Laur SDP 2012
Wywiady z laureatami konkursu 2012: Joanna Lichocka; Jolanta Hajdasz;
Barbara Gruszka-Zych; Mariusz Kamiński; Bronisław Wildstein; Maciej Kuciel;
prof. Walery Pisarek;

Informacja o konkursie


LAUR SDP 2012

DLA WALEREGO PISARKA


Orędownikowi polszczyzny, mistrzowi pokoleń dziennikarzy

Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich


Profesor Pisarek jest wielkim nauczycielem, mistrzem pokoleń dziennikarzy. Nie tylko studentów dziennikarstwa, dla których napisał większość swoich dzieł, ale całych środowisk i wszystkich entuzjastów języka polskiego, choćby tych, którzy gromadzą się na Dyktandach Narodowych, wymyślonych przez Profesora, zresztą najczęściej też dostarczyciela karkołomnych dyktowanych tekstów. Na przykład takich:

Nie wolno o śreżodze łowić mrzeżą cietrzewi. Po jednym bohemizmie skrzeczeć, żem sczeszczony. Nadto zabronić wręcz ptakołówstwa, plugastwa, ohydztwa i cudzołóstwa.

Albo takich:

Niech lwi pazur, lwipyszczek i nasięrzał z miętką pospołu nie chełpią się przed lwią paszczą, bo na gniazda – Bogiem a prawdą – lepszy roshar, a nawet źdźbła rżane.


Profesor Pisarek zawsze polszczyznę traktował i traktuje jako materię współtworzącą człowieka, Polaka. Jak lubi powtarzać, język polski jest w nas i jest nami.


w_pisarek

Profesor Walery Pisarek urodził się 81 lat temu w Rabce, ale dzieciństwo przedwojenne spędził w Jaszczowie na Lubelszczyźnie. Stamtąd po maturze w 1949 roku przyjechał do Krakowa na studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tutaj poprzez wszystkie szczeble kariery naukowej został profesorem – na UJ od 1982 roku do 2007 a od 2009 roku jest profesorem UPJPII w Krakowie. W Krakowie był w latach 1969–2000 dyrektorem Ośrodka Badań Prasoznawczych w Krakowie, swojego ulubionego dziecka. Tutaj zainaugurował też uniwersyteckie studia dziennikarskie. Popularyzował wiedzę o polszczyźnie występując z poradami językowymi w telewizyjnym Studio 2 w latach 70. Po 1989 roku zaangażował się w Centrum Obywatelskich Inicjatyw Ustawodawczych Solidarności, gdzie współtworzył projekty nowych regulacji prawnych w Polsce po odzyskaniu wolności. Był inicjatorem ustawy o języku polskim. Przewodniczył Radzie Języka Polskiego przy Prezydium PAN a od 2001 roku jest honorowym przewodniczącym tego gremium.

To jest życiorys uładzony, ale mało kto wie, że Profesor dwukrotnie był więziony przez komunistyczną władzę. Pierwszy raz w 1946 roku, kiedy jako 16-latek założył grupę partyzancką, a złapany z bronią siedział w ciężkim więzieniu na Zamku w Lublinie i był tam torturowany. Drugi raz na początku lat 50. po aresztowaniu przez UB został zamknięty w pohitlerowskim obozie pracy w Jawiszowicach i wiele miesięcy pracował ciężko w kopalni. Zresztą i w 1956 roku trafił podczas obowiązkowej służby wojskowej na Śląsk, do kopalni. To są mniej znane karty życiorysu Pisarka, on sam zresztą o nich niewiele mówi.

Dziennikarzom i medioznawcom znany jest przede wszystkim z prac na temat języka (np. Słowa między ludźmi, Retoryka dziennikarska, Polskie słowa sztandarowe i ich publiczność), ale też z dzieł na temat teorii komunikacji (Wstęp do nauki o komunikowaniu), prac metodologicznych, prasoznawczych (np. Poznać prasę po nagłówkach) i słownikowych (wielokrotnie wznawiany Kieszonkowy słowniczek ortograficzny czy Słownik terminologii medialnej). Przez wiele lat był redaktorem naczelnym „Zeszytów Prasoznawczych”.

Profesor Pisarek jest jednym z głównych akuszerów nauki o komunikowaniu i nauk o dziennikarstwie. Od samego początku istnienia tej dziedziny poznania naukowego w Polsce brał udział w ważnych dyskusjach, począwszy od sporu szkoły warszawskiej i szkoły krakowskiej z lat 60. przez kształtowanie się podejść specjalizujących i interdyscyplinarnych w latach 70., dyskusje toczone ze strukturalistami w obronie bogactwa fenomenów językowych niemieszczących się w sztywnych schematach teoretycznych podziałów, tworzenie zrębów prasoznawstwa traktowanego jako wielodyscyplinarna nauka o periodycznym komunikowaniu masowym i wreszcie walkę o wyodrębnianie się nauk o mediach jako samodzielnej dyscypliny naukowej.

Pisarek uczy pisania zrozumiałego, jego „Retoryka dziennikarska” z 1970 roku i „Nowa retoryka dziennikarska” z 2002, lektury obowiązkowe każdego studenta dziennikarstwa w Polsce, to szkoła właśnie takiego używania środków językowych. Bo dziennikarz powinien, jak pisze Pisarek, „znać się na składni i doborze wyrazów tak samo, jak szewc zna się na skórach i kopycie, a architekt – na materiałach budowlanych i odpowiednim sprzęcie”. Sam Profesor stosuje zasadę zrozumiałości do siebie, dbając o jasność przekazu nawet w swoich najbardziej skomplikowanych wywodach naukowych z dziedziny językoznawstwa, teorii komunikacji i nauk o mediach. Pisze jasno, barwnie i zrozumiale. Na pewno nie będzie musiał powtarzać smutnej konstatacji późnego Hegla: Nikt mnie nie zrozumiał prócz jednego ucznia, a i ten zrozumiał mnie źle.

W najnowszej książce naukowej Profesora Wstęp do nauki o komunikowaniu uzyskujemy panoramiczną wizję stanu obecnego badań komunikologicznych, z zarysowaną perspektywą siedmiu kroków w rozwoju komunikacji, z których ten ostatni, opisany z przywołaniem Mickiewiczowskiej przenośni przekazu wędrującego „z duszy w duszę” jest sformułowany wręcz proroczo, z dużym talentem obrazowania, w sposób stwarzający poczucie obcowania z autorem wtajemniczonym. Pisarek traktuje zresztą wiedzę o komunikacji z metafizyczną wręcz atencją. Jego stary, jeszcze z 1972 roku pochodzący trójpodział wypowiedzi prasowych na poetykę wiadomości, poetykę komentarza i poetykę reportażu ma swoje źródło w troistości duszy, opisywanej już przez Platona i Arystotelesa. Predyspozycje duchowe na trzy sposoby przejawiają się w funkcjach języka, a te z kolei odzwierciedlają poszczególne typy wypowiedzi dziennikarskiej. Kto jeszcze dzisiaj widzi jakiekolwiek głębsze ugruntowanie poszczególnych rodzajów wypowiedzi prasowych? Kto wykracza poza ich tymczasową i prozaiczną funkcjonalność? Kto z taką precyzją i prostotą objaśnia najbardziej zawiłe zjawiska medialne i komunikacyjne?

Dorobek i życie Profesora Walerego Pisarka zasługują na większe docenienie. Owszem, został w tym roku uhonorowany medalem “Zasłużony dla polszczyzny” a rok temu Uniwersytet Śląski nadał mu tytuł doktora honoris causa, ale w masowym odbiorze jego wkład w systematyzację nauk o mediach nie jest wystarczająco dowartościowany. Dobrze, że Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, którego członkiem jest Profesor, i w którym w 1980 roku został przez Nadzwyczajny Zjazd wybrany na członka Rady, obdarza orędownika polszczyzny, mistrza wielu pokoleń dziennikarzy swoim laurem.

