Wywiady z laureatami konkursu SDP 2016:
Paweł Lisicki; Maciej Kuciel; Violetta Rotter-Kozera; Andrzej Tomczak; Olga Mickiewicz; Alicja Grzechowiak;
„Laur” jest w rękach wspaniałego Laureata. Na statuetce widnieje napis – „Kapłanowi i Polakowi – wielkiego sumienia”.
Długa jest lista nagród i wyróżnień w posiadaniu księdza Ireneusza. Nie da się ich tu wszystkich wymienić. Nic dziwnego, długie i niezwykle pracowite jest życie naszego Laureata.
Choć jednak wymienię - Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski – to najwyższe odznaczenie państwowe dla Laureata. Do nagrody imienia świętego Maksymiliana Kolbego, przyznanej Mu przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy, dołącza dziś „Laur” SDP.
To, że dziennikarze SDP i KSD spotykają się razem podczas wspólnej modlitwy na Jasnej Górze, w Częstochowie, jest także zasługą księdza Ireneusza.
Ale z osobą Księdza Ireneusza Skubisia wiąże się przede wszystkim Jego - „Niedziela” - katolicki tygodnik, który stworzył na nowo i pieczołowicie rozwijał, a dziś jest jego Honorowym Redaktorem Naczelnym, wciąż aktywnym jako dziennikarz, felietonista, komentator życia religijnego, politycznego, społecznego.
Przypomnę, że tygodnik „Niedziela”, wydawany od 1926 roku, z przerwą na niemiecką okupację, dalej, z przerwą, od 1953 roku, na komunistyczną deprawację, po jego wznowieniu w 1981 roku był i jest dotąd pod troskliwą opieką księdza Infułata. Od tego czasu, nieprzerwanie od 36 lat, przypomina On nam, że niedziela dla katolików i Polaków jest pierwszym dniem tygodnia, najważniejszym, a nie „siódmym dniem tygodnia”. Jest dla nas oczywiste, że „Niedziela” to tygodnik katolicki, o czym świadczy nie tylko podtytuł, ale przede wszystkim zawartość, że odniosę się do tytułu innego tygodnika, w treści mało katolickiego, a jednak sygnowanego tym podtytułem.
Od tego czasu ksiądz Ireneusz ewangelizuje, jako diecezjalny duszpasterz akademicki, diecezjalny asystent Akcji Katolickiej Archidiecezji Częstochowskiej, dyrektor Wydawnictwa Diecezjalnego, redaktor „Częstochowskich Studiów Teologicznych”, członek Komisji Episkopatu Polski do Spraw Kultury, Komisji do Spraw Środków Społecznego Przekazu, prałat honorowy papieża świętego Jana Pawła II, współzałożyciel Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, twórca serii wydawniczej „Biblioteka Niedzieli”, dzięki której pojawiło się ponad 300 wartościowych, tak potrzebnych Polsce książek.
Ksiądz Ireneusz, w wielkiej polskiej rodzinie dziennikarzy jest wzorem, autorytetem, nauczycielem, ale równocześnie skromnym cotygodniowym felietonistą i komentatorem, osobą w niczym nie narzucającą się swoim odbiorcom, bo zawsze tak samo zatroskany o kondycję religijną i obywatelską rodaków.
Dlatego ksiądz Infułat nie mieści się w kategorii „dziennikarz katolicki”, nie wiadomo przez kogo wymyślonej, chyba po to, aby dzielić dziennikarzy, na katolickich i tych innych, gdyż prawdziwym dziennikarzem jest ten, kto posługuje się słowem pisanym czy mówionym, po to, aby głosić prawdę, zarówno tę nadprzyrodzoną jak i codzienną, aby służyć dobru i sprawiedliwości. Być głosem sumienia. Dlatego „Kapłan - Polak wielkiego sumienia”. Kapłaństwo i dziennikarstwo oraz duszpasterstwo w posłudze księdza Ireneusza jest właśnie takie, spod znaku: Bóg, honor i Ojczyzna.
Laudacja nie powinna być zbyt długa ani rzecz jasna zbyt krótka, ale też nie może być pozbawiona osobistych refleksji głoszącego Laudację. I tu, jako radiowiec o 40-letnim w tym roku stażu, pragnę podziękować Księdzu Ireneuszowi za radiowe felietony wygłaszane szczególnie w Radiu Maryja. Niepowtarzalny, prawdziwy Dar Boży, oryginalny księdza głos, ton i tembr, tempo oraz intonacja wypowiedzi radiowej w połączeniu z zawsze ważną aktualną treścią, tworzą niezapomniany efekt wrażliwości, refleksji obywatelskiej i powagi. Nie było sposobu słuchać księdza zajmując się w tym czasie innymi, zwykłymi czynnościami, a więc korzystając z tej, w sumie wspaniałej cechy, jaką posiada radio, dlatego zatrzymywałem samochód i słuchałem do końca.
Księdzu Infułatowi dr. Ireneuszowi Skubisiowi życzymy długich lat w kapłańskim i dziennikarskim posłannictwie.
Wojciech Reszczyński
Z Pawłem Lisickim, laureatem Głównej Nagrody Wolności Słowa rozmawia Błażej Torański.
dziennikarz, publicysta, absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1993 – 2005 pracował w „Rzeczpospolitej” jako szef działu opinii i zastępca redaktora naczelnego, od 13 września 2006 do 27 października 2011 był redaktorem naczelnym tego dziennika. Od 7 lutego 2011 do 28 listopada 2012 redaktor naczelny tygodnika „Uważam Rze”. Od czterech lat redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”. Autor kilku książek. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Za książkę „Krew na naszych rękach?” SDP przyznało mu Główną Nagrodę Wolności Słowa.
BŁAŻEJ TORAŃSKI: Jest Pan Żydem?
PAWEŁ LISICKI: Nie.
Lubi Pan Żydów? Ma wśród nich przyjaciół?
Ostatnio przyjacielem nazwał mnie publicznie Szewach Weiss. Zakładam więc, że mam tez wśród Żydów przyjaciół. Mógłbym też wymienić inne przykłady, ale to są prywatne znajomości.
W książce „Krew na naszych rękach?” rozprawia się Pan z mitami, obala obiegowe tezy, prowadzi dyskurs o Holokauście i rezonansie żydowskiej opowieści o Zagładzie. Żydzi są narodem wybranym?
Wierzę, że byli narodem wybranym w tym sensie, że Bóg zawarł z nimi przymierze. Nie zajmowałem się jednak tym, czy Żydzi są narodem wybranym w rozumieniu biblijnym. Interesuje mnie, kim są współcześnie.
Polemizuje Pan z Agnes Heller, węgierską publicystką, która w eseju „Pamięć i zapominanie. O sensie i braku sensu” twierdzi, ze potomkowie Abla i Kaina, nieskażone i niewinne ofiary, to wyłącznie wyznawcy religii mojżeszowej. Wszyscy inni ludzie na Ziemi to kainowa progenitura, obarczona winą krwi.
Zachowując właściwe proporcje można by pozycję Heller porównać do statusu Adama Michnika w Polsce. Według niej ludzkość została podzielona na dwie części: na Żydów, potomków Abla i Kaina oraz nie–Żydów. I od tej pory – jej zdaniem – powstaje nowa etyka. Ma się sprowadzać do tego, że nie–Żydzi powinni mieć poczucie winy w stosunku do Żydów. Wydaje mi się, że jest to podejście rasistowskie, rzecz nie do przyjęcia, pokazująca, do czego mogą ludzi doprowadzić ideologiczne zapętlenia.
Kto ma mieć to poczucie winy? My Polacy? My chrześcijanie?
Ani my Polacy, ani my chrześcijanie żadnego poczucia winy wobec Żydów mieć nie powinniśmy. Co do Polaków – w zdecydowanej większości chrześcijan, katolików –ocena zachowania nie jest prosta. Zdarzały się przypadki szmalcowników, kolaborantów, którzy w zamian za korzyści wysługiwali się Niemcom, próbowali donosić. Wyraźnie jednak rozróżniam w zachowaniu się jednostek, które postępowały na własną rękę, a działaniem narodu czy państwa. Polska, jako państwo, żadnej kolaboracji z Niemcami nie podjęła. Nie było żadnego przyzwolenia dla szmalcowników czy donosicieli. Wręcz przeciwnie, zgodnie z prawem państwa podziemnego ci przestępcy powinni być karani i czasem byli. Choć rzecz jasna nie wystarczająco. Wynikało to jednak ze słabości struktur podziemnych.
Dlaczego więc tak silny rezonans światowy zyskują kłamliwe tezy, takie na przykład, jak Joel’ a Mergui, który powiada, że „Polska zagazowała Żydów”.
One są nadal silne i żywe. Odwołam się do słów, które pojawiły się kilka dni temu w programie BBC. Wypowiedział je Allan Little, autor filmu poświęconego czasom Holocaustu: „Holocaust nie był jedynie niemieckim przedsięwzięciem. Wymagał aktywnej współpracy norweskich urzędników, francuskiej policji, polskich maszynistów oraz ukraińskich bojówek paramilitarnych. Każdy okupowany kraj w Europie ma swoich entuzjastycznych uczestników Holocaustu”. To jest właśnie zjawisko, które nazwałem w książce religia Holocaustu.
Na czym opiera się ta religia? Jakie ma dogmaty?
Moim zdaniem składa się z czterech dogmatów. Pierwszy mówi o tym, że Holocaust był centralnym, jedynym, nieporównywalnym wydarzeniem w dziejach świata i ludzkości. Że żadna inna zbrodnia nie mogła się z Holocaustem równać i to jest całkowicie wyodrębnione i dominujące. Druga teza mówi, że Żydzi byli bardziej „niewinnymi” ofiarami, aniżeli inne. Trzecia teza powiada, że tak naprawdę w Holocauście entuzjastycznie uczestniczyły wszystkie narody, a Hitler był tylko kimś, kto to umożliwił. Że był tylko swego rodzaju katalizatorem, a nie jedynym zbrodniarzem. Czwarta teza mówi, że przyczyną historyczną Holocaustu był zakorzeniony od wieków antysemityzm, który narodził się wraz z powstaniem chrześcijaństwa, rozwijał się przez stulecia, aż w XX wieku wybuchnął ze stokrotna siłą. A jego głównym źródłem był Kościół katolicki. Punktem wyjściowym narodzin tego antysemityzmu były opowieści o pasji o męce Pańskiej. Krótko mówiąc: to, co zaczęło się na Golgocie, skończyło się w kominach Auschwitz. Nazywam je dogmatami, ale w sensie historycznym są to tezy absurdalne. Ich zwolennicy nie traktują ich jednak jako tezy do dyskusji, tylko, jako rzecz objawioną, czyli jako coś z czym się nie dyskutuje. Składają się one na to, co nazywam religią Holocaustu.
Rozbija Pan mit za chrześcijańską odpowiedzialność za Holocaust. Dlaczego jednak każda krytyka judaizmu odbierana jest jako antysemityzm?
Pomysł, aby każda krytyka judaizmu jawiła się jako antysemityzm jest kompletnie absurdalny. Gdybyśmy przyjęli ten sposób rozumowania największymi antysemitami byli prorocy Izraela. Nie ma tak ostrych sformułowań dotyczących zachowania ludu Izraela i Żydów, jak to, co znajdziemy od początku w Pięcioksięgu Mojżesza, zapisach Izajasza, Jeremiasza… To jest tak absurdalne, że aż trudno uwierzyć, że jest to traktowane poważnie przez dużą część naukowców. Chrześcijanie, którzy uważali, że obietnica, która została złożona prorokom tak naprawdę dotyczyła przyjścia Mesjasza (upatrywali go w Jezusie), siłą rzeczy stali się naturalnymi oponentami tych, którzy w Jezusie Mesjasza nie uznali. Mieliśmy do czynienia ze sporem religijnym, prowadzonym przez dwie strony: tych, którzy uważali chrześcijan za odszczepieńców i tych, którzy uważali, że większość Żydów nie przyjęła w Jezusie Mesjasza, choć powinna. Przedstawienie tego sporu religijnego jako rasowego – w którym semici stanęli naprzeciwko antysemitom – jest absurdalne. Duża część mojej książki poświęcona jest krytyce tego stereotypu, który w fatalny sposób wpłynął na nauczanie współczesnego Kościoła. Sprzeciwiam się kolejnym aktom ekspiacji i bicia się w piersi, jakie od lat 60. XX wieku z rosnącą intensywnością uskuteczniają kolejni teologowie chrześcijańscy, tak protestanci jak katolicy. Co gorsza w tych powszechnych przeprosinach biorą udział hierarchowie, nawet papieże. To droga ku przepaści.
Na czyich wobec tego rękach krew, Panie Pawle?
Krew jest zawsze na rękach zbrodniarzy. Tych, którzy byli ideologami rasistowskiego narodowego socjalizmu, jak Hitler i jego grupa. Doprowadzili do tego, że zanikło pojęcie praw uniwersalnych. To przeciw nim podnosił w latach 30 głos Watykanu. Pius XI i Pius XII stale podkreślali, że godność człowieka, której nie wolno naruszać jest niezależna od rasy, od pochodzenia, od biologii. To, co było kwintesencją zła, głównym powodem, dla którego doszło do tak masowych zbrodni, było stwierdzenie, że są różne grupy ludzi, które możemy eliminować, zabierać im życie. Człowiek przyznał sobie prawo do decydowania o tym, kto jest, a kto nie jest godny życia. Na początku programowi przymusowego uśmiercania podlegały osoby mające „nie wartościowe życie”. Naziści wspierali wielki program eutanazyjny. Potem na skutek tej pierwszej zbrodni eliminacji Niemcy rozprawiali się z kolejnymi „niewygodnymi” grupami – to działało na zasadzie równi pochyłej. Po 1939 roku na masową skalę z Polakami i Żydami. Przełomem był czerwiec 1941 roku, kiedy to zbrodniczość reżimu jeszcze wzrosła i zaczęło się systematyczne, powszechne mordowanie Żydów przez Niemców.
źródło: http://sdp.pl/wywiady/13761,glowna-nagrody-wolnosci-slowa-od-golgoty-do-kominow-auschwitz,1485878963
Z Maciejem Kucielem rozmawia Błażej Torański.
rocznik 1973, absolwent krakowskiej AGH. W czasie studiów współpracował z krakowskim dodatkiem do „Gazety Wyborczej” i „Czasem Krakowskim”, a w latach następnych z działem prawnym „Rzeczpospolitej”, z Radiem Kraków, radiową Trójką i Informacyjną Agencją Radiową. Specjalizuje się w relacjonowaniu procesów sądowych i tematyce prawnej. Od kilkunastu lat realizuje reportaże dla programów TVN „Uwaga!” i „Superwizjer”. Wielokrotnie nagradzany w konkursach dziennikarskich – Grand Press i SDP. Teraz SDP przyznało mu drugą Nagrodę Wolności Słowa za reportaż „Sędzia”, wyemitowany w TVN Superwizjer.
BŁAŻEJ TORAŃSKI: Czy w Polsce handluje się wyrokami sądowymi?
MACIEJ KUCIEL: W przypadku sędziego Janusza K. z Sądu Rejonowego w Kościerzynie, byłego przewodniczącego Wydziału Karnego, który opisałem w reportażu „Sędzia” – tak. On handlował wyrokami i został za to co najmniej dwukrotnie skazany. Nie można jednak generalizować. Jestem zdania, że trzeba głośno mówić o przypadkach, kiedy ktoś zostanie złapany za rękę. To było, jest i będzie. Prawdziwy problem kryje się jednak w czym innym: środowisko nie oczyszcza się ze skorumpowanych sędziów, tylko hoduje takie wrzody, jak Janusz K.
Przez kilka lat sędzia K. za łapówki chronił przed wykonaniem wyroku Mariana T., przedsiębiorcę skazanego na wyrok bezwzględnego więzienia. Szantażował go: „Albo pójdziesz siedzieć, albo płacisz pieniądze”. Co roku Marian T. płacił sędziemu 10 tys. zł, w sumie uzbierało się 100 tys. zł. Jak to możliwe, że przez tyle lat sprawa nie wyszła na jaw?
Bo nikt nie miał w tym żadnego interesu. Sędzia szantażował skazanego. Skazany nie chciał iść do więzienia, więc płacił. Sędzia, przewodniczący Wydziału Karnego w niewielkiej Kościerzynie, wymyślał, w jaki sposób odroczyć wykonanie kary. Układ zamknięty, w którym każdy odnosił korzyść. Nikt nie miał interesu, aby ten zaklęty krąg przerwać. Marianowi T. skończyły się jednak pieniądze, a nadal był szantażowany. Wielu ludzi wiedziało, że u sędziego można coś załatwić.
W reportażu sędzia Janusz K. mówi: „zmienię kuratora, ustawię go”. Albo: „jest wniosek prokuratora i wszystko będzie dobrze”. Myślisz, że skorumpowany sędzia dzielił się łapówkami z prokuratorem lub kuratorem? A może był to tylko układ koleżeński?
Władza sędziowska jest niemal nieograniczona. Janusz K. odraczał wykonanie kary, a nikt od jego decyzji się nie odwoływał. Sędziowie mają tak wielką władzę, ze mogą to robić bez końca. Wątpię, żeby się z kimś dzielił. To były koleżeńskie uprzejmości.
Mógł mataczyć, wykorzystując prawo?
Przez dziesięć lat robił to zgodnie z procedurami.
Marian T. skazany został za to, ze zaniżył przed urzędem skarbowym ilość importowanej z Niemiec margaryny.
W tym samym czasie wielu biznesmenów sprowadziło margarynę, zaniżając jej wartość. Dostali oni jednak niskie wyroki. Marian T. miał wyrok trzy czy cztery lata więzienia i 50 tys. grzywny.
Nie wytrzymał szantażu, przerwał milczenie pod wpływem żony. Zapytała go: „Jak długo, baranie, będziesz dawał się tak wodzić za nos?”.
Wtedy pękł. Pojechał na policję. Ostatni raz wręczał sędziemu łapówkę – znaczone banknoty – pod kontrolą policjantów. Sąd dyscyplinarny nie zgodził się jednak na jego aresztowanie.
I to jest najciekawsze. Policja musiała wypuścić sędziego, którego przyłapała na gorącym uczynku, bo chronił go immunitet. Przez siedem lat toczyło się postępowanie karne w Sądzie Rejonowym w Koszalinie, w tym czasie rzecznik dyscyplinarny nie zrobił nic. Dlaczego?
Z jednej strony rzecznik zachował się biernie z wygody. Tłumaczył, że czeka na wyrok sądu. Po wyroku karnym mógłby automatycznie usunąć sędziego z zawodu. Przy takim tłumaczeniu nie musiał zbierać materiału dowodowego, ciągać po sądach kolegi po fachu. Dał mu spokój.
To jedyna hipoteza? A może ręka rękę myje?
Nie znalazłem na to dowodów. Dlatego opowiadam się za hipotezą, że nikt nie chce występować przed szereg. Zapewne myślą: „niech to zrobi za mnie sąd karny, dostane wyrok skazujący, automatycznie usunę go z zawodu. Inaczej, to ja musiałbym zrobić coś przeciwko koledze, a tego nie muszę”. Zarzucam rzecznikowi dyscyplinarnemu sędziów, że nic nie zrobił, ale podejrzewam, że gdyby zadziałał, inni sędziowie mogliby mu zarzucić, ze pospieszył się zanim został wydany wyrok skazujący. A może był niewinny?
Ok. Ale w innych zawodach, na przykład w policji, w takich przypadkach natychmiast wyrzuca się z pracy. Skąd ta pasywność sędziów?
Nie potrafię tego wytłumaczyć, choć to był najważniejszy cel mojego reportażu, a nie fakt, że sędzia brał łapówki. Czarne owce w każdym środowisku się trafiają. Sędziowie – w jednostkowych przypadkach – brali, biorą i będę brać. Natomiast sposób, w jaki gdańscy sędziowie zamietli ten problem pod dywan jest dla mnie skandalem. Nadal tego nie rozumiem, bo nie wykorzystali możliwości, jakie mieli. Nic nie zrobili. Narazili się na zarzuty kolesiostwa.
A Tomasz Adamski, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Gdańsku deklaruje przed Twoją kamerą, że bardzo im zależy na załatwieniu tej sprawy, ale czekają na zakończenie postepowania karnego. Z opinii, jaką uzyskałeś w Sądzie Najwyższym, nie ma potrzeby uzależniania postępowania dyscyplinarnego od karnego. Wypowiedź rzecznika sądu nie jest wyrazem zakłamania?
Zgadzam się, bo nie zrobili nic. Bali się podjąć inicjatywę. Zrobili jedynie minimum, co leży w ich obowiązkach, czyli wszczęli formalnie postępowanie dyscyplinarne i odwiesili je na kołek. Patrzyli, co w tej sprawie zrobią inni.
Konsekwencje odwieszenia sprawy na kołek, jak powiedziałeś, są poważne, bo polski podatnik zapłacił za to już ponad pół miliona złotych. Tyle dostał oskarżony sędzia Janusz K., któremu przez siedem lat płacono pensję: 6 tys. zł brutto.
Taki był efekt pasywności jednego sędziego: zastępcy rzecznika dyscyplinarnego. Zamknął akta w szafie i czekał.
Kojarzysz, że w tym samym Sądzie Okręgowym w Gdańsku kilka lat temu była afera „sędzia na telefon”: osoba podająca się za urzędnika z kancelarii premiera ustalała z prezesem gdańskiego sądu okręgowego szczegóły związane ze sprawami sądowymi dotyczącymi Amber Gold.
Dokładnie tak.
To chyba nie jest przypadek?
Publicyści mogą pisać o powiązaniach, ja mogę mówić tylko o pasywności i brak poczucia sprawiedliwości ze strony rzecznika dyscyplinarnego tego sądu.
Ale taką samą pasywnością wykazał się Sąd Rejonowy w Koszalinie prowadząc przeciwko skorumpowanemu sędziemu postępowanie karne przez siedem lat! Sędzia Sławomir Przykucki, rzecznik prasowy koszalińskiego sądu mówi w Twoim reportażu tak zwyczajnie, że „oskarżony ma prawo wykorzystywać wszystkie możliwości do obrony”.
Sam mam doświadczenia w charakterze oskarżonego, który nie unika sądu. Po sześciu latach procesu mam za sobą już trzy wyroki, a nadal brakuje prawomocnego. Oskarżony jestem o niezgodną z prawem emisję wypowiedzi pewnej sędzi. Dlatego historia sędziego Janusza K. mnie nie dziwi. Widzę, że praca polskiego wymiaru sprawiedliwości opiera się na trwających latami procesach. Jeśli ktoś chce, może zgodnie z procedurami to utrudniać. Sędzia K. ma w tej mierze wyjątkowe doświadczenie i wykorzystuje każdą furtkę, aby postepowanie przedłużyć. Nawet tłumaczyć się, że … zabrakło mu okularów, aby przeczytać akta, a w związku z tym nie ma możliwości obrony. Sąd Okręgowy uznał ten argument i uchylił mu wyrok skazujący. W składzie orzekającym był także… sędzia Sławomir Przykucki.
źródło: http://www.sdp.pl/wywiady/13796,glowna-nagroda-wolnosci-slowa-zaklety-krag,1486288139
Z Violettą Rotter–Kozerą o wizjonerach w świecie edytorstwa muzycznego rozmawia Błażej Torański.
absolwentka Wydziału Teorii, Kompozycji i Dyrygentury Akademii Muzycznej w Katowicach. Od 1988 roku pracownik etatowy TVP Katowice, obecnie redaktor odpowiedzialny. Autorka filmów dokumentalnych, reportaży, widowisk telewizyjnych, koncertów, wydawca cyklicznego programu poświęconego kulturze na antenie TVP Katowice. Nagrodę SDP im. Macieja Łukasiewicza dostała za film dokumentalny o Polskim Wydawnictwie Muzycznym: „Idea, która przerasta codzienność – PWM”.
Z Violettą Rotter–Kozerą o wizjonerach w świecie edytorstwa muzycznego rozmawia Błażej Torański.
BŁAŻEJ TORAŃSKI: Pani film brzmi jak utwór muzyczny. Taki był zamiar czy tak wyszło?
VIOLETTA ROTTER-KOZERA: (śmiech) Jestem muzykiem i konstrukcja wielu moich filmów związana jest z porządkiem muzycznym. Tak sobie to wyobrażam. Nie po raz pierwszy słyszę takie porównanie.
Myślałem, że będę oryginalny (śmiech). Jak Polskiemu Wydawnictwu Muzycznemu udało się przetrwać 70 lat?
To wyłącznie zasługa ludzi, ich niezłomności, pomysłowości, serca, oddania. To są niezwykłe postaci. Tworzyli PWM w pełni świadomie, myśląc perspektywicznie, co jest na prawdę ważne.
Swój dokument zbudowała Pani głównie na wypowiedziach ludzi, pasjonatów. Prof. Eugeniusz Knapik, kompozytor mów tak: „Kompozytor potrzebuje wydawcy, kogoś, kto zbiera jego rozproszone myśli, utwory, zestawia w katalogi i edytuje (…). Utwory bez wydawcy nie mogłyby zaistnieć”. Ale: „PWM przechodziły takie koleje losu, jak Polska. Byliśmy za żelazną kurtyną wraz z PWM, ale PWM potrafił się wydostać poza tę kurtynę i działać w przestrzeni międzynarodowej”. Nie ma Pani poczucia, że to wydawnictwo jest jak samotna planeta krążąca we Wszechświecie?
Redaktor Teresa Chylińska nazwała to osobliwą bańką, kryształową kulą, w której oni mogli się skoncentrować na swojej pracy i stworzyć takie warunki, żeby mogli rozwijać główne idee związane z edytorstwem muzycznym. Bardziej z tym bym to porównała, aniżeli z samotną planetą. PWM, żeby funkcjonować, musi mieć odbiorców, działać dla kogoś. Ta instytucja nie może pracować na wewnętrzne potrzeby.
To tak, jak piękna koegzystencja natury ze sztuką w ogrodzie otaczającym dom byłego dyrektora PWM, prof. Mieczysława Tomaszewskiego. Jest las i „siedem muz” – drewnianych rzeźb z wizerunkami Chopina, Beethovena, Bacha, Mozarta, Mahlera i Pendereckiego. W czole Chopina dzięcioł wydłubał dziuplę…
W przypadku prof. Mieczysława Tomaszewskiego zagadnienie jest głębsze: chodzi o umiejętność życia, wybierania w życiu tego, co jest najistotniejsze i łączenia z tym, co najtrudniejsze. Mam poczucie poznania człowieka o wewnętrznej harmonii, który potrafił najbardziej skomplikowane sprawy rozłożyć w czasie tak, żeby udało się rozwiązać wielkie problemy. Cierpliwość jest jego jedną z głównych cech charakteru.
A co dla Pani przy realizacji tego dokumentu było najważniejsze i zarazem najtrudniejsze?
Uczynienie tego filmu komunikatywnym. Żeby obraz znalazł zainteresowanie odbiorców. Bo ludzie, którzy tkwią w tej materii wiedzą, o co chodzi, znają się na rzeczy. Moim zadaniem było tak to sformułować, wymyślić, zbudować, żeby opowieść była zrozumiała dla bardzo różnych odbiorców.
Pada dosyć proste wyjaśnienie z ust dr. Daniela Cichego, redaktora naczelnego PWM, że „wydawnictwo muzyczne zajmuje się alfabetem dźwięku, muzyki, dla wielu niezrozumiałym. Warsztat przygotowania publikacji nutowych wymaga bardzo specjalistycznej wiedzy i wyjątkowego warsztatu redaktorskiego. Niewiele jest wydawnictw muzycznych na świecie”.
Na czym polega wyjątkowość PWM–u?
Na kreatywności ludzi, ich autentycznym i bezgranicznym oddaniu realizacji tej idei. To są niesłychanie twórczy ludzie, niejednokrotnie wizjonerzy, którzy potrafią w świecie edytorstwa muzycznego odnaleźć siebie i wznieść wydawnictwo na wyższy poziom rozwoju. Po drugie: PWM ukształtowało swój język, ceniony na świecie. To jest w moim odczuciu największa zaleta Polskiego Wydawnictwa Muzycznego. Ta idea przerasta codzienność.
To jakby twórca zbiorowy, bo obejmuje bogactwo nurtów: przygotowanie nut dla profesjonalistów, ale i dzieci, wydawanie książek, przewodników, leksykonów o muzyce, materiałów wykonawczych dla orkiestr…
Ideą przewodnią jest łączenie różnych zjawisk, nie traktowanie ich w oderwaniu od innych sztuk. Ta idea potrafi w synkretyczny sposób spojrzeć na muzykę, na to, jak ważną role odgrywają w niej literatura, malarstwo, poezja. Wszystkie te sztuki mogą się łączyć na jednej płaszczyźnie.
Pytałem, jak PWM przetrwało zakręty polskiej historii. Tadeusz Ochlewski był dyrektorem wydawnictwa w najbardziej bolesnym okresie: w stalinizmie. Danuta Sobkowska, archiwistka, zauważa, że czasami dyrektor szedł na kompromis, aby dostać przydział papieru. Papier był przedmiotem szantażu ze strony władzy.
Tajemnica tkwi w proporcjach. W tym, co zostało.
Ochlewski musiał podejmować decyzje uwłaczające jego godności, masowe pieśni radzieckie, aby równocześnie ocalić to, co najwartościowsze? Realizować misję?
Musiał podejmować takie decyzje, bo dla mnie nie ulega najmniejszej kwestii, że gdyby tego nie robił, nie byłoby PWM–u.
Był to rodzaj handlu wymiennego?
Oczywiście. Ale paradoks także polega na tym, że w części tej „działalności masowej” były też materiały wartościowe artystycznie.
Oglądając Pani film mam poczucie, że magiczne treści same ten obraz niosą. Wiem, ze to jest złudzenie, ze kryje się za tym żmudna praca. Co sprawiło Pani przy realizacji „Idei, która przerasta codzienność – PWM” najwięcej kłopotów warsztatowych?
Zapanowanie nad ogromnym materiałem i wybór faktów, wypowiedzi, obrazów, które utrzymają dramaturgię. Żeby opowieść była czytelna, eksponowała najważniejsze wątki lub wskazywała, gdzie głębszych szczegółów szukać. Przy realizacji takiego filmu najważniejsza jest kwestia wyboru. W tym wypadku mamy do czynienia z ogromem działalności na różnych polach. Dlatego wybór nie był łatwy. Zwłaszcza, że wszyscy zasługiwali na uwagę, ale nie wszystkim można było ją poświęcić.
Pani udało się w filmie pomieścić nie tylko wybitnych twórców, jak Krzysztof Penderecki, nie tylko wybitnych redaktorów, ale nawet archiwistów. Każdy z nich jest wybitny.
Zgadzam się z panem w pełni.
Jak bardzo motywują Panią nagrody, jak choćby ta, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich?
Ta jest dla mnie niesłychanie ważna, bo przyznana przez środowisko dziennikarskie. Z natury rzeczy dziennikarze patrzą na różne zagadnienia przez lupę. Na mój film też. Tym cenniejsza jest dla mnie ta nagroda. Jest potwierdzeniem, że obrałam właściwy kierunek. A tego nigdy, jako autorzy nie wiemy. Bo każda praca wymaga zaangażowania, ale i tak w rezultacie najważniejszy jest efekt. Nikogo nie będzie interesowało czy było to trudne, czy łatwe. To ma być po prostu dobre, czytelne i komunikatywne. W tym przypadku – zastanawiając się nad sensem swojej pracy – mam poczucie spokoju.
źródło: http://sdp.pl/wywiady/13759,nagroda-im-macieja-lukasiewicza-koegzystencja-natury-ze-sztuka,1485878777
Z Andrzejem Tomczakiem o tym, jak urzędnicy działają przeciwko petentom rozmawia Błażej Torański
Rocznik 1965. Mieszka w Bydgoszczy. W dziennikarstwie od ćwierć wieku. Reportażysta. Współpracuje z „Ekspresem Reporterów”. Autor filmów dokumentalnych . Zainteresowania: historia, literatura piękna, filozofia. Nagrodę im. Eugeniusza Kwiatkowskiego SDP przyznało mu za dwa reportaże telewizyjne wyemitowane w „Ekspresie Reporterów” TVP 2: „Nie zapłacona praca podwykonawców” i „Benzyna we krwi”. W tym ostatnim autor opisuje perturbacje pasjonatów motoryzacji w zarejestrowaniu w Polsce samodzielnie wykonanych pojazdów.
BŁAZEJ TORAŃSKI: Za co tak bardzo nie lubisz urzędników?
ANDRZEJ TOMCZAK: Bardzo ich lubię (śmiech). Zdarza się jednak, że mają bardzo negatywny wpływ na życie innych ludzi. Kiedy ci ludzie zgłaszają się do redakcji, do mnie, próbuję najpierw sprawę wyjaśnić, interweniuję. W rezultacie często okazuje się, że rację ma petent, nie urzędnik. Zwykle do rozmowy z urzędnikiem jestem przygotowany lepiej, niż on sam. Jego odpowiedzi bywają kompromitujące i stąd może bierze się wrażenie, że nie lubię urzędników. Tak nie jest, ale uważam, że jest ich zdecydowanie za dużo.
Specjalizujesz się w pokazywaniu absurdów urzędniczych, historii, w których przepisy postawione są na głowie, a urzędnicy zachowują się jak gamonie.
Takie jest życie, że często urzędnicy błędnie stosują przepisy albo interpretują je na korzyść własną, a nie petenta.
Dlaczego w Polsce nie można łatwo i tanio – jak w Czechach czy na Litwie, nie wspominając o Anglii czy Stanach Zjednoczonych – zarejestrować samodzielnie wykonanych pojazdów, zwanych „samami”?
Jeszcze kilka lat temu było to łatwe i tanie. Problem zaczął się wtedy, kiedy obywatele naszego kraju zaczęli samodzielnie budować naczepy tirów, przyczepy do ciągników rolniczych tworząc dla innych zagrożenie w ruchu drogowym. Urzędnicy zmienili przepisy, co było błędem, bo do jednego worka wrzucili te przyczepy i „samy”. Koszty homologacji tych ostatnich wzrosły wielokrotnie.
To jest klasyczny przykład na wylanie dziecka z kąpielą, bo urzędnicy ministerstwa infrastruktury wykręcili ręce pasjonatom budującym samodzielnie auta, odtwarzającym repliki dawnych pojazdów. Dla nich to jest hobby życia, ale niejednokrotnie także źródło utrzymania.
Tym przepisem urzędnicy zniszczyli bardzo ważny, rozwijający się w Polsce rynek dawnych pojazdów. A za nim –jak to zwykle bywa – miejsca pracy. Na przykład w Wielkiej Brytanii, jak wynika z moich danych, dzięki replikom pojazdów budowanych samodzielnie miejsc pracy ma sto tysięcy osób. Dlaczego nie mogło tak być w Polsce?
W reportażu „Benzyna we krwi” pokazujesz kilka przypadków. Na przykład Adam Karek – operator telewizyjny, który miał coraz mniej pracy – przerobił starego poloneza na ekskluzywną limuzynę, którą wozi nowożeńców do ślubu. Miał szczęście, bo zdążył zarejestrować „sama” tuż przed zmianą przepisów. Ale już konstruktorzy „Kobry” czy Harley’ a–Davidsona mieli pecha, choć zajmowali się tym od lat. Co czuli do urzędników poza wściekłością?
Totalne rozczarowanie. Ci ludzie z punktu widzenia rynku pracy są najcenniejsi, bo kreatywni. Pomysłowi. Oni nie wyciągają rąk do państwa po zasiłek, tylko wiele wartości temu państwu wnoszą. Nie tylko pomysłowość, ale także podatki. Nie każdy z nich jest potentatem, ale pojawili się już na rynku ich kooperanci, którzy zbudowali „fabryczki” elementów niezbędnych w tych konstrukcjach. Zatrudniali po kilka, kilkanaście osób. Urzędnicy zniszczyli to jednym pociągnięciem pióra. Jednym podpisem.
Nie zareagowali na Twój reportaż? Nie zmienili błędnej decyzji? Nie naszła ich refleksja?
Najbardziej uderzyła mnie bezsilność nie tylko tych pasjonatów motoryzacji, konstruktorów, ale moja, jako dziennikarza. O ile zwykle – mniej więcej w osiemdziesięciu procentach – udaje mi się rozwiązywać problemy telewidzów, o tyle w tej sprawie poniosłem porażkę. Ze strony ministerstwa infrastruktury spotkałem się ze ścianą. Przez dwa tygodnie nie dostałem odpowiedzi na żadne pytanie. Urzędnikom ministerstwa nie zależało na wyjaśnieniu tej sprawy w jakikolwiek sposób. Nie mówiąc o pomyśle na naprawę tej sytuacji. Całkowita „olewka”.
Nie dostałeś żadnej odpowiedzi od rzeczniczka ministerstwa infrastruktury?
Są ministerstwa, którym zależy na kontaktach z mediami. Wystarczy jeden e-mail i tego samego dnia jest odpowiedź. Na przykład MSW samo z siebie regularnie przysyła mi komunikaty. Rekord szybkości kilka razy pobiło biuro prasowe Allegro, skąd zatelefonowano do mnie już 30 sekund po wysłaniu pytania.
Ministerstwo infrastruktury szturmowałeś przez dwa tygodnie.
Co gorsze, odpowiedź dostałem mniej więcej w takiej treści, jak brzmiało pytanie. Już to wiedziałem.
Konstruktorzy „samów”, bohaterowie Twojego reportażu, na jedną konstrukcję wydają po kilkadziesiąt tysięcy złotych. Zgodnie z nowymi przepisami, aby je zarejestrować, za homologację musieliby zapłacić sto tysięcy. Ale … mogą zarejestrować te pojazdy w Czechach czy na Litwie. Zyskają tamtejsze budżety. Co czujesz, kiedy widzisz, jak państwo polskie kładzie kłody polskim konstruktorom?
Powiem szczerze: jest mi wstyd za moje państwo. To jest wstyd za to, ze państwo polskie w taki sposób traktuje swoich obywateli i zmusza ich do kombinatorstwa. Z drugiej strony krew mnie zalewa, że przez to uciekają podatki, że ludzie nie mogą tworzyć miejsc pracy. Jeszcze kilka lat temu konstruktorzy „samów” próbowali lobbować, aby ocalić swoja pasje i dochody, ale widzieli, ze urzędnikom na tym nie zależy.
Jak myślisz: skąd ta pasywność urzędników?
Mają ciepłe posady. Co miesiąc wpływa im na konta pensja. To im wystarczy. Dlaczego maja się wychylać i robić coś ponad?
źródło: http://sdp.pl/wywiady/13760,nagroda-im-eugeniusza-kwiatkowskiego-wstyd-za-panstwo,1485878867
Z Olga Mickiewicz-Adamowicz, O historii, która się nigdy nie kończy rozmawia Błażej Torański.
Od 2010 roku dziennikarka Polskiego Radia, gdzie początkowo była reporterką, a potem prowadziła i wydawała audycje. W 2014 roku zaczęła pracę w Studiu Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. Laureatka Stypendium im. Jacka Stwory przyznawanego młodym twórcom radiowym i Ake Blomstrom Award - międzynarodowej nagrody, w ramach której przez rok szkoliła się pod okiem wybitnych europejskich reportażystów.
BŁAŻEJ TORAŃSKI: W opowieściach reporterskich szuka Pani bardziej faktów czy emocji?
OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ: Szukam ciekawych historii, z którymi się łączą emocje. W reportażu nie wystarcza faktografia. Jedno musi przenikać się z drugim. Czasami emocje pojawiają się w trakcie zbierania faktów. Trochę tak było przy okazji reportażu „Bóg, Honor, Ojczyzna i ja”.
To historia Stanisława i Władysława Rodowiczów, którzy w swojej willi na Żoliborzu prowadzili w latach 1940–44 tajną radiostację ZWZ–AK, nazwaną „Łodzią Podwodną”. Niemcy nigdy jej nie odkryli, choć rewidowali dom. Rozmawiała Pani z ich dziećmi.
Mój kolega z Polskiego Radia, realizator, pasjonuje się historią radiofonii. Wspomniał, że w czasie wojny istniała tajna radiostacja i powinnam o tym zrealizować reportaż. Najpierw pomyślałam, że to strasznie nudne opowiadać o radiostacji, która istniała 70 lat temu, nadawała meldunki alfabetem Morse’ a i – poza piwnicą, gdzie była – ślad po niej zaginął. Ale dowiedziałam się, że willa nadal należy do rodziny, do dzieci Stanisława i Władysława Rodowiczów, i może da się coś z tego wyłuskać. Okazało się, że dla tych ludzi, którzy opowiadają o historii swego ojca i stryja, to nie jest historia zakończona. Tam jest nadal wiele silnych emocji i każda rozmowa, pozornie wyłącznie o radiostacji, kończyła się płaczem. Pomyślałam, że to jest temat na reportaż.
Mogła Pani zacząć opowiadać tę historię od czasu wojny, ale mogła i od lat po niej. Pierwszy wątek jest względnie szczęśliwy, dotyczy działalności podziemnej, komunikowania w czasie powstania warszawskiego Mokotowa ze Śródmieściem. Drugi, to tortury, cierpienia, męki zadawane przez UB.
Dla mnie tam jest jeszcze jeden wątek: relacji córki Wandy z ojcem Stanisławem. W radiowych reportażach historycznych emocje muszą być. Bez nich trudno wysłuchać historii. I wydaje mi się, że w takich opowieściach trzeba znaleźć łącznik między historią i teraźniejszością. Dzieci moich bohaterów nadal borykają się z traumą. Z jednej strony jest to radosna historia, o której można nakręcić film sensacyjny z polskim Jamesem Bondem. Niemcy rewidowali dom, opukiwali ściany, radiostacji nie znaleźli. Były skrytki, mikrofony zamaskowane w ogrodzeniu, system sygnalizujący nadejście niebezpieczeństwa, pojawienie się Niemców. To jest pierwsza historia. Zaczyna się podczas okupacji, ale może i wcześniej, bo Stanisław był świetnym wynalazcą, filmowcem, miał smykałkę do konstruowania urządzeń. Druga historia dotyczy relacji z dziećmi. Ale kiedy zaczęła się ich trauma? Kiedy ojciec po raz pierwszy zniknął? Kiedy się ukrywał, a czasami w przebraniu strażaka odwiedzał matkę? Kiedy trafił do stalinowskiego więzienia? A może wtedy, kiedy z więzienia wrócił całkowicie odmieniony?
Wrócił, jak roślina. Nie potrafił się odnaleźć w pozawięziennej rzeczywistości.
Chciałam pokazać, że tam jest ciągłość. Kontinuum. Że pokazuję wycinek pewnej historii, która nie jest zamknięta. Ona ma swoje konsekwencje także w obecnej rzeczywistości.
Wszystkie wątki spinają relacje ojca z córką. Wanda Rodowicz mówi o nim, że był dla niej „Panem Bogiem, ale nie tatą”. „Dziś modląc się do Boga widzę oczy mojego ojca”. Jej mama też była nieszczęśliwa, bo dla Stanisława Rodowicza najważniejsze były „Bóg, honor i ojczyzna”, a jego żona na kolejnym miejscu.
Wanda wydała wspomnienia o ojcu. Jest tam ich korespondencja, kiedy siedział w stalinowskim więzieniu, wspomnienia i wiersze o nim. Ta więź córki z ojcem zaważyła na całym życiu mojej bohaterki. Bo nie chciała już Boga, honoru i ojczyzny! Znalazła sobie pierwszego męża–kanalię. Próbowała się od niego wyzwolić poprzez terapię. Podczas terapii zdała sobie sprawę z tego, że jej ojciec był bohaterem i bogiem, wiecznie nieobecnym, ale i wspaniałym, biednym i chorym, potrzebującym jej pomocy, także finansowej. Kupowała mu do więzienia papierosy i ubrania. Ta relacja wpłynęła na jej dorosłe życie. Dopiero podczas terapii uświadomiła sobie, że jej tęsknota za ojcem zdeterminowała jej całe życie.
Odkryjmy więcej treści. Kiedy wydawało się, że Stanisław i Władysław Rodowiczowie będą po wojnie bohaterami, zderzyli się – jak tysiące byłych akowców – z aparatem bezpieczeństwa. W Pani reportażu jest kilka scen, które odbierają zmysły. Co Panią najbardziej wstrząsnęło?
Jest kilka takich obrazów. Scena widzenia z ojcem w więzieniu. Kiedy chwyta palcami kratę, strażnik wali go kolbą karabinu po dłoniach. Kilkunastoletnia Wanda dostała rozstroju żołądka. Tak się tym przejmowała – opisuje plastycznie – że z mokrymi majtkami wyszła. Albo inna scena, kiedy ojciec wraca do domu po pierwszym pobycie w więzieniu. Nagle zabrany, niespodziewanie wypuszczony. Do końca nie wiadomo, co się wydarzyło. Nigdy o tym nie opowiadał. Nie ma na ten temat dokumentów. Ojciec wraca do domu przekonany, że cała jego rodzina zginęła.
Nie wiadomo czy to był sen, czy jawa. Z Pani reportażu wynika, jakby strażnicy ubowskiego więzienia odgrywali przed nim jakieś sceny. Sam siedział w celi. Słyszał szmer i dialog: „Ależ ten Rodowicz jest głupi. Nie chce iść na współpracę. Wyrżną mu całą rodzinę”. Stanisław walił głową o ścianę i krzyczał: „Lenin, Stalin, Lenin, Stalin”.
Niewątpliwe dotknął szaleństwa. Miał zwidy, omamy, ale pytaniem jest, na ile się w nim zanurzył, a na ile się to rzeczywiście wydarzyło. Nikt tego nie rozstrzygnie, ale sądzę, że wszystko rozegrało się w jego głowie, to były jego głosy wewnętrzne. Nie wiem czy tak było, ale był przekonany, że całą jego rodzinę zamordowano. Słyszał ich głosy, płacz, ale czy takie były nagrania głosów córki i żony? To jest najbardziej tajemniczy i mroczny wątek tej historii. Zastanawiałam się, czy nie powinnam głębiej tego sprawdzić. Nie chciałam jednak rozgrzebywać życiorysu Stanisława Rodowicza. Skoncentrowałam się na jego relacjach z córką. Na tym, jaką ofiarę poniósł i krzywdę wyrządził najbliższym. Jaką cenę Wanda zapłaciła. Ona powiedziała mi, że ojca wypuszczono z więzienia, bo nie było już z niego pożytku. Oprawcy wiedzieli, że już nikt z niego nic nie wyciągnie.
Prawdę o swych przeżyciach Stanisław Rodowicz nosił w tajemnicy przez dziesiątki lat. Milczał. A czy Pani bohaterowie byli gotowi, aby o tym rozmawiać?
Wanda, córka Stanisława Rodowicza, była najbardziej otwarta. Zebrała wspomnienia, korespondencje. Synowie Władysława Rodowicza – Piotr i Jan – opowiadali, jak ich ojciec, żyjący prawie sto lat, pod koniec życia wylewał z siebie strumieniem myśli i odczucia. Musieli go hamować, bo na przykład wspomnienia z Majdanka przychodziły podczas radosnych spotkań rodzinnych – chrzcin, wesel czy świąt. Nie potrafił się od tego wyzwolić, a rodzinie sprawiał wielki ból. Czuli, że dla niego nie są to wspomnienia, zamknięte rozdziały. Stale nimi żył. Piotr i Jan w przeciwieństwie do Wandy nie byli gotowi o tym opowiadać. Piotr Rodowicz przyznał, że rodzice nie opowiadali im o doświadczeniach wojennych, nie negowali też zakłamanej wersji historii, jakiej oni, jako dzieci, uczyli się w szkołach. Jako dorośli ludzie musieli skonfrontować swoją wiedzę z tym, czego nagle dowiedzieli się od swoich rodziców.
Nic dziwnego, skoro jeden z nich brał udział w olimpiadzie historycznej o II wojnie światowej i wychwalał zasługi Armii Ludowej w walce z Niemcami. Ojciec Władysław, słuchając tego, miał „zieloną twarz”. To była jego jedyna reakcja na te brednie.
Nie powiedział im nawet o swoim pobycie w obozach koncentracyjnych. Kiedy ich kąpał pytali go o wytatuowane na przedramieniu numery. Mówił: „Nic takiego. Kiedyś wam opowiem”. Mieli poczucie, że w domu unosiła się tajemnica i panował nastrój ciągłej konspiracji. Przez lata żyli w strachu czy już im dano spokój, czy jeszcze nie. To ich przygniatało i nadal mają z tym problem.
Opowiadanie Pani tej historii było dla nich terapią?
Pytałam ich na przykład, na ile te wydarzenia mają wpływ na ich obecne życie. Wanda Rodowicz odpowiadała wprost, ale jej stryjeczni bracia mieli wiele oporów, aby się do tego przyznać. Zaryzykowałam, że tak było. Że jest to historia, która nigdy się nie kończy i ma na nich wpływ, choć od dawna są dojrzałymi ludźmi i tęsknota za ojcem jest dla nich nadal ważna. Zastanawiałam się, czy nie przestrzeliłam. Ale wreszcie przyznali, że tak jest. Jako reporterzy często opowiadamy swoje historie. To nie jest w pełni obiektywna prawda. To także jest moja projekcja.
Dała Pani reportażowi patetyczny tytuł: „Bóg, Honor, Ojczyzna i ja”.
To jest zetknięcie się tego, co wielkie, patetyczne, postawione na pomnikach z tym, co bardzo osobiste.
Co dała Pani ta historia?
Uświadomiła mi ze zdwojoną siłą, że wielka, oficjalna historia to jedno, a ludzki los i tak idzie swoim torem. W podręcznikach historii czytamy o tym, co wielkie i patetyczne, a o tym, co małe i brudne, mniej atrakcyjne, w reportażach. Jak w książkach Swiatłany Aleksijewicz.
źródło: http://sdp.pl/wywiady/13782,nagroda-im-adolfa-bochenskiego-o-historii-ktora-sie-nigdy-nie-konczy,1486040245
Z Alicją Grzechowiak o Wiedźmie Biebrzańskiej, gusłach i nasłuchiwaniu dźwięków przyrody rozmawia Błażej Torański.
Aktorka z wykształcenia, dziennikarka z zawodu. Współpracuje z białostockim ośrodkiem TVP od 1998 roku. Autorka kilkudziesięciu reportaży społecznych, obyczajowych i interwencyjnych emitowanych na antenie ogólnopolskiej i antenie TVP Białystok oraz cyklicznych programów edukacyjnych i poradnikowych. Laureatka festiwali filmowych, zdobywczyni wielu nagród w dziedzinie reportażu. Za film dokumentalny „Wiedźma” dostała Nagrodę im. prof. Stefana Myczkowskiego.
BŁAŻEJ TORAŃSKI: Gdzie jest raj? Nad Biebrzą?
ALICJA GRZECHOWIAK: Nie wiem. Każdy ma swój raj. Bohaterka mojego reportażu, Agnieszka Zach, znalazła raj nad Biebrzą. Przez chwilę, zaledwie dwa dni, byłam w tym raju, realizowałam z ekipą reportaż. Moi koledzy, trzydziestolatkowie, nie byli zachwyceni, gdy oznajmiłam im, że mają bardzo wcześnie wstać na nagrania. Jednak gdy zobaczyli magiczne mgły i wschód słońca nad Biebrzą, złość im minęła. Byli pod wielkim urokiem biebrzańskiej przyrody.
Bo przyroda nad dziką Biebrzą jest rozbuchana. Agnieszka Zach powiada, że „trzeba jej się pokłonić z szacunkiem, z pokorą, a wtedy przyroda odda nam, pokaże wszystko, co najpiękniejsze”.
Zawiozła nas tam, gdzie mogliśmy zobaczyć łosie. Nie wierzyłam jej, gdy mówiła, że wie, gdzie są, i w którym miejscu wyjdą. A one się pojawiły i sfilmowaliśmy cudowne łosie i żurawie. Te ostatnie na naszych oczach stoczyły spór o terytorium. Bohaterka mojego filmu ma wspaniały zmysł i kontakt z naturą.
Nazywają ją Wiedźmą Biebrzańską, czarownicą. Czyżby pochodziła z natury?
Krzysztof Kawenczyński – zwany „królem Biebrzy”, niegdyś warszawski antykwariusz – tak właśnie o niej powiedział, gdyż rodzina „Wiedźmy” pochodzi znad Biebrzy i Narwi.
Agnieszka Zach jest przewodniczką, nurkuje, zajmuje się ziołolecznictwem i gusłami, jeździ na motocyklu i tworzy witraże. Ale: stale chodzi boso i pozostaje w nieustannym kontakcie z przyrodą. Powiada, że w miejscu, w którym żyje, czas inaczej płynie. W naturalnym rytmie człowieka?
Tak mi się wydaje. Moja babcia miała na Podlasiu domek na wsi i chodziła ze mną do lasu i na łąki po zioła. Zdejmowałam sandałki i biegałam boso, za babcią. Pamiętam radość z kontaktu z ziemią. Agnieszka też zdobywała wiedzę o ziołach od swojej babci. Twierdzi, że ludzie z miasta, żyjący bliżej „cywilizacji” w codziennym zapomnieniu, oderwali się od natury, ale ich korzenie w niej pozostały. Twierdzi, że chodząc boso, nie choruje i nie odczuwa stresu. Ma też u siebie „stodołę snów”, w której organizuje warsztaty zielarskie. Dzieciaków z pobliskich szkół uczy rozpoznawania ziół, tłumaczy, do czego te naturalne leki można wykorzystać. Organizuje koncerty. Słucha śpiewu ptaków, odgłosów przyrody. Trafiła mi się naprawdę nietuzinkowa bohaterka. W reportażu „Wiedźma” bohater jest podwójny – Agnieszka Zach oraz wspaniała biebrzańska przyroda.
Skąd bierze się u Pani zdolność wynajdywania barwnych, bogatych wewnętrznie postaci? Intuicja?
Kiedy szukam ciekawych tematów, wyostrzam zmysły, zwłaszcza słuch. W telewizji, przy herbacie, jedna z koleżanek powiedziała o fantastycznej wyprawie swoich znajomych nad Biebrzę. Spotkali tam przewodniczkę, która po leśnych ostępach chodzi boso. Zapaliło mi się światełko. Już podczas rozmowy telefonicznej Agnieszka okazała się osobą otwartą. Wiedziałam, że od razu znajdziemy wspólny język. Osobisty kontakt to potwierdził, nadawałyśmy na tych samych falach. Realizowaliśmy ten film w ciągu dwóch dni, ekipa Discovery, która odwiedziła Biebrzańską Wiedźmę wcześniej, potrzebowała na to tydzień.
Siłą Pani filmu, noszącego tytuł „Wiedźma”, jest plastyczny, poetycki obraz. Postawiła Pani już Romanowi Wasilukowi małą wódkę?
Planuję dużą… Romek jest wybitnym operatorem. Realizuję z nim filmy od lat. Jest zakochany w Biebrzy. Bywało, że nie mógł znaleźć czasu na realizację innych, wspólnych tematów, bo planował sfilmowanie np. przelotu gęsi lub tokowanie batalionów. On również zainspirował mnie do realizacji tego filmu.
źródło: http://sdp.pl/wywiady/13779,nagroda-im-prof-stefana-myczkowskiego-tam-gdzie-czas-plynie-w-rytmie-czlowieka,1485889006
Laureatów 24. edycji konkursu Nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 2016 wybrało Jury Główne w składzie
Krzysztof Skowroński – dziennikarz radiowy, przewodniczący Jury Głównego, prezes SDP
Przemysław Babiarz – dziennikarz, komentator sportowy
Paweł Badzio – dziennikarz ekonomiczny
Robert Borkacki (prezes Klubu Publicystów Ekologicznych SDP EKOS)
Jerzy Jachowicz – dziennikarz śledczy
Wanda Nadobnik – dziennikarka telewizyjna
Tadeusz Płużański – dziennikarz, historyk, prezes Fundacji „Łączka”
Zbigniew Rytel – dziennikarz telewizyjny, historyk, reżyser
Andrzej Stawiarski – dziennikarz, członek ZG SDP
Wiktor Świetlik – dziennikarz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, felietonista
Stefan Truszczyński – dziennikarz, sekretarz generalny SDP
Tadeusz Woźniak – dziennikarz historyk, członek ZG SDP
z głosem doradczym:
Elżbieta Binder – przewodnicząca Jury Selekcyjnego oraz Ewa Łosińska Naczelnik Wydziału Komunikacji Społecznej IPN oraz Eliza Dzwonkiewicz wicedyrektor Narodowego Centrum Kultury.
Członkowie Jury mają prawo zgłosić do konkursu prace nie nadesłane przez autorów lub redakcje.
Odrębne Jury oceniało prace fotograficzne nadesłane do kategorii im. Erazma Ciołka oraz kategorii im. Eugeniusza Lokajskiego. Byli to:
z ramienia Zarządu Głównego SDP Andrzej Stawiarski, Agata Ciołek, Maciej Goliszewski
z Klubu Fotografii Prasowej SDP: Zbigniew Furman, Czarek Sokołowski, Jerzy Gumowski.
W tym roku wystartowała nowa nagroda, która skierowana jest do młodych dziennikarzy (do 30 roku życia) – Nagroda im. Adolfa Bocheńskiego za wyróżniające się dokonania dziennikarskie.
Zespół Jurorów Selekcjonerów powołany został przez Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, jego zadaniem było dokonanie przeglądu i oceny wszystkich nadesłanych prac (publikacje w polskiej prasie, radiu, telewizji i internecie) w ramach 24. edycji konkursu „Nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 2016”.
Podstawą pracy Zespołu Jurorów Selekcjonerów był Regulamin Nagród SDP 2016 określający kategorie nagród, kryteria oceny nadesłanych prac oraz terminy regulaminowe. Konkurs o Nagrody SDP 2016 obejmuje teksty prasowe, w tym internetowe, audycje radiowe, programy telewizyjne opublikowane w okresie od 1 października 2015 r. do 30 września 2016 r.
Zespół Jurorów Selekcjonerów pracował – opierając się na Regulaminie nagród SDP 2016 – w składzie red. Elżbieta Binder, red. Janina Jankowska, red. Wojciech Piotr Kwiatek, red. Jolanta Łopuszyńska-Galińska, red. Zbigniew Rytel, red. Stefan Truszczyński.
Do jedenastu kategorii publicystycznych zgłoszonych zostało 274 prac,
Najwięcej prac nadesłano do Nagrody im. Stefana Żeromskiego dotyczącej tematyki społecznej - 87, do Nagrody im Macieja Łukasiewicza, z zakresu tematyki cywilizacji i kultury – 45, do Nagrody im. Janusza Kurtyki, przyznawanej za wybitne publikacje historyczne - 37.
W 24 edycji konkursu o doroczne Nagrody SDP uczestniczyło 122 autorów, niektórzy z nich zgłaszali prace w kilku kategoriach.
Zgłoszone prace publikowane były w 69, w tym w 28 tytułach prasowych, 12 rozgłośniach radiowych, 16 stacjach i redakcjach telewizyjnych, 10 portalach internetowych i 3 wydawnictwach.
Są to:
PRASA
Do Rzeczy; Dziennik Polski; Dziennik Trybuna; Gazeta Wyborcza Duży Format; Gazeta Polska; Gazeta Polska Codzienne; Głos Wągrowiecki; Głos Wielkopolski; Kurier Wnet; Miesięcznik Pamięć; Miesięcznik Debata; Nasza Polska; Nowa Historia; Nowe Echo; Odra; Pałuki i Ziemia Mogieleńska; PAP - Serwis Zagraniczny; Polska Zbrojna; Polityka; Poznaj swój kraj; Reporter; Tygodnik Idziemy; Tygodnik Nowe Info; Tygodnik Powszechny; Tygodnik „Pałuki”; Tygodnik Tucholski; wSieci
RADIO
Akademickie Radio Centrum w Lublinie; Polskie Radio Białystok; Polskie Radio Koszalin; Polskie Radio Lublin; Polskie Radio Pr. 1; Polskie Radio Rzeszów; Polskie Radio Zachód; Radio Emaus; Radio Kraków; Polskie Radio Lublin; Radio Merkury; Radio Warszawa
TELEWIZJA
Telewizja Polsat; Telewizja Polsat News; Telewizja Polsat „Interwencja|”; TVN; TVN Uwaga Superwizjer; TVN Turbo; TVN Uwaga; TVP 1; TVP 1 Obserwator; TVP 2 – Ekspres Reporterów; TVP 3 Reporter Polski; TVP Białystok; TVP Bydgoszcz; TVP Katowice; TVP Łódź; TVP Opole; TVP Poznań
INTERNET
Blog358; Businessman.pl; Bydgoszcz24.pl; Fakty Interia; Interia; Internet/Gniezno; Netka.gda.pl; Portal Debata.olsztyn.pl; Portal Money.pl; Weekend.gazeta.pl
WYDAWNICTWA
Ciechanowskie Zeszyty Literackie; Editions Spotkania; Fronda