra z widzem, wejście na głębszy poziom opowieści.
Czy można powiedzieć, że poprzez poezję docieramy do świata współczesnego? Czy udało się Pani odszyfrować kod, odnaleźć klucz do rzeczywistości poprzez poezję i kontakt z poetami?
Nie, nie mam takiego kodu, ani klucza do rzeczywistości. Zawsze odkrywam ją na nowo. Na tym też polega uroda otaczającego nas świata. Codzienność to element niespodzianki. Nigdy nie wiemy, co się wydarzy i jak życie nas zaskoczy. Na pewno kontakt ze sztuką, muzyką, czy poezją pomaga mi wiele dostrzec. Jednak kodu na rozszyfrowanie rzeczywistości chyba nie ma - jest tak zakodowana, że nigdy się przed nami nie otworzy. Myślę, że to dobrze. Inaczej życie byłoby przewidywalne i nudne, a tak - ciągle nas intryguje.
Na czym polega fenomen warsztatu dziennikarza– dokumentalisty? W jaki sposób dokumentalista buduje narrację spoglądając na bohatera i otaczającą go rzeczywistość przez pryzmat kamery?
Powiem o sobie: staram się dowiedzieć o filmowanej rzeczywistości i bohaterach jak najwięcej. To etap nazwany dokumentacją. Od samego początku również bardzo pracują wyobraźnia i emocje. Jest też ogrom niepokoju. Wiele razy przekonałam się, jak bardzo prawdziwe są słowa, że każdy film jest pierwszym! Po latach pracy w zawodzie mam już, oczywiście, jakiś warsztat, znam reguły filmowej gramatyki, ale rutyna w filmie dokumentalnym nie jest wskazana. O wiele ważniejsze jest żeby umieć się zdziwić, chcieć ciągle szukać, patrzeć z innej strony, zadawać pytania. To dobry sposób na dotarcie do prawdy. A ponieważ tworzę filmy, przede wszystkim posługuję się obrazem. No więc po nocach myślę, jakie to będą kadry, jak w nich „umieszczę” bohatera, jak pokażę ten jego hermetyczny świat. Niezwykle inspirująca jest dla mnie muzyka, którą sama dobieram do swoich filmów. Następnie piszę scenariusz - życie zawsze go weryfikuje i dobrze! Tak ma być! To nie fabuła! A potem, krok po kroku, wchodzimy w tę przestrzeń. Muszę tu podkreślić znakomitą pracę mojej ekipy, bo przecież filmu nie robię sama. W nagrodzonym projekcie za zdjęcia odpowiadał Witold Kornaś, za dźwięk śp. Henryk Stysiński, całość montowałam z Piotrem Wróblem, a produkcją zajmowała się Krystyna Nowojska.
Dziennikarz czy dokumentalista?
Nie ma sztywnej granicy, między reportażem, a filmem dokumentalnym. Często te gatunki się przenikają. Gdybym miała jednak przeprowadzić jakąś linię demarkacyjną, to powiedziałabym, że dziennikarz bardziej operuje tym, co „tu i teraz”, pochyla się nad wydarzeniami dnia codziennego. Często spełnia ważną funkcję społeczną polegającą na przedstawianiu ludziom tej bieżącej rzeczywistości. Dokumentalista to bardziej plan ogólny, operowanie symbolem, metaforą. Tematy, które teraz realizuję, nie są formami dziennikarskimi, ani publicystycznymi. Już jakiś czas temu zakochałam się w filmie dokumentalnym i chcę podążać tą ścieżką. Krótkie filmy z serii „Wiersz jest drogą” pokazujące poetów są zapisem pewnego stanu ich umysłu, marzeń, oczekiwań. I to też jest ważne, że oni sami czytają tu swoje wiersze, interpretują je. Dlatego spotkania z nimi mają wymiar ponadczasowy.
Kto jest odbiorcą cyklu „Wiersz jest drogą”?
Każdy. Odbiorcą jest wrażliwy człowiek. Taki, który chce się dowiedzieć czegoś o poezji – niezwykłym bogactwie, które mamy tu na Śląsku. Ktoś, kto otwiera się na działanie słowa i obrazu. A potem pójdzie z tym wszystkim dalej, swoją własną drogą. Wiersz go poprowadzi.
[27.04.2018]
Źródło:
http://www.sdp.pl/wywiady/15276,gra-wyobrazni-i-emocji-z-dr-hab-dagmara-drzazga-o-warsztacie-dziennikarza-dokumentalisty-rozmawia-malgorzata-irena-skorska,1524820257
Wieczna zmarzlina stalinizmu
Z Marcinem Makowskim o Norylsku, mieście, w którym ludzie żyją zawieszeni między bezsennością a depresją rozmawia Błażej Torański.
32 lata, absolwent historii na Uniwersytecie Szczecińskim, filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim i studiów doktoranckich w Polskiej Akademii Nauk. Dziennikarz tygodnika „Do Rzeczy” i publicysta Wirtualnej Polski. Wcześniej był m.in. wydawcą w portalu Deon, publikował na Onecie, w „Rzeczpospolitej” „Tygodniku Powszechnym}. Prowadzi program „Nocna Zmiana” w Radiu Kraków. Laureat nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich im. Adolfa Bocheńskiego (2016), nominowany do nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego (2016) oraz Stefana Żeromskiego (2017). Teraz otrzymał nagrodę SDP im. prof. Stefana Myczkowskiego w kategorii „Problemy ochrony środowiska”.
BŁAŻEJ TORAŃSKI: Powietrze jest lepkie i pachnie siarką, temperatura dochodzi do minus pięćdziesięciu, a śnieg jest … czarny. To wszystko w Norylsku, jednym z najbardziej wysuniętych na północ miast świata. Napisałeś, że „Norylsk nie mógłby istnieć nigdzie indziej na świecie”. Na czym polega jego unikatowość?
MARCIN MAKOWSKI: Chodzi o pogoń za zyskiem, brak szacunku dla zdrowia człowieka i heroizm, na który stać tylko Rosjan. Potrafią oni całkowicie się poświęcić i wykonywać czynności nie pojęte ludzkim rozumem. Tak zdefiniowałbym Norylsk, miasto, które zagospodarowało niemal cały rynek niezwykle rzadkich w skorupie ziemskiej pierwiastków, wykorzystywanych w elektronice lub broni jądrowej.
Największym bogactwem tego regionu są nikiel, platyna, pallad, ale także tellur, iryd, hafn.
Przerabiają 45 proc. światowych zasobów palladu, 40 proc. platyny, 35 – niklu, 15 – kobaltu i 10 proc. miedzi. Dla ich wydobycia Rosjanie nie zbudowali jednak osad górniczych – ze zmieniającą się co dwa tygodnie załogą, jak to się dzieje w innych krajach półkuli północnej, w Kanadzie czy w Norwegii – tylko wznieśli, trzysta kilometrów za kręgiem polarnym, prawie dwustutysięczne miasto. To nie tylko moja opinia, że Norylsk nie mógłby istnieć nigdzie indziej na świcie poza Rosją. To jest fakt. Nie ma takiego drugiego miasta na świecie.
Nie masz wrażenia, że ta nieludzka ziemia przypomina Dziki Zachód Ameryki Północnej, zdobywany przez poszukiwaczy złota?
Historia Norylska ma rys merkantylny. Od 1921 roku ściągają tam ludzie, aby się wzbogacić. Dostają trzy razy wyższą pensję, aniżeli w głębi Rosji i dodatek do renty za wysługę w warunkach arktycznych. Ale ma też rys tragiczny. Miasto zbudowali niewolnicy.
Więźniowie polityczni?
Norylsk był w sieci gułagów. Szacuje się, że przy jego budowie zginęło ok. 20 tysięcy więźniów. Katorżniczą pracą wycinali drzewa. Nie ma tam żadnej zieleni, parków, pojedynczych drzew. Przez kolejne lata mogło być, jak na Dzikim Zachodzie: ściągali ludzie mamieni złudną obietnicą szybkiego zysku.
Norylsk nie powstałby, napisałeś, gdyby nie „ludzka żądza posiadania i możliwość jej zaspokojenia”? Miałeś na myśli żądzę władzy, sowieckiego imperium?
Tak było, ale od lat nikt nikogo nie zmusza, aby tam zamieszkał i pracował. Rosjanie rozumują jednak tak: „Przyjadę na kilkanaście lat, pomęczę się, ale potem będę żył jak król w ciepłych krajach”. Dramat tego miasta polega na tym, że w przeszłości ludzie nie mieli wyboru. Teraz, kiedy mają wybór, ukrywa się przed nimi konsekwencje życia w zanieczyszczonym środowisku. Powietrze jest lepkie, ma zapach siarki, nad blokami unoszą się chmury grubego smogu, śnieg potrafi być czarny. Przy ekstremalnych temperaturach – od minus pięćdziesięciu do plus trzydziestu – kurczą się naczynia włosowate w płucach i gdyby ludzie chcieli zmienić na starość klimat na ten pod palmami, będzie to dla nich groźniejsze, aniżeli pozostanie do końca życia na północy. W komunistycznych blokach z wielkiej płyty ludzie nigdy nie zakręcają kaloryferów, bo nagle w maju może nadejść mróz i wysadzić w nich wodę. Ludzie stale mają włączone światła, zwłaszcza w czasie dwumiesięcznej nocy polarnej.
Jaka jest tam zima? Zaczyna się od napływu lodowatego wiatru zwanego „Cziornaja purga”?
Brzmi to, jak z dramatycznej, apokaliptycznej powieści. Nadciąga wiatr, którego prędkość sięga dwustu kilometrów na godzinę. Zima jest tam ekstremalna z perspektywy jakiegokolwiek miasta na świecie. Bloki wznosi się na betonowych palach, aby śnieg, tworzący zaspy sięgające trzeciego piętra, nie zasypywał mieszkań. Widziałem to na reporterskich zdjęciach, wypytywałem o to ludzi przez Internet.
W czasach imperium sowieckiego Norylska nie było na mapie.
Nadal jest miastem zamkniętym. Nie łatwo tam wjechać. Potrzebna jest specjalna zgoda. Przez lata pełnił rolę strategiczną, wymazany był z mapy, jakby go w ogóle nie było. W rejestrach podawano tylko numer skrzynki pocztowej – 224 – gdzie napływała korespondencja państwowa. Jeśli ktoś nie ma charakteru z żelaza, wyjeżdża stamtąd lub popada w depresję, w konsekwencji popełnia samobójstwo. Nie dość, że rzadko docierają tam promienie słońca, światło, okna często zasypane są śniegiem. Ludziom mieszają się pory dnia i roku. Jest to malownicze, ale dramatyczne.
Ludzie są tam zawieszeni między bezsennością a depresją?
Tak widzą swoje życie w Norylsku. Elena Czernyszowa, autorka fotografii artystycznych opowiada, że najgorzej czuła się w czasie dwumiesięcznej nocy polarnej. Ciągle zmęczona, nie mogła zasnąć, jej ciało nigdy się nie budziło. Nękał ją strach o to, że światło nigdy nie wróci. Życie jest tam pod każdym względem ekstremalne. Nie ma nawet przestępczości, bo nie ma jak uciec. Miasto otacza wieczna zmarzlina, tajga, roślinność syberyjska. Do lotniska i portu Dudinka nad Jenisejem przez sto kilometrów biegnie jedyna asfaltowa droga. Dlatego ludzie są zawieszeni między depresją, bezsennością, a hiper aktywnością w ciągu lata, kiedy ciągle świeci słońce. Żyją w emocjonalnej hiperboli. Równocześnie, jak w rezerwacie komunizmu, obchodzą rocznice wojny ojczyźnianej i składają wieńce pod pomnikami Lenina.
O czym marzą?
Bardzo chciałbym polecieć do Norylska i o to zapytać. Przede wszystkim dowiedzieć się, jak znoszą przygniatające życie. Myślę, że każdy z nich chce tylko coś przeczekać, załatwić swój interes i uciec. Równocześnie mają: Internet, kino, teatr, bibliotekę, wyższą uczelnię i meczet. Chciałbym ich także zapytać, czy zdają sobie sprawę, że mogą wprawdzie wyjechać z Norylska, ale on zostanie w nich do końca życia. Bo tego zanieczyszczenia środowiska z organizmu nie da się już za żadne pieniądze usunąć. Ci ludzie za trzy razy wyższe pensje płacą nie tylko czasem, ale swoim życiem. Czy pieniądze są tego warte? Oni, jak to w Rosji, nie do końca są świadomi, że mają alternatywę. Myślę, że w żadnym państwie na świecie nie dopuszczono by do czegoś tak ekstremalnego, do dramatu, który rozgrywa się w tle przemysłu górniczego. To jest miasto z przedziwnej galaktyki. Wygląda, jak nieudany projekt socjalizmu zakonserwowany od czasów stalinizmu, jak wieczna zmarzlina, z której czasami odkopuje się kości mamutów. Nikt normalny nie zbudowałby takiego miasta dla ludzi, którzy wcale nie muszą tam mieszkać.
Tekst zbudowałeś na materiale czerpanym z sieci. Czy nie łatwiej było poprosić redaktora naczelnego „Do Rzeczy” o delegację i bilet?
Nie wystarczy tam wylecieć, kupując bilet. Aby wjechać do miasta potrzebna jest zgoda Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rosji. Przekonanie Rosjan, że celem nie jest szpiegowanie. Trudno się tam dostać. Spędzenie w Norylsku nocy polarnej może jednak przynieść reportaż i książkę życia. Tego nie dałoby się porównać z jakimkolwiek moim doświadczeniem dziennikarskim.
[26.03.2018]
Żródło:
http://www.sdp.pl/wywiady/15169,wieczna-zmarzlina-stalinizmu-z-marcinem-makowskim-o-norylsku-miescie-w-ktorym-ludzie-zyja-zawieszeni-miedzy-bezsennoscia-a-depresja-rozmawia-blazej-toranski,1522049791
Klątwa
Z Dariuszem Jaroniem o polskich himalaistach, którzy padli ofiarą hinduistycznej bogini śmierci rozmawia Błażej Torański.
Dariusz Jaroń, rocznik 1985, absolwent ekonomii na Uniwersytecie Jagiellońskim i studiów podyplomowych dla tłumaczy przy katedrze UNESCO. Debiutował w studenckim miesięczniku WUJ, następnie współpracował z krakowskim oddziałem „Gazety Wyborczej”, magazynem „Tenis Klub” i serwisami internetowymi Wisły Can-Pack Kraków i Polskiej Ligi Koszykówki Kobiet. Od lat związany z portalem Interia.pl. Był dziennikarzem i wydawcą redakcji Sport i Fakty, obecnie publikuje w redakcjach magazynowych. Prowadzi również zajęcia dla studentów dziennikarstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. W 2016 uhonorowany wyróżnieniem nagrody SDP im. Macieja Łukasiewicza. Teraz został laureatem nagrody SDP im. Kazimierza Wierzyńskiego (2017) za reportaż historyczny “Wierni skale. Historia ściśle tajna”, opublikowany na portalu Interia.pl.
BŁAŻEJ TORAŃSKI: Kali, żona Śiwy i hinduistyczna bogini śmierci, nosi przydomek Nanda. Nanda Devi East jest jednym z najwyższych szczytów świata (7434 m n.p.m.), zdobytym podczas pierwszej w historii wyprawy Polaków w Himalaje. Wedle legendy ten, kto wejdzie na Nanda Devi, nie umrze śmiercią naturalną i jego ciało nie zostanie odnalezione. Ta przepowiednia się spełnia?
DARIUSZ JAROŃ: Można tak powiedzieć na podstawie losów polskich himalaistów, którzy wybrali się na wschodni wierzchołek Nanda Devi latem 1939 roku. Było ich czterech: Jakub Bujak i Janusz Klarner, którzy zdobyli szczyt, oraz Adam Karpiński (kierownik wyprawy) i Stefan Bernadzikiewicz. Dwaj ostatni zginęli niedługo później w lawinie podczas próby zdobycia pobliskiego szczytu Tirsuli (7074 m). Lawina pogrzebała ich żywcem w trakcie snu. Bujaka i Klarnera klątwa Nandy dopadła o wiele później. Przeżyli wojnę, ale zginęli w okolicznościach do dzisiaj niewyjaśnionych. O ile śmierć Karpińskiego i Bernadzikiewicza została potwierdzona przez kolegów z wyprawy, co do losów Bujaka i Klarnera są tylko poszlaki i podejrzenia.
Góra Nanda Devi East była w 1939 roku szóstą najwyższą ze zdobytych wtedy na świecie. Wyprawy na Mount Everest kończyły się niepowodzeniem. Dopiero w 1953 roku na jego szczycie stanęli Hillary i Tenzing.
Skuteczne wyprawy na ośmiotysięczniki zaczęły się dopiero w latach 50. Przed wojną stopa człowieka na żadnym z nich nie stanęła. Polacy mieli więc w 1939 roku szósty wynik na świecie. Co ciekawe, Tenzing Norgay, który powtórzył wyczyn Polaków, stwierdził, że to była najtrudniejsza, najbardziej ryzykowna wyprawa wysokogórska w jego życiu. Na Nanda Devi najadł się więcej strachu, niż na Evereście.
Druga wojna światowa rozdzieliła Jakuba Bujaka z żoną i córką. On, z zawodu inżynier mechanik, trafił do oddziału wojska polskiego we Francji, a potem do Wielkiej Brytanii, gdzie wszedł w tajemnice brytyjskiego przemysłu lotniczego.
Pracował przy silnikach samolotów odrzutowych i stał się obiektem zainteresowania brytyjskich służb wywiadowczych. Był przez nie stale monitorowany. Czy to jest klucz do jego tajemniczej śmierci? Takie są przypuszczenia, ale dowodów nie ma.
Ciągnęły go góry i w czerwcu 1945 roku – wraz z koleżanką z Klubu Alpejskiego – wyjechał na tygodniowy urlop do Kornwalii. Tam oboje zaginęli. Jedna z hipotez mówi, że poszli się kąpać lub wspinać na klifach. Utonęli?
Prawdopodobnie. Mimo intensywnych poszukiwań policja nie znalazła dowodów, że utonęli. Nie odnotowano też jego nazwiska w rejestrze zgonów.
Ale cytuje Pan w swoim reportażu historycznym jeszcze dwie, bardziej tajemnicze hipotezy: że sprzątnął go wywiad brytyjski lub porwała radziecka łódź podwodna. Która z tych teorii jest najbliższa prawdy?
Staram się pozostać między tymi teoriami, nie przychylać się do żadnej z nich. Dopóki nie pojawi się jakikolwiek dokument, przełomowy w wyjaśnieniu tej tajemnicy, opowiadałbym się za najmniej sensacyjną wersją: był to nieszczęśliwy wypadek. Trudno jednak uwierzyć, że mogło do niego dojść bez pozostawienia żadnych śladów. Poszukiwali ich także znajomi z brytyjskiego Klubu Alpejskiego. Natrafili na mieszkającą tam kobietę, która dostała od Jakuba Bujaka i jego koleżanki plecak turystyczny z wartościowym rzeczami. Znaleźli też ich namiot wywrócony między wioską a oceanem. Córka Jakuba, Magdalena Bujak-Lenczowska, próbowała dociec prawdy, napisała m.in. list do biura byłego prezydenta RP Ryszarda Kaczorowskiego i Konsulatu Generalnego RP w Londynie. Jedynie dokumenty Scotland Yardu mogłyby rzucić nowe światło na tamte wydarzenia. Ale są utajnione.
Najbliższy termin ich otwarcia: 2045 rok. Śmierć Janusza Klarnera wydaje się mniej tajemnicza. Skatowali go w UB?
Także nie ma dowodów. Wyszedł z domu 17 września 1949 roku i rozpłynął się na ulicach Warszawy. Był oficerem AK, brał udział w powstaniu warszawskim, dowodził oddziałem w Lasach kabackich, odznaczono go Krzyżem Walecznych. Mógł zostać pojmany przez UB. Najpewniej został zamordowany w kaźni przy Cyryla i Metodego. Takie są nieformalne informacje.
Losy bohaterów pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje były już wielokrotnie opisywane. Co nowego Pan w tej historii odkrył?
Rzeczywiście nie byłem pierwszym, który opisał wyprawę na Nanda Devi, w przedwojennym himalaizmie sukces Polaków na skalę światową. Ale chciałem tę historię upamiętnić i przypomnieć. Zwłaszcza przez opowieść Magdaleny Bujak-Lenczowskiej, która przez lata dociekała, co stało się z jej ojcem. Czy coś odkryłem? Zrekonstruowałem tę opowieść przez wspomnienia rodziny Jakuba Bujaka i dokumenty. Przypomniałem te ciekawe postaci. Nigdy jeszcze tak długo i dogłębnie nie pracowałem nad tekstem.
Jak?
Magdalena Bujak-Lenczowska udostępniła mi segregatory pełne dokumentów, listów, zdjęć. Rodzina Jakuba Bujaka wykonała kawał pracy, aby pielęgnować o nim pamięć. Czytałem źródła, porównywałem relacje. Rozmawiałem z rodziną, z historykiem specjalizującym się w pracy służb brytyjskich, wreszcie z dokumentalistką TVP i alpinistką Anną Pietraszek, która po 17 latach odnalazła w archiwach Brytyjskiego Instytutu Filmowego film o pierwszej polskiej wyprawie w Himalaje. Chciałem, aby w moim tekście historia przeplatała się ze współczesnością.
[02.04.2018 ]
Źródło:
http://www.sdp.pl/wywiady/15190,klatwa-z-dariuszem-jaroniem-o-polskich-himalaistach-ktorzy-padli-ofiara-hinduistycznej-bogini-smierci-rozmawia-blazej-toranski,1522701632
Mam czas
Z Tadeuszem Koniarzem o kondycji polskiej fotografii prasowej i zamierającym zawodzie fotoreportera rozmawia fotoreporter Jacek Herok.
Ma 59 lat. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Jagiellońskiego i Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Rzeszowie. Od ponad 30 lat fotoreporter. Pracował m.in. w „Czasie Krakowskim”, Galicyjskim Tygodniku Informacyjnym TEMI w Tarnowie, „Gazecie Krakowskiej”, tygodniku „Poznaniak”, Polskiej Agencji Prasowej, AF East News. Aktualnie współpracuje z Agencją Fotograficzną REPORTER. Jest także nauczycielem fotografii i filmu w Pałacu Młodzieży w Tarnowie. Należy do Klubu Fotografii Prasowej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Warszawie. Fotografuje wydarzenia społeczno – polityczne i kulturalne oraz życie codzienne. Jest autorem czternastu wystaw fotograficznych, współautorem wystaw zbiorowych, laureatem wielu nagród m.in. BZWBK Press Photo w 2016 oraz Grand Press Photo w 2016 i 2017. W tym roku za reportaż pt. „Świat bez koloru” odebrał Nagrodę SDP im. Erazma Ciołka
Dwa lata temu zrobił Pan świetne zdjęcia kilka godzin po zamachu terrorystycznym w Paryżu. Znalazł się Pan w odpowiednim miejscu i czasie. Nagrodzony przez SDP fotoreportaż „Świat bez koloru” powstał w jakże innych okolicznościach: przez blisko miesiąc obserwował Pan pensjonariuszy Domu Pomocy Społecznej w Nowodworze.
Nawiązałem relacje z pensjonariuszami i pracownikami DPS. Spotkałem tam kilku swoich znajomych, którzy nie wytrzymali tempa życia. Załamali się. Długo z nimi rozmawiałem, zdobywałem ich zaufanie, oswajałem, nie od razu wyciągałem aparat. Wiedziałem, że mają kłopoty psychiczne, depresję, o co dzisiaj, w zwariowanym świecie, zwłaszcza wśród ludzi o dużej wrażliwości, coraz łatwiej. Nigdy nie wiadomo co nas spotka i gdzie wylądujemy. Ta choroba dotyka wszystkich, także celebrytów, którzy coraz częściej się do tego przyznają.
Na zdjęciach pokazuje Pan głównie życie codzienne, emocje i uczucia, jak w fotoreportażu „Paryż dla dwojga”, efekcie Pana wędrówek po stolicy Francji. Podobnie jest w „Zaczarowanej Galerii Państwa Buczyńskich”, fotograficznej opowieści o dwójce rzeźbiarzy ludowych mieszkających w przyczepie kempingowej. Pana fotoreportaże są rezultatem żmudnej pracy, wykonywanej w pełnym skupieniu, z całkowitym oddaniem. Nie jest Pan archaiczny? Dzisiaj robi się zdjęcie na końcu świata i ono za kilka minut musi być obecne we wszystkich serwisach.
Nie uprawiam fotografii newsowej. Nigdzie mi się nie spieszy, pośpiech w przypadku moich projektów nie jest wskazany. Czasami za jednym ujęciem chodzę w to samo miejsce kilka razy, nawet przez kilka dni. W Paryżu mieszkam u przyjaciółki, razem wstajemy, jemy śniadanie i jedziemy metrem, z tym, że ona idzie do pracy, a ja na zdjęcia. Chodzę, oglądam, podpatruję i fotografuję. Mam czas…
Jak Pana fotografia odnajduje się w dzisiejszym świecie? Gazety i agencje czekają wyłącznie na newsy. Fotografia społeczna i zaangażowana nikogo w redakcjach nie interesuje. Takie zdjęcia można spotkać tylko na konkursach fotograficznych.
Ale także w szufladach fotografujących…
Zapytam więc inaczej: w jakim celu Pan fotografuje, skoro nikt tego nie potrzebuje, nie zamawia, nie publikuje. Ja ostatni fotoreportaż opublikowałem kilkanaście lat temu w polskiej edycji „Newsweeka”. Gdzie Pan publikuje zdjęcia w tej formie?
Jeśli ma Pan na myśli prasę: nigdzie. Nadal mam jednak nadzieję, że fotografia interwencyjna może komuś pomóc, zwrócić uwagę na jego los. Mam to szczęście, że w Tarnowie ludzie chcą oglądać moje prace na wystawach. Na początku mojej przygody z aparatem, w latach 90., było ogromne zapotrzebowanie na fotoreportaże prasowe. Gazety publikowały moje zdjęcia przynajmniej raz w tygodniu. Teraz wiele tytułów padło, wydawcy szukają oszczędności i tną koszty „po fotografach”. Zna Pan gazetę, która zatrudnia na etatach kilku fotoreporterów? Wiem, że jest to pytanie retoryczne. Przed laty to była norma.
Pana projekty wymagają czasu i pieniędzy. Musi Pan jeździć w to samo miejsce po kilka razy, płacić za podróże, noclegi, coś zjeść. Kiedyś redakcje lub agencje wysyłały fotografa w delegacje, opłacały przejazdy, dorzucały diety, a za zdjęcia można było zarobić sowitą wierszówkę. Jak to jest dzisiaj?
Wszędzie jeżdżę sam, własnym samochodem, na własny koszt. Nadal mnie to kręci. Kocham moją robotę, więc nie liczę kosztów.
Jak Pan sobie z tym radzi? Skąd Pan bierze pieniądze na tę kosztowną pasję?
Są to produkcje niskobudżetowe. Nie jestem wymagający. Często jem to samo, co moi bohaterowie. Sypiam gdzie popadnie. Jeżdżę kilkuletnim renaultem clio. Jedyne, w co inwestuję, to aparaty. Staram się mieć dobre. Fotografia jest dla mnie nieustającą przygodą. W tej pracy cały czas coś się dzieje. Poznaję nowych ludzi. Jestem szczęśliwy, kiedy mogę komuś pomóc. Wtedy mój wysiłek nabiera sensu. To jest całe moje życie. Kiedy biorę do ręki aparat jestem w swoim żywiole.
Nie próbuje Pan publikować i zarabiać w Internecie?
Ceny zdjęć publikowanych w Internecie są śmiesznie niskie i niewspółmierne do nakładu pracy. W sieci trzeba długo szukać żeby znaleźć coś interesującego. Dzisiaj każdy może zostać fotografem, wystarczy telefon komórkowy. Można śmiało powiedzieć, że mamy w Polsce 38 milionów dobrych fotografów (śmiech).
Czy z zawodu fotoreportera można się w ogóle utrzymać?
Na stałe jestem zatrudniony w Tarnowskim Pałacu Młodzieży. Prowadzę zajęcia i warsztaty fotograficzne. Nie jestem wymagający, więc starcza mi od pierwszego do pierwszego. Fotografia reportażowa to moja pasja i, niestety, przeważnie do niej dokładam. Ale najważniejsze jest dla mnie dokumentowanie rzeczywistości. Nie myślę o zysku. Pod koniec roku fotografowałem rodzinę państwa Lemańskich w Węglówce. Ciężki temat, trudne do sfotografowania życie chorych ludzi, którzy nie są w stanie płacić za prąd. Pomyślałem: może przez sfotografowanie ich losu pomogę im? Pokazałem zdjęcia dostawcy energii, ale nie zareagował. Pokazałem znajomym i zebraliśmy ponad 15 tysięcy złotych. Pomogliśmy tym ludziom.
Piękna idea. Dorabia Pan fotografując śluby, wesela, komunie, imprezy firmowe?
Kiedyś fotografowałem, teraz już nie. Niech śluby robią młodzi. Czasami wpadnie mi dodatkowy zarobek, ale też nie biorę wszystkiego. Wkrótce wydany zostanie album z okazji 20-lecia PWSZ w Tarnowie. Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa.
A kiedy ostatnio sprzedał Pan fotoreportaż, składający się z wybranych przez pana zdjęć, o tematyce społecznej, dotyczący polskiej rzeczywistości?
Nie przypominam sobie. Zdjęcia są na stronie Reportera. Nikt się o nie bije, nie wiem nawet czy ktokolwiek je ogląda. Zresztą ja to robię przede wszystkim dla siebie i dla ludzi, których fotografuję. Zawsze interesował mnie człowiek i jego życie. A świat jest zupełnie inny, niż przedstawia nam go telewizja czy kolorowe gazetki o celebrytach. Wmawia się nam, że trzeba być zdrowym, pięknym i bogatym. Słyszałem o przypadkach, gdy spadł artykuł, bo bohater był za brzydki i nikogo już nie interesowało, co miał do powiedzenia.
Jak Pan ocenia kondycję polskiej fotografii prasowej?
W redakcjach i wydawnictwach zmieniły się kryteria doboru zdjęć i tempo pracy. Wszystkiego wymaga się „na wczoraj”. Fotoreporterzy nie mają czasu na zgłębienie tematu i refleksję. Pracuje się automatycznie, byle zdążyć przed innymi. A z drugiej strony sami fotografowie za dużo ingerują w swoje prace, przesadzają z obróbką graficzną i photoshopem. Można to zaobserwować w konkursach fotograficznych. Zdjęcie musi obronić się samo, a często, żeby dowiedzieć się o co chodzi, trzeba przeczytać całe wypracowanie.
Widzi Pan jakąkolwiek szansę, aby fotoreportaż wrócił na łamy prasy papierowej?
Obawiam się, że nie. Zastanawia mnie i zarazem przeraża, że w otaczającym nas świecie, zbudowanym niemal wyłącznie z obrazów, nie ma miejsca na prawdziwą fotografię. Oglądanie fotoreportaży wymaga myślenia, refleksji, a z tym coraz gorzej.
[07.05.2018]
Źródło:
http://www.sdp.pl/wywiady/15292,mam-czas-z-tadeuszem-koniarzem-o-kondycji-polskiej-fotografii-prasowej-i-zamierajacym-zawodzie-fotoreportera-rozmawia-fotoreporter-jacek-herok,1525692319
Laureatów 25. edycji konkursu Nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 2017 wybrało Jury Główne w składzie
Krzysztof Skowroński, przewodniczący – dziennikarz radiowy, prezes SDP
Przemysław Babiarz – dziennikarz, komentator sportowy
Paweł Badzio – dziennikarz ekonomiczny
Witold Gadowski – dziennikarz śledczy, wiceprezes SDP
Jerzy Jachowicz – dziennikarz śledczy
Wanda Nadobnik – dziennikarka telewizyjna
Tadeusz Płużański – dziennikarz, historyk, prezes Fundacji „Łączka”
Tadeusz Woźniak – dziennikarz historyk, członek ZG SDP
oraz z głosem doradczym
Elżbieta Binder – przewodnicząca Jury Selekcyjnego
dr Władysław Bułhak – ekspert z IPN
prof. dr hab. Rafał Wiśniewski – dyrektor Narodowego Centrum Kultury.
Członkowie Jury mają prawo zgłosić do konkursu prace nie nadesłane przez autorów lub redakcje.
Odrębne jury selekcyjne mają kategorie fotograficzne: Nagroda im. Erazma Ciołka i Nagroda im. Eugeniusza Lokajskiego.
Są to:
Agata Ciołek, Donat Brykczyński – sekretarz, Jarosław Maciej Goliszewski, Hanna Musiał-Anderman, Czarek Sokołowski, Andrzej Stawiarski.
Zespół Jurorów Selekcjonerów pracował na podstawie Regulaminu nagród SDP 2017 – w składzie red. Elżbieta Binder, red. Janina Jankowska, red. Wojciech Piotr Kwiatek, red. Jolanta Łopuszyńska-Galińska, red. Zbigniew Rytel.
Do 25. edycji dorocznych Nagród SDP 2017 nadesłano w sumie 354 prac.
Uczestniczyło 190 autorów, niektórzy z nich zgłaszali prace w kilku kategoriach.
Zgłoszone prace publikowane były w 72 mediach, w tym w 21 tytułach prasowych, 16 rozgłośniach radiowych, 25 stacjach i redakcjach telewizyjnych, 10 portalach internetowych.
Są to:
PRASA
Almanach Kudowski, Bez Wierszówki, Debata, Do Rzeczy, Dziennik Polski – Magazyn Piątek, Dziennik Elbląski, Gazeta Bankowa, Gazeta Jarocińska, Gazeta Lubuska, Gazeta Polska, Gazeta Wrocławska, Gość Niedzielny, Kurier Wnet, Kwartalnik „Almanach Kudowski”, Lublin. Kultura i Społeczeństwo, Miesięcznik Odra, National Geographic Polska, Niepodległość i Pamięć, Nowe Info, Polska Zbrojna, „Wawa-West” Bezpłatny Dwutygodnik Lokalny
RADIO
Polskie Radio 1, Polskie Radio 24, Polskie Radio 3, Polskie Radio 4, Polskie Radio Białystok, Polskie Radio Katowice, Polskie Radio Koszalin, Polskie Radio Lublin, Polskie Radio Rzeszów
Polskie Radio Szczecin, Radio Centrum, Radio Koszalin, Radio Poznań, Radio Warszawa, Radio, Wnet, Radio Zachód
TELEWIZJA
Belsat TV, Magazyn Ekspresu Reporterów – TVP2, TVP3 Gdańsk, Telewizja Republika, TV Trwam, TVN Uwaga, TVP 1, TVP1 – Obserwator, TVP2, TVP3 Białystok, TVP3 Bydgoszcz, TVP3 Gdańsk, TVP3 Katowice, TVP3 Lublin, TVP3 Regionalna, TVP Gdańsk, TVP Historia, TVP Info
TVP Katowice, TVP Polonia, TVP3 Katowice, TVP3 Regionalna, Twoja Telewizja Morska, Uwaga TVN
INTERNET
bussinesallert.pl, CSI PAP, Inetria.p, Netka.gda.pl – gazeta internetowa, Onet.pl, PAP, PAP Serwis Zagraniczny, Portal Wirtualna Polska, Telewizja wPolsce.pl, WNET.FM