Niech wszelako żałują ci, którzy nie mieli okazji poznać w bezpośrednim kontakcie jego osobistej kultury, staroświeckiej galanterii wobec kobiet, znakomitego poczucia humoru i celnych bon motów. Profesora, to, jakim jest człowiekiem i jakim jest dydaktykiem, dobrze charakteryzuje zdarzenie sprzed dwóch lat. Byłem z grupą studentów z koła naukowego na wyjazdowej szkole dziennikarskiej, gdzie intensywnie przygotowywane były teksty do publikacji na łamach ćwiczeniowej jednodniówki. Późno wieczorem jeden ze studentów zatrzymał się na wątpliwościach językowych dotyczących pisowni nazw samochodów. Nieopatrznie i machinalnie rzuciłem mu, że „to wie na pewno Pisarek”. Nie zdążyłem zareagować, kiedy on już wysłał mail pod adresem Profesora. Nie czekaliśmy nawet kwadransa, kiedy przyszła odpowiedź, w której była podana jasna i wyczerpująca wykładnia poprawnego pisania, z podanymi źródłami, a nawet numerami stron w odpowiednich słownikach. Ale najważniejsze było to, jak się ten mail zaczynał: „Zawsze może Pan, Panie Piotrze, liczyć na radę starego profesora” – napisał w środku nocy Profesor do początkującego studenta. To widziałem na własne oczy, to zapamiętam jako kwintesencję wielkości „starego Profesora” i jako podsumowanie postawy mistrza, na którego radę zawsze można liczyć.


Laudacja wygłoszona przez Krzysztofa Gurbę




Wywiady z laureatami

Konkurs 2012 r.


Z Joanną Lichocką, współlaureatką Nagrody Głównej Wolności Słowa, o filmie „Pogarda” rozmawia Błażej Torański.


lichocka

Joanna Lichocka

Publicystka „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie”, prowadzi rozmowy telewizyjne na portalu vod.gazetapolska.pl. Jest współautorką i autorką filmów dokumentalnych „Mgła”, „Pogarda” i „Przebudzenie”, które powstały po katastrofie smoleńskiej, a które ze względu na krytykę rządzących są objęte nieoficjalnym zakazem emisji w TVP i telewizjach komercyjnych. Filmy docierają do odbiorców za pośrednictwem drugiego obiegu – płytek dołączanych do Gazety Polskiej, Internetu i organizowanych w całej Polsce pokazów. Jest dziennikarką od dwudziestu lat, debiutowała w 1991 roku w „Tygodniku Solidarność”. Pracowała m.in. w telewizji Polsat, Puls, TVP, „Dzienniku” i „Rzeczpospolitej”. Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i podyplomowych studiów literacko-artystycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim.


Co czułaś, widząc w telewizji w ubiegłym roku, jak Paweł Graś przeprasza po rosyjsku OMON – po kradzieży kart kredytowych Andrzeja Przewoźnika?

Pamiętam bezsilność, że nikt w telewizji – jednej, drugiej czy trzeciej – nie może napisać na pasku, powiedzieć czy pokazać, jaki to jest straszliwy skandal. Teraz zresztą wiemy znacznie więcej – ale myślę, że rządzący część z tej wiedzy mieli już wtedy – o tym jak Rosjanie potraktowali ciała ofiar, jak przeprowadzali sekcje, jak niszczono wrak. Te przeprosiny po rosyjsku rzecznika były nie tylko aktem korzenia się rządu przed stroną rosyjską, były upokorzeniem rodzin ofiar katastrofy, ale też po prostu oglądających to zwykłych Polaków.

Nie miałaś poczucia, jakby wypowiadał się rzecznik rządu namiestnikowskiego, a nie niepodległej Rzeczpospolitej?

Miałam raczej poczucie, że wypowiada się błazen. Z trudem między zdaniami przełykał ślinę, bo chyba zdawał sobie sprawę z tej maskarady. Przyznam, że trudno mi traktować ministra Pawła Grasia jak poważnego człowieka. Był wielokrotnie przyłapany na kłamstwie, także w filmie „Pogarda” pokazujemy do czego jest zdolny, i że nie ma właściwie żadnych granic manipulacji, do których nie umiałby się posunąć. Przypomnę, że nie tak dawno okazało się, że mataczył wraz z żoną przed sądem w sprawie prawdziwości swych podpisów na dokumentach pewnej spółki. Mimo to pozostał w składzie rządu, jest symbolem stylu komunikacji, jaki obecna władza przyjęła. Mijanie się z prawdą, manipulacja, kpina, niekiedy oszczerstwo – to wiodące elementy tego stylu. Wracając do tamtej konferencji, wtedy po raz pierwszy tak jasno zaprezentowano – obok błazenady rzecznika – że rząd Donalda Tuska po prostu nie jest zainteresowany upominaniem się o godność ofiar katastrofy smoleńskiej i ich rodzin.

Kiedy wpadłaś na pomysł nakręcenia tego obrazu?

Wcześniej, w drugiej połowie 2010 roku, realizowałyśmy z Marią Dłużewską „Mgłę”. W tym samym czasie Paweł Graś przepraszał i kłamał w Radiu Zet, a Donald Tusk brutalnie traktował rodziny na spotkaniach. Wtedy zrodził się pomysł, że trzeba o tym opowiedzieć. I pomyślałam, że to musi być film pod tytułem „Pogarda”.

Masz na myśli reakcję premiera na pytanie Ewy Kochanowskiej, wdowy po rzeczniku praw obywatelskich Januszu? Zapytała „Czy mamy powody do tego, żeby się czegoś obawiać?” po tym, jak w Parlamencie Europejskim Vytautas Landsbergis ostrzegł jej córkę: „Niech pani się wystrzega wypadku samochodowego”.

Chociaż Ewa Kochanowska opowiedziała premierowi tę historię, powtórzyła słowa byłego prezydenta Litwy, znającego metody sowieckich służb, Donald Tusk zareagował agresywnie. Odparł, że nie zamierza odpowiadać na takie pytania, twierdził, że są oburzające. Wyraźnie, i słychać to w nagraniach, stracił panowanie nad sobą. A Paweł Graś potem w Radiu Zet kłamał, że Ewa Kochanowska pytała premiera, czy wydał rozkaz jej zamordowania. Ta pogarda widoczna była – i jest zresztą dotąd widoczna – niemal każdego dnia. Gdy tylko zakończyły się prace nad „Mgłą” wiedziałam, że trzeba zrobić kolejny film. Z marszu nagrałyśmy Jacka Świata, Ewę Mertę, Ewę Kochanowską, Małgorzatę Wypych, Ewę Błasik, Andrzeja Melaka. Zdaje się, że we wrześniu ubiegłego roku po raz pierwszy pokazaliśmy „Pogardę”.

To film o obronie godności, ale jest to także anatomia brutalności władzy w stosunku do rodzin ofiar. To zapis kłamstw i medialnych manipulacji.

To wszystko starałyśmy się pokazać. Prosiłam koleżankę, aby dokumentowała medialne wypowiedzi tego typu. Było ich mnóstwo, w filmie wykorzystałyśmy tylko małą ich część.

Jak słynną wypowiedź Janusza Palikota, którą portale i gazety dawały na czołówkach: „Gosiewski żyje. Widziano go na peronie we Włoszczowej”.

Janina Paradowska nawoływała: „dosyć dyktatu wdów smoleńskich”. Nie tylko politycy zapisali się zupełnie haniebnymi wystąpieniami. Wypowiedzi publicystów były niemniej porażające.

Ale czy rzeczywiście wypowiedzi Grasia i Palikota, to zwykła błazenada? Nic więcej, aniżeli cyniczna gra?

Oczywiście w otoczeniu Tuska są fachowcy od manipulacji, którzy na zimno układają te „narrację”. Taka agresywna retoryka ma odwrócić uwagę od odpowiedzialności między innymi Donalda Tuska za doprowadzenie do okoliczności, w których mogła wydarzyć się ta katastrofa i za to wszystko, co działo się po niej. Lęk przed ta odpowiedzialnością przykrywa się agresją.

Ewa Kochanowska przywołuje, że już książę Adam Czartoryski zaobserwował w Polsce dwie partie: osób, które chcą Polski wolnej i niepodległej i tych, którzy wolą zależność od mocarstwa. „Pogarda” wybija kłamstwa polityków spójne z rosyjską wersją wydarzeń. Kiedy minister Jerzy Miller powiada, że nic mu nie wiadomo, aby strona rosyjska niszczyła dowody, obraz pokazuje piły przecinające wrak Tupolewa.

Trzeba pamiętać, że opowiadałyśmy to rok temu, kiedy nie było jeszcze ekshumacji, nie wiedzieliśmy o zamianie ciał. Te fakty przykrywano, a ludzi, którzy o nich przebąkiwali, nazywano wariatami. O dążeniach rodzin do godnego pochowania bliskich, prawa Antygony, mówiono z pogardą, wyśmiewano je. Po Smoleńsku zostaliśmy zalani kłamstwami, ale spleciono je z pogwałceniem najbardziej podstawowych praw cywilizacji. Dlatego najważniejszym dziś celem niezależnych mediów i takich filmów jak „Pogarda” jest obrona prawdy i godności. Na wielu płaszczyznach, w wielu dziedzinach. Inaczej dominować będzie przekaz, który symbolizuje wykrzywiona, błazeńska gęba Grasia.

Kazimierz Kutz kilkanaście dni po katastrofie irytuje się. Mówi, że żałoba minęła. Że noszenie żałoby to maniery Mao Tse-tunga. Że czuje się, jak w mauzoleum Lenina.

Tak, te słowa padły, gdy od śmierci 96 przedstawicieli polskich elit nie minął nawet miesiąc. Ale tak właśnie wygląda propaganda establishmentu III RP, nic się w tej mierze nie zmieniło, wystarczy włączyć TVN. Elity IIIRP przeraziły się, że katastrofa smoleńska przebudzi Polaków i naród dostrzeże, jaką ściemą jest ta niby „nowoczesna, europejska” Polska. Zbudowano więc system pogardy wobec rodzin smoleńskich i tych wszystkich, którzy upominają się o prawdę i ośmielają się pytać o odpowiedzialność rządzących.

Jacek Świat, wdowiec po posłance PiS Natalii, uważa, że dawne, ukształtowane w PRL elity, strzegą zazdrośnie swojej pozycji.

Przerażona jest – w największym skrócie – postkomuna. W ostatnich latach czy nawet dniach widać, jak niektórzy dawni działacze opozycji, przystępując do paktu współpracy z ludźmi dawnego reżimu komunistycznego, muszą płacić wysoką tego cenę. Mam wrażenie, ze coraz wyższą – posuwają się do czynów, których wcześniej pewnie by nie zrobili.

Co masz na myśli?

Mówiąc popularnie – stanęli po ciemnej stronie mocy. W „Pogardzie” widać to po nieludzkim traktowaniu Ewy Kochanowskiej czy Jacka Świata. Ten ostatni opowiada, jak przez pół roku od śmierci żony nie czytał gazet i nie oglądał telewizji, nie interesował się tym, co się działo w polityce. Po pół roku na placu Solnym we Wrocławiu poszedł pod tablicę poświęconą żonie, by położyć kwiaty. Dopadła go czereda młodych lemingów, napuszczonych przez media i władzę. Przeżył szok, że można z niego drwić, z jego żałoby, ze śmierci żony. Okazuje się, że można. Pokazywał to i Janusz Palikot, i Paweł Graś, i Donald Tusk.

Premier mówił, że nie chce, aby rodziny wykorzystywały spotkanie z nim do rozstrzygania roszczeń finansowych! Jacek Świat nie miał już ochoty na takie spotkanie: „Po co się spotykać z człowiekiem, który mnie obraził?” – pyta.

Dokładnie. Okazuje się, że cena paktu ze złem ma daleko idące konsekwencje moralne. Władysław Frasyniuk opowiada dzisiaj, że Jarosław Kaczyński podpisał lojalkę. Tym samym powtarza to, co Marek Barański i Jerzy Urban głosili w latach 90., wypełniając instrukcję byłego pułkownika SB Jana Lesiaka. Proszę zobaczyć : Frasyniuk realizuje spóźnione instrukcje starej SB – czyż trzeba bardziej wymownego symbolu?

Ale czy córka Janusza Kochanowskiego powinna się bać?

Mam nadzieję, że nie, bo nie żyjemy ani na Ukrainie, ani w Rosji, gdzie giną ludzi upominający się o prawdę. Mam nadzieję, że śmierci tych osób, które były aktywne w wyjaśnieniu przyczyn katastrof smoleńskiej albo mogły być w tej sprawie ważnymi świadkami są przypadkowe. Wierzę, że nie mamy jeszcze w Polsce wschodnich standardów. Choć to, jak potraktowano ciała ofiar pokazuje coś innego.

Andrzej Melak wspomina o identyfikacji ciał, ubrudzonych ziemią, zalanych krwią. Kiedy ktoś zwrócił na to uwagę, Rosjanin wyjął butelkę z wodą i zaczął myć zwłoki.

Nie wiedziałyśmy jeszcze wtedy, że w ciele conajmniej jednej z ofiar zaszyto w brzuchu to, co było na stole: kawałki drewna, błota, chirurgiczne rękawiczki. Ciało włożono do plastikowego worka i w zalutowanej trumnie wysłano do Polski. Wyszło to na jaw podczas sekcji zwłok po ekshumacji. Napisałam w jednym z tekstów, że Ewa Kopacz, która tak gorliwie zapewniała o staranności polskich i rosyjskich patomorfologów, będzie już zawsze miała obok siebie gumowe, chirurgiczne rękawiczki. Tak jak Frieda z „Mistrza i Małgorzaty” miała swoją chusteczkę. Wiem, że po moim tekście Ewa Kopacz dostała pocztą od wielu klubów „Gazety Polskiej” kilkaset par gumowych rękawiczek.

„Pogardy” nie wyemitowała żadna telewizja.

Wyemitowała. Jeden raz Telewizja Trwam. Żadna telewizja komercyjna, ani telewizja publiczna, mimo propozycji, by wyemitowały je za symboliczną złotówkę, nie odważyły się na to. Film można było kupić z „Gazetą Polską”, a teraz można zobaczyć w Internecie lub na pokazach, organizowanych niekiedy w domach kultury, chyba, że w danej miejscowości rządzi Platforma Obywatelska.

Samorządowcy Platformy zakazują pokazu?

Tam, gdzie rządzi Platforma Obywatelska, dom kultury jest dla „Pogardy”, „Mgły” czy „Przebudzenia” zamknięty. Zdarza się, że jakiś dyrektor wyrazi zgodę, a potem – jak w Tarnowskich Górach – wycofuje się. Wtedy przenosimy się do kościoła.

Znowu, jak w PRL, drugoobiegowa kultura trafiła do kościołów?

Dzięki temu zwiedziłam wiele wspaniałych świątyń. Pamiętam pokaz w pięknym, trzynastowiecznym, gotyckim kościele w Malborku tuż za murami twierdzy. Wypełniony był po brzegi ludźmi, ekran ustawiono przed ołtarzem, głos odbijał się od wspaniałego gotyckiego sklepienia.

Nie masz więc szans na emisję w największych telewizjach?

Media elektroniczne kontroluje Platforma Obywatelska. W koncesjonowanych tych telewizjach nie ma już właściwie miejsca dla niezależnych dziennikarzy, ani dla niezależnych filmów.

Nie chcesz, aby je zobaczyły miliony?

Ależ chcę i to się dzieje. Jestem usatysfakcjonowana, bo naprawdę wielu widzów obejrzało te filmy. Przypuszczam, że znacznie więcej, niż gdyby je pokazano w TVP Dokument po godzinie dwudziestej trzeciej. Szacujemy, że „Mgłę” widziało już ponad pięć milionów Polaków. Dzięki dystrybucji drugoobiegowej, wedle zasady – obejrzyj, podaj dalej – oraz dzięki internetowi docieramy do Polaków niekiedy bardziej skutecznie niż niejedna telewizja informacyjna. Naprawdę, niezależne, wolne, pozasystemowe dziennikarstwo ma sens. I ma wiernych odbiorców.

Źródło: portal www.sdp.pl




Z Jolantą Hajdasz, laureatką Drugiej Głównej Nagrody Wolności Słowa, rozmawia Błażej Torański.

O kapłanie, który mógł zmienić losy Kościoła w Polsce, Europie, a nawet na świecie, ale nie zdradził.


hajdasz

Jolanta Hajdasz

dziennikarka i publicystka, autorka pierwszej w Polsce monografii Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa “Szczekaczka czyli Rozgłośnia Polska RWE”, w latach 2007-2009 dyrektor TVP Poznań, zastępca redaktora naczelnego „Przewodnika Katolickiego”. Członek Zarządu Głównego SDP.

Jest autorką filmu „Zapomniane męczeństwo” o abp Antonim Baraniaku, byłym sekretarzu Prymasów Polski Augusta Hlonda i Stefana Wyszyńskiego.






Drży ręka trzymająca mikrofon lub kamerę, kiedy realizuje się film o świętym?

Szczerze mówiąc nie, bo absolutnie nie miałam pewności, co wyjdzie z tego filmu, co uda mi się przekazać z wiedzy, którą zdobyłam. Poza tym nie był to mój debiut filmowy. Lękałam się tylko, żeby technika nie zawiodła, żebyśmy dotarli na czas do osób, z którymi byliśmy umówieni. Jak operator rzucał hasło „kamera start!”, nerwy znikały.

Żadnych emocji?

Emocje oczywiście były, ale innego rodzaju. Trudno nie być poruszonym, gdy słyszy się przejmujące relacje naocznych świadków opowiadających historie dotyczące nas wszystkich , które nie są prawie wcale znane opinii publicznej. A taka jest historia torturowania arcybiskupa Antoniego Baraniaka.

Czy miałaś przekonanie, o jak wielkiej – i zarazem anonimowej – postaci realizujesz film? Czy też abp. Antoniego Baraniaka odkrywałaś krok po kroku?

Tę wielkość odkrywałam z rozmowy na rozmowę. Wcześniej niezupełnie zdawałam sobie sprawę z tego, jak ważną postacią był w Episkopacie Polski. Kiedy kardynał Henryk Gulbinowicz powiedział , że „to była ta wielka trójka – Wyszyński, Wojtyła i …Baraniak” – zaniemówiłam. Dlaczego tak mało o nim wiem? – pomyślałam

Henryk Gulbinowicz ocenia to z perspektywy bycia w Episkopacie od 41 lat …

No właśnie . O tym że ma rację , przekonywałam się w czasie kolejnych rozmów . Były dyrektor Muzeum Archidiecezjalnego w Poznaniu zapytany przeze mnie o największą pamiątkę po abp Baraniaku powiedział, że jest nią … samo muzeum , bo bez jego decyzji ono by w ogóle nie powstało. Millenium w Poznaniu, obchody 1000-lecia Biskupstwa Poznańskiego , najstarszego w Polsce, jego udział w pracach II Soboru Watykańskiego i wszelkie działania na rzecz wzmocnienia Kościoła w Polsce i wiele, wiele innych, to historia, którą na pewno warto przypominać. On był wspaniałym człowiekiem, w czasie realizacji tego filmu nie spotkałam nikogo, kto powiedziałby o nim cokolwiek negatywnego, kto zechciałby go skrytykować. W moim przekonaniu najważniejsze są jednak te prawie 3 lata spędzone w więzieniu. One pokazują jego wielkość i znaczenie.

Metropolita łódzki, bp Marek Jędraszewski, autor książki „Teczki na Barniaka”, mówi w filmie, że gdyby nie nieugięta postawa abp. Baraniaka dzieje Kościoła w Polsce, w Europie i na świecie potoczyłyby się inaczej! Nie zdradził bowiem Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Dzięki temu Prymas mógł wrócić z internowania do Warszawy. Bez Wyszyńskiego nie byłoby kardynała Wojtyły i Jana Pawła II …

Absolutnie tak. Głównym przesłaniem filmu jest podkreślenie roli, jaką abp Baraniak odegrał w walce o Kościół katolicki w Polsce. Był skromną postacią, na której barkach w pewnym momencie dziejów spoczęła cała odpowiedzialność za Kościół w Polsce . Dlaczego? Gdyby władzy komunistycznej udało się go złamać w więzieniu i spowodować, iż zeznawałby przeciwko Prymasowi, to biorąc pod uwagę jego ówczesną pozycję w hierarchii oraz ogromną wiedzę o szczegółach różnych spraw , nie byłoby trudno skompromitować Kościół zarzutami o kolaborację z niemieckim okupantem , czy zdradę narodu. Wiarygodność takiego świadka, jak bp Baraniak , byłaby przecież najwyższa z możliwych.

Władze komunistyczne planowały proces pokazowy Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Dlatego chciały złamać Antoniego Baraniaka, jego – i Augusta Hlonda – najbliższego współpracownika, sekretarza.

Gdyby on, najbardziej zaufany współpracownik, zeznawał przeciwko Prymasowi, Kościół zapewne miałby olbrzymie kłopoty, aby się podnieść. Z pewnością w dłuższej perspektywie Kościół i tak by się wybronił, gdyż nie takie prześladowania zna jego historia, ale przez kilkadziesiąt lat komunizmu byłoby mu szczególnie ciężko. Łatwo sobie wyobrazić pokazowy proces Prymasa nagłośniony we wszystkich stacjach radiowych i gazetach. W najlepszym wypadku skompromitowany Prymas musiałby opuścić kraj albo trafiłby do więzienia.

Groził nam scenariusz węgierski. Prymasowi Węgier, Józsefowi Mindszenty ‘emu zarzucono w procesie pokazowym zdradę stanu i wtrącono do więzienia.

Dokładnie. Ale tak naprawdę dopiero dzisiaj z perspektywy czasu i wiedzy widzimy, jak łatwo było przeprowadzić ateizację Czech, czy Chorwacji w ówczesnej Jugosławii, gdzie taki scenariusz udało się komunistom zrealizować. Przeciwko prymasom zeznawali ich najbliżsi współpracownicy. Zwyczajnie po ludzku trudno się temu dziwić. Ciężko być mężnym wobec takich tortur i wytrwać wiele miesięcy w stalinowskim więzieniu. Tym bardziej więc możemy być dumni, że u nas nie udało się zrealizować tego scenariusza, chociaż Antoni Baraniak spędził w więzieniu aż tyle miesięcy.

Złamany został bp Czesław Kaczmarek, ordynariusz kielecki. Po torturach przyznał się do rzekomej współpracy z nazistowskimi Niemcami i szpiegostwa na rzecz USA. Jedna z hipotez mówi, że to on wskazał UB Antoniego Baraniaka, jako tego, który ma wyjątową wiedzę, kontakty, zna tajniki.

Złamanie bp. Kaczmarka pokazało po raz kolejny , że dla bezpieki nie ma znaczenia, jakimi metodami uda się zmusić człowieka do uległości. Ważne, by podpisał, by powiedział to, co chcą, nawet w sytuacji, gdy sam nie wie, co się z nim dzieje i potwierdza coś , czego wcześniej nigdy by nie zrobił. Esbecy nie przewidzieli tylko jednego: że ten wątły, szczupły, niewysoki ksiądz Antoni Baraniak okaże się nieugięty. Że tak długo będą musieli go torturować i nic nie osiągną. Mało tego, protokoły z przesłuchań, które tak skrupulatnie wypełniali, są – paradoksalnie – świadectwem jego ogromnego męstwa.

Przesłuchiwano go co najmniej 145 razy. Nie za każdym razem protokołowano.

Dokumenty wnikliwie przestudiował, opatrzył drobiazgowymi przypisami i opublikował ks. abp Marek Jędraszewski. Jego książki to kopalnia wiedzy na ten temat. Także miałam dostęp do tych dokumentów w IPN. W niektórych protokołach nawiązuje się do przesłuchań, z których dokumenty się nie zachowały, dlatego można się domyślić, że było ich więcej.

Siostra Remigia, opiekująca się umierającym arcybiskupem zauważyła: „Ekscelencja bardzo cierpi”. Usłyszała: „To jest nic w porównaniu z tym, co było tam”. Antoni Baraniak nigdy później nie chciał mówić o torturach. Był powściągliwy, milczący. O tym, co przeżył w więzieniu wiemy niewiele. Kaci wbijali mu drzazgi pod paznokcie, trzymali w „ciemnicy” nago, bez jedzenia, światła. Z sufitu rytmicznie kapała woda …

Trudno jest dokładnie odpowiedzieć na pytanie, co on naprawdę tam przeżył. Możemy się tylko domyślać. Z pojedynczych, szczątkowych wypowiedzi świadków, którzy próbowali go podpytać. Z protokołów. Z analizy faktów. Na pewno był bity, czego dowodzą blizny na plecach. Miał je do końca życia.

Było to co najmniej 5-6 blizn na plecach, długości 5-10 centymetrów, mówi w filmie pani doktor.

Trzeba okrutnego pobicia, by takie blizny zostały. Biskup na pewno był też głodzony. Przez kilka tygodni spadł na wadze kilkanaście kilogramów. Przez znaczny czas więzienia był izolowany. Odmawiano mu pomocy lekarskiej. W dokumentach zachował się opis dolegliwości, które u niego diagnozowano, gdy wreszcie pozwolono mu na kontakt z lekarzem – w więziennym szpitalu rozpoznano u niego krwawy nieżyt żołądka, dolegliwości jelitowe, zapalenie wyrostka robaczkowego. Wszystko to skutkowało potwornymi bólami. Odmawiano mu wizyty u dentysty. Upokarzano.

O tym w filmie nie ma, ale posądzono nawet o kradzież … poszewki.

Jest wyrok, w którym napisano, że biskup katolicki jest „złodziejem mienia państwowego”. Okazało się, że chodzi o podartą poszewkę na jasiek, która do nikogo nie należała, a którą biskup znalazł na korytarzu w szpitalu, zacerował, bo była dziurawa, zabrał i trzymał w niej przybory toaletowe: maszynkę, pędzel do golenia i szczoteczkę do zębów. Wytoczono mu w więzieniu proces oskarżając o kradzież. W archiwach zachował się dokument z kuriozalnym opisem tej sytuacji.

W jego przypadku, co należy podkreślić, złamano nawet stalinowskie prawo. Nigdy nie usłyszał żadnego zarzutu ani nie doprowadzono do jego procesu. A spędził w więzieniu 27 miesięcy. Pytanie, kto o tym decydował, skoro nawet wówczas bez zarzutu można było kogoś trzymać maksymalnie trzy miesiące. Prokuratorzy przedłużali areszt, choć nie było do tego podstaw. Do dziś wobec nikogo nie wyciągnięto żadnych konsekwencji.

Wytrwał. Nie zdradził kardynała Stefana Wyszyńskiego. Osłonił go.

I to pokazuje, jak wyjątkowy był to człowiek, jak wiele mu zawdzięczamy. Więzień trzymany w ciemnej izolatce może nawet zwariować. Nie wie przecież , ile upłynęło czasu, zatraca kontrolę nad tym, co się z nim dzieje. A on wytrwał i nikogo, i niczego nie zdradził. To prawdziwy bohater, męczennik po prostu.

Twojego filmu nie zamówiła żadna wielka telewizja. Zamierzasz go wyświetlać wyłącznie w drugim obiegu, w salach katechetycznych, czy zaproponujesz emisję np. TVP?

Wierzę, że można sobie poradzić bez wielkiej telewizji i chyba już nie potrafię zabiegać o ich przychylność. W 2009 roku takich jak ja wyrzucano z telewizji publicznej i wówczas skrzywdzono wielu ludzi. Z taką telewizją publiczną nie chcę mieć nic wspólnego, przynajmniej dopóki nie próbuje naprawić tamtych krzywd. To nie było tylko zwalnianie z pracy. Próbowano nas kompromitować, ośmieszać, zarzucano brak kompetencji, a nawet wprost wyssane z palca malwersacje finansowe. Z taką telewizją nie jest mi po drodze.

A inne stacje?

Jasne, że nie zamierzam tego filmu trzymać w szufladzie. Spróbuję dotrzeć do jak najszerszej publiczności. Ale nie spędza mi snu z powiek myśl czy jakaś telewizja zechce go wyemitować, czy nie. Dzięki nagrodzie sfinansuję produkcję płyt z filmem i ruszę ze sprzedażą. Zapraszam na

http://www.jolantahajdasz.pl

Źródło: portal www.sdp.pl




Z Barbarą Gruszką-Zych, laureatką Nagrody im. Macieja Łukasiewicza, rozmawia Błażej Torański.


O sztuce, miłości, cierpieniu i cichych dniach z Panem Bogiem.


gruszka

Barbara Gruszka-Zych

jest dziennikarką „Gościa Niedzielnego” i pisze wiersze. Wydała kilkanaście tomów poezji, najnowszy nosi tytuł „Szara jak wróbel” (2012), dwa zbiory reportaży i wspomnienie o Czesławie Miłoszu „Mój Poeta”. Jej wiersze tłumaczone były na litewski, białoruski, ukraiński, rosyjski, czeski, węgierski, angielski, włoski i arabski. Dwujęzyczny polsko-litewski tomik wierszy miłosnych „Śpię z tobą pod skórą” ukazał się na Litwie w Kownie, a polsko-rosyjski „Dzban pełen ognia” – w Rosji w Petersburgu. W dziennikarstwie najbardziej ceni reportaże i wywiady. Została uhonorowana m. in. nagrodami: 2005 – nagroda „Polskie Pióro” za reportaże o Polakach żyjących na Wschodzie, 2009 – II nagroda w konkursie śląskich mediów „Silesia Press” za reportaż o palaczu zwłok w Auschwitz-Birkenau „Co widziały moje oczy”, 2010 – Nagroda „Ubi Caritas” przyznawana przez Caritas Polska w kategorii „Współpraca z Caritas” za reportaże propagujące dzieła miłości bliźniego, 2011 – III nagroda w konkursie śląskich mediów „Silesia Press” za wywiad z Wojciechem Kilarem „Jestem jak Koncert fortepianowy”.

Za kolejną rozmowę z kompozytorem, „Harmonia ducha”, SDP przyznało jej nagrodę im. Macieja Łukasiewicza.


Dostałaś nagrodę SDP „za piękne i głębokie spotkanie z wybitnym artystą”. Z Wojciechem Kilarem spotkałaś się nie raz. Znasz go od kilkunastu lat. Co Ci dają te spotkania?

Na początku chciałam powiedzieć, że mam szczęście pracować w tygodniku katolickim, który znajduje miejsce na rozmowy o wierze, nadziei i miłości, podczas gdy w innych tytułach nagłaśnia się zło, które jest bardziej fotogeniczne. Tak też uważa pan Wojciech, który jest naszym stałym czytelnikiem. A mówił mi o tym nie tak dawno, bo w Wigilię. Z tym wybitnym kompozytorem, którego poznałam poprzez materiał dziennikarski spotykamy się, ale też rozmawiamy telefonicznie. W Wigilię, po złożeniu sobie życzeń, mówiliśmy o tym, że cierpienie jest stałym komponentem życia. Nie da się go uniknąć, przychodzi wcześniej lub później. Nawet lepiej, gdy przyjdzie wcześniej, bo wtedy łatwiej człowiekowi się uodpornić, zaprawić w bojach z nim. Rozmawialiśmy też o tym, że samotność nie musi być samotna. Wojciech Kilar od pięciu lat, od kiedy zmarła mu żona, spędza Wigilię sam, a właściwie – jak mówi – ze swoją żoną. I jest to już dla niego nawet Wigilia radosna.

Ale co dzięki tym rozmowom zyskałaś, czego Cię nauczyły?

Dają mi uspokojenie, porządkują myśli. Wydaje mi się, że pan Wojciech też widzi sens tych rozmów. Słuchamy się wzajemnie, znajdując – jak mówi – „klucze” do siebie. Jest wiernym czytelnikiem moich wierszy. Do mojego ostatniego tomiku „Szara jak wróbel”, który poświęciłam zmarłemu ojcu, napisał kilka słów na okładkę.

Co takiego napisał?

Nie wiem, czy wypada cytować...

Skoro dałaś na okładkę, wypada.

Muszę posłużyć się ściągą, czyli tomikiem; „To prawdziwe, przejmujące treny jak u Kochanowskiego. Świetna robota poetycka przenosząca ziemskie uczucia w sferę poezji”.

W nagrodzonym wywiadzie mówi: „gdy się kocha, to też się cierpi”. Nie ma miłości bez cierpienia, Basiu?

Nie ma. Pokazuje to moje życie i wielu innych przed nami. Przecież to wiesz. Z tego wzięła się wielka literatura i sztuka w ogóle.

Ostatni tomik poświęciłaś ojcu. Wojciech Kilar swoją muzykę dedykuje zmarłej żonie. Mówi o niej: „jest wręcz dotykalna”. Też masz takie poczucie?

Z tatą? Tak. To ciekawe, ale mam takie wrażenie, że z bliskimi, którzy odeszli, czasami mam lepszy kontakt niż kiedy byli tutaj, na ziemi. Za ich życia przeszkadzały w tych relacjach układy, ciała, konwenanse, a teraz możemy rozmawiać wprost. Ktoś powie, że jest to rozmowa z jednej strony. Ja wierzę, że nie. Ale w gruncie rzeczy to uspokajanie siebie, bo na co dzień po prostu ich brakuje.

„Nie jest łatwo przekazać, czym jest sztuka, jak się kocha i jak się wierzy” – tak jury SDP uzasadniało nagrodę dla Twojego wywiadu. Jak kocha i wierzy Wojciech Kilar?

Kocha i wierzy bezgranicznie. Powiedział kiedyś, że gdyby mógł zaczynać życie od nowa, to pewnie zostałby księdzem katolickim. Ale za chwilę dodał, że to niemożliwe, bo jednak kocha swoją żonę. Pan Wojciech żyje dwiema ogromnymi miłościami: do Barbary, świętej pamięci żony, i do Pana Boga. Kiedy podczas rozmowy otworzył mi sonety Petrarki w tłumaczeniu Jalu Kurka, nie przez przypadek wybrał do przeczytania na głos ten fragment z „Sonetów do Laury umarłej”, który opowiada, że po „drugiej stronie” spotka: „ [...] Pana mego i mą Panią”.

Ale co do swej wiary Kilar się jakby kryguje: „Znam ludzi, którym dana jest wielka wiara. Być może w jakiejś mierze też ją posiadam” – mówi w trybie przypuszczającym.

To nie jest krygowanie się. Stałości nie ma też w miłości między ludźmi, np. między kobietą a mężczyzną. Czasami się kłócimy, mamy ciche dni. Z Bogiem też tak bywa. O ciemnych nocach pustki duchowej wspominała Matka Teresa z Kalkuty. Jak mówi pan Wojciech, odczuwanie obecności Boga to łaska. Dla każdego dziennikarza najważniejsze są głosy jego czytelników. Po opublikowaniu tej rozmowy zadzwoniło do mnie kilka osób. Mówili, że skłoniła ich do płaczu i zastanowienia nad życiem, że poszli do spowiedzi… Czegóż więcej może chcieć dziennikarz? Odczytali wywiad jako świadectwo wiary kompozytora.

Jak „Sonety do Laury” Petrarki są hołdem miłości do Laury, tak Wojciech Kilar komponuje dla żony Barbary.

To prawda, ale „Sonety do Laury”, Jego utwór, który towarzyszył naszej rozmowie, nie był akurat imiennie dedykowany żonie. W zamyśle twórcy był jej jednak poświęcony. Pan Wojciech wielokrotnie podkreśla, że ich miłość na początku była trudna. Znali się dobrych kilka lat, zanim się pobrali. Po poszukiwaniach na własny rachunek wybrał to, co najważniejsze: miłość do niej. Odtąd zaczął patrzeć na świat jej oczyma. Razem patrzyli w jednym kierunku. A jak napisał Saint- Exupery: „miłość, to znaczy patrzeć razem w tym samym kierunku”. Pan Wojciech nie boi się mówić o trudnych początkach, a potem wielkiej harmonii swego związku.

Rozmawialiście o dobrych uczuciach, ale także o procesie tworzenia i symbolach jego uznania. Mieszkanie Wojciecha Kilara wypełnione jest po brzegi nagrodami, dyplomami i statuetkami, stoją także na kredensie w kuchni. Gdzie powiesiłaś swój dyplom SDP?

Zwykle układam nagrody na podłodze, bo brak miejsca (śmiech), ale teraz powiesiłam dyplom na ścianie. Zwolnił się jakiś gwóźdź. A poza tym pomyślałam, że ten dyplom jest cenny ze względu na przyznające gremium i postać patrona nagrody.

Niewątpliwie. Kilar powiada: „tylko grafomani mówią, że piszą w natchnieniu. Komponowanie to ciężka praca”. Ma rację? Jesteś dziennikarką, ale i poetką.

Pan Wojciech często mówi, że do natchnienia trzeba podchodzić sceptycznie, a jednak sam mu się poddaje. Po rozdaniu nagród SDP zadzwoniłam do Niego, aby opowiedzieć, jak było. Zwierzył się, że ma zamówienia na kompozycje ze Stanów Zjednoczonych, ale chyba odmówi, bo … nie ma natchnienia. Następnego dnia natchnienie przyszło. Zaczął pracować 24 godziny na dobę. Podczas rozmowy w Wigilię powiedział, że ma nadzieję, że wywiąże się ze zobowiązania.

Czy do Ciebie też przychodzi natchnienie?

Mam takie momenty, kiedy wiersze „piszą mi się” same. Nie muszę siedzieć nad kartką osiem godzin, tylko kilka minut. Choć zdarza się to bardzo rzadko. Potem ten wiersz, który tak szybko do mnie przyszedł, oglądam z perspektywy kilku miesięcy na różne sposoby, sondując czy nadaje się do pokazania innym. Wewnętrzne kryteria wypracowane przez lata pracy decydują, czy trafia do druku.

Natchnienie natchnieniem, ale – jak twierdzi kompozytor – „dobre rzemiosło pomaga w zrozumiałym przekazaniu przesłania dobra, miłości, piękna”.

Żeby natchnienie szeptane do ucha przelać na papier, trzeba mieć warsztat. Chyba, że ktoś jest dzieckiem bogów…

… jak święta trójca: Beethoven, Bach, Mozart.

W każdej epoce zdarzają się i tacy, żyją krótko i intensywnie. Ale połączenie natchnienia i ciężkiej, rzemieślniczej roboty, to podstawa każdej twórczej pracy, także dziennikarskiej.

Źródło: portal www.sdp.pl




Z Mariuszem Kamińskim, laureatem Nagrody im. Stefana Żeromskiego, rozmawia Błażej Torański.


O kłopotach z tożsamością polskich repatriantów.


kaminski

Mariusz Kamiński

Urodzony w 1970 roku w Puławach. Absolwent UMCS i KUL. Z radiem związany od prawie 20 lat. Zaczynał w radiu akademickim w Lublinie. Od 1998 dziennikarz Polskiego Radia Lublin. W 2011 otrzymał dwie nagrody SDP. Nagrodę im. Stefana Żeromskiego za audycję „Lista Zipsera” i nagrodę im. Macieja Łukasiewicza za „Reportaż o zabijaniu” .

W tym roku SDP przyznało mu ponownie nagrodę im. Stefana Żeromskiego (10 tys. zł) za reportaż „Dwa światy” o życiu w Polsce repatriantów ze wschodu.


Bohaterowie „Dwóch światów” mają kłopoty z tożsamością. Tam, na dalekim stepie Kazachstanu, ale i tuż za Bugiem – na Ukrainie czy Litwie – byli obcymi „Polaczkami”. W Polsce, po repatriacji, także czują się obco. Ludzie krzyczą na nich na ulicy: „Sowiety idą!”. To chciał Pan pokazać w swoim reportażu?

To też. Ale przede wszystkim chciałem uzmysłowić słuchaczom Radia Lublin, tutejszym, z jakimi problemami spotykają się Polacy ze wschodu, którzy wracają do ojczyzny. Ma pan rację, że wielu z nich mimo upływu lat nadal czuje się tutaj obco. Starają się to zmieniać, niekiedy odnoszą sukcesy. Jedna z pań prowadzi z mężem zakład wulkanizacji i po wielu latach jest nawet lubiana i szanowana w lokalnej społeczności.

To jest jednak wyjątek w tym smutnym reportażu o losach Polaków, którzy powrócili do ziemi przodków. Pana bohaterowie zazwyczaj klepią biedę: sypiają na placu Litewskim w Lublinie, na dworcu, albo w sześć osób na dywanie.

Ale po tym reportażu, na przełomie kwietnia i maja, rozmawiałem też na antenie z ludźmi, którzy opowiadali o sytuacji repatriantów w Polsce. Profesor socjologii z UMCS np. opowiadała, że planowała otworzyć kierunek studiów podyplomowych dla pracowników mających kontakt z repatriantami: ze straży granicznej, z pomocy społecznej, policji, dla urzędników, nauczycieli. Studia oferowały praktyczną wiedzę społeczną, prawną, psychologiczną, ekonomiczną, aby pomóc w rozwiązaniu problemów repatriantów. Nie było chętnych na takie studia. Nie ma ludzi, którzy chcieliby się tym zajmować.

No właśnie. To tylko dowodzi, jak oni są – i przez lata na obczyźnie byli – przez Polskę osieroceni.

Z pewnością tak. Ustawa repatriacyjna z 2000 roku okazała się niedoskonała. Władze polskie, decydenci, przez lata odsuwali na bok problem repatriantów. Ważniejsze dla nich było to, co dzieje się tu i teraz.

Co jest największym przekleństwem Polaków przybywających ze wschodu? Akcent? Żalą się, że są dyskryminowani z powodu „brzydkiego, sowieckiego akcentu”. „Przez nieszczęsny akcent przyjmują nas za ruskich”, mówi jedna z nich.

Rzeczywiście akcent w pierwszym kontakcie ich definiuje, ustawia relacje. Są jednak wyjątki. Córka jednej z moich rozmówczyń, absolwentka filologii polskiej, dzięki ciężkiej pracy nad językiem, uniknęła etykiety „ruskiej” i nie musiała odpowiadać na kłopotliwe pytania o pochodzenie i powód przyjazdu do Polski, nie była narażona na naruszanie przez wścibskich rozmówców granic jej prywatności. Bardzo często mówienie ze wschodnim akcentem nadaje etykietę „ruski”.

Od razu Polacy urodzeni w kraju mówią do nich na „ty”, mają poczucie wyższości. Jedna z kobiet żali się: śmieją się z nas. Pytają: jaka ty jesteś Polka, skoro nie mówisz po polsku. Skąd jesteś? A dlaczego tu przyjechałaś?

To wynika z nieświadomości pytających. Jeden z urzędników wypowiada się, że radni, zanim zaproszą taką rodzinę, powinni się zastanowić, jakie mogą być tego konsekwencje. Warto chyba przeprowadzić akcję informacyjną, uświadomić lokalnej społeczności, kim są ci ludzie, jakie mieli na obczyźnie problemy, dlaczego wyjechali, kto i kiedy ich do tego zmusił. Żeby ich postrzegać nie jako ruskich, ale Polaków, którzy wracają do siebie, a ich przodkowie wyjechali bądź wywieziono ich siłą z przyczyn od nich niezależnych.

W pierwszych chwilach są zaskoczeni, że Polacy tak dużo mówią … Oni tylko kiwają głowami, bo uczono ich, że trzeba milczeć. „Wtedy będziesz żył”, słyszymy w reportażu.

Gdyby inaczej potoczyły się dzieje i Polska została siedemnastą republiką sowiecką niewykluczone, że i tutejsi Polacy przywykliby do tego. Mniej by mówili, więcej mruczeli.

Oni mniej mówią także dlatego, że ludzie na ulicy utożsamiają ich ze zbrodniami imperium sowieckiego, obwiniają za Katyń i Smoleńsk! A jednak, mimo tej niezasłużonej pogardy, mimo biedy i braku pracy, są pełni nadziei. Z czego czerpią optymizm?

Może z tego, jak mówi jedna z bohaterek, że tam było znacznie gorzej. Przeżyli komunę, prześladowania. Polska zawsze była dla nich rajem. Może łatwiej im się przystosować.

Konfrontacja idealistycznych wyobrażeń o Polsce z rzeczywistością jest jednak bolesna. To tak, jak w tytule reportażu: dwa światy.

Każda z historii, które opowiedziałem pokazuje, jak bolesne były doświadczenia repatriantów. Procedura prawna związana z przyjazdem do Polski jest najmniej kłopotliwa. Istotne jest to, że przyjeżdżając tutaj, z wyobrażeniem idealnej Polski, zderzają się z rzeczywistością „ruskiego w Polsce”, muszą się z tym codziennie zmierzyć. Nie ułatwia im tego fakt, że dla miejscowych nie ważne jest to, że są repatriantami.

„Do Polski na kolanach pełzłam” mówi repatriantka, której nie stać było u nas na przetłumaczenie dyplomu … Matka innej, wnuczka powstańca styczniowego, zmarła w drodze i została pochowana w … polu. Co Pana najbardziej poraziło w ich losie?

Że nie chcą mówić o tym, co je w Polsce spotkało. Bo nie chcą, jak tłumaczą, zaszkodzić sobie i rodzinie. To, co usłyszałem, jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Jak wyłączyłem mikrofon, dowiedziałem się o innych porażających historiach. Ale nie chcę o tym mówić, bo mam zasadę: jeśli bohaterowie sobie nie życzą, to nie ujawniam tego.

Źródło: portal www.sdp.pl




Z Bronisławem Wildsteinem, laureatem Nagrody im. Jerzego Zieleńskiego, rozmawia Błażej Torański.


wildstein

Bronisław Wildstein

rocznik 1952, pisarz, publicysta, absolwent polonistyki UJ, współtwórca i rzecznik Studenckiego Komitetu Solidarności (1977), autor prasy niezależnej. Zaangażowany w tworzenie NZS-u i Solidarności. W latach 1982-1990 mieszkał w Paryżu, był korespondentem RWE i współtwórcą miesięcznika „Kontakt”. Autor programów telewizyjnych, do niedawna publicysta „Rzeczpospolitej” i tygodnika „Uważam Rze”. W latach 2006-2007 prezes Telewizji Polskiej. Autor wielu książek eseistycznych, zbiorów opowiadań oraz powieści. Laureat m. in. Nagrody im. Józefa Mackiewicza za powieść Dolina nicości (2008). Ostatnio opublikował powieść „Ukryty” (2012).

Za artykuł „Polska, antysemityzm, lewica”, opublikowany w krakowskim miesięczniku „Arcana” otrzymał Nagrodę SDP im. Jerzego Zieleńskiego.


Czy kiedykolwiek spotkałeś się z reakcjami antysemickimi?

Pewnie, że się spotkałem. Ale co z tego? Antysemityzm w Polsce wyraża się na różne sposoby, jednak – pytanie – na ile jest w stanie wyznaczać postawy zbiorowości? Zawsze są tacy, którzy próbują interpretować rzeczywistość w najprostszych kategoriach. Dzielić ludzi na swoich i obcych. Ktoś, kto ma krew żydowską, jest obcym. Ale czy oni wyznaczają postawy Polaków? Nie wyznaczają.

W artykule „Polska, antysemityzm, lewica” – opublikowanym w miesięczniku „Arcana” i nagrodzonym przez SDP – napisałeś, że środowisko „Gazety Wyborczej” od swojego powstania rozpoczęło walkę z polskim antysemityzmem: tropiło jego pozostałości i rozliczało z niego polską tradycję. Czy nie była to walka z demonami?

Wręcz przeciwnie, było to budzenie demonów. Nie twierdzę, że w Polsce nie istnieją przejawy antysemityzmu czy środowiska, które go kultywują. Ale nie ma drugiego takiego ośrodka w Polsce, który tak bardzo przyczyniłby się do odrodzenia antysemityzmu w Polsce, jak „Gazeta Wyborcza”. Na ile jest to działanie świadome? To bardzo szlachetne walczyć z antysemityzmem, ale jeśli, im go mniej, tym intensywniej się go szuka, jeśli działanie to ma służyć zawstydzaniu całej zbiorowości i obrzydzaniu jej tożsamości – to zastanawia. Przed wojną konflikt realnie istniał, bo Żydzi stanowili dużą mniejszość, odmienną kulturowo, religijnie i napięcie musiało być. Byłoby w każdym kraju i każdej kulturze.

W przedwojennej Polsce, ale i w Europie narastał antysemityzm.

To były najbardziej gwałtowne konflikty, nie dało się ich uniknąć. Nie chodzi o to, aby je z perspektywy czasu usprawiedliwiać. Trzeba je zrozumieć. Tymczasem teraz, kiedy w Polsce Żydów już prawie nie ma – poza jednostkami, małymi grupkami – tropi się w kulturze polskiej ślady antysemityzmu, nie tyle, aby go wykorzenić, co zmienić samą kulturę. Kulturę polską poddaje się cenzurze, która ma wyciąć wszelkie przejawy, najmniejsze sugestie antysemityzmu, z którym zaczyna być ona w całości utożsamiana.

To jest pokraczne i przeciwskuteczne. Jeśli ludzi, którzy nie mają złych intencji w kółko wali się w łeb obuchem antysemityzmu, oskarża o niezawinione winy i wymaga, aby się ciągle usprawiedliwiali, to prowokuje. Naturalnym odruchem u atakowanych jest wyrastanie rzeczywiście antysemickich postaw. Niesprawiedliwie oskarżani reagują nieracjonalnie i identyfikują zachowania Żydów z takimi grupami, jak „Gazeta Wyborcza”.

Czy język nienawiści w przestrzeni medialnej będzie narastać?

Już strasznie narósł. Język nienawiści propagują dominujące w Polsce ośrodki opiniotwórcze w tym media. Paradoks polega na tym, że równocześnie mówią, że należy walczyć z językiem nienawiści, tworzyć normy prawne, które go wyrugują itd.

Hipokryzja.

To nie jest zwykła hipokryzja, chociaż jej natężenie jest tak silne, że trudno ją wytrzymać. To walka o swoje interesy. Dominujące w Polsce ośrodki medialne próbują w ten sposób eliminować wszystkich krytyków, wypychać ich ze sceny publicznej.

Wtłaczać do skansenów?

To jest bardzo znamienne: nie prowadzi się debaty medialnej, tylko stygmatyzuje krytyków. Język nienawiści czasami zdumiewa. Stefan Bratkowski, honorowy prezes SDP, wyraził niedawno nadzieję, że „horda publikująca w ‘Urze’, ‘Gazecie Polskiej’ czy mediach o. Rydzyka, stanie się przyzwoitymi dziennikarzami”. Powiedział tak m.in. o dziennikarzach „Uważam Rze”, którzy stworzyli swój tygodnik, odnieśli wielki sukces prasowy i odebrano im pismo, wyrzucono naczelnego za pośrednictwem pseudobiznesmena Grzegorza Hajdarowicza. Oni odeszli w nieznane, rezygnując z należnych im pieniędzy. Teraz słyszę, jak Stefan Bratkowski mówi, że czeka nas godzina prywatnego wstydu, zostaniemy poddani „denazyfikacji”, aż odkryjemy, że coś z nami było nie w porządku. Użył słowa „denazyfikacja”! Równocześnie ciągle opowiada, że opozycja w Polsce przypomina mu nazistów, faszystów. Nie ma żadnych racjonalnych uzasadnień, nie powołuje się na żadne przykłady. Jemu tak się to kojarzy…

Bratkowski reprezentuje dominujący dzisiaj gatunek ludzi mediów, którzy na sztandarach noszą tolerancję, czyli zgodę na głoszenie innych poglądów. Tymczasem swoich krytyków i konkurentów nazywają faszystami i chcą ich unicestwić, wyrzucić z obiegu publicznego, pozbawić możliwości wypowiadania się, zdezawuować. Chcą naznaczać. Kto jest rzecznikiem mowy nienawiści? Naziści też mówili, że bronią się przed Żydami.

Jaka będzie Telewizja Republika, której właśnie zostałeś redaktorem naczelnym?

Będzie wprowadzać pluralizm, trzymać się standardów, czyli pokazywać rzeczywistość taką, jaka jest, budować hierarchię nie na zasadzie politycznych i ideologicznych sympatii. Ale przede wszystkim będzie alternatywą dla jednolitego chóru medialnego, który powoduje, że nie mamy żadnej debaty. Zamiast dialogu są monologi rozpisane na głosy, manipulacja i mistyfikacja, przemilcza się ważne informacje itd. Ten stan rzeczy woła o stworzenie alternatywy.

Będzie to konkurencja dla Telewizji Trwam?

Nie, „Trwam” jest telewizją religijną, my chcemy robić inną. Chcemy być konkurencją dla takich stacji, jak TVN 24, Polsat News czy TVP Info. Udowodnimy, że te stacje nie pokazują realnej rzeczywistości, ale manipulują nią.

Dominować będzie publicystyka?

Raczej tak i dużo informacji. Pełnej informacji na początku nie będziemy w stanie zbudować, bo jest ona potwornie droga. Ale jest: w agencjach informacyjnych, w Internecie. Zwrócimy się do naszych widzów z pytaniem, co dla nich ważne? Co proponują? Będzie publicystyka kulturalna, ekonomiczna itd.

Macie analizy, jak duże jest zapotrzebowanie na taką telewizję?

Zleciliśmy instytutowi Homo Homini badania wśród odbiorców telewizji kablowej i satelitarnej. 27 proc. wyraziło zainteresowanie tą telewizją, 20 proc. zadeklarowało, że będzie ją kupowało. W punkcie wyjścia przekracza to zdecydowanie nasze oczekiwania, ale będziemy walczyć o większą widownię.

Jaką masz pewność, że dostaniecie od KRRiT koncesję?

Szczerze powiedziawszy mało mnie to interesuje w tym sensie, że urzędnicy po dostarczeniu odpowiednich papierów powinni po prostu nam ją dać. Oni nie są od decydowania, kto ma prawo w Polsce nadawać. Jeśli z powodów ewidentnie politycznych pojawi się opór, to przecież żyjemy w Unii Europejskiej i będziemy nadawać np. na koncesji angielskiej. W Anglii jest to rutynowa procedura, trwa kilka dni. Jan Dworak nie jest w stanie nas zablokować.

Źródło: portal www.sdp.pl




Z Maciejem Kucielem, współlaureatem Nagrody im.prof. Stefana Myczkowskiego, rozmawia Błażej Torański.


kuciel

Maciej Kuciel

rocznik 1973, absolwent krakowskiej AGH. W czasie studiów współpracował z krakowskim dodatkiem do „Gazety Wyborczej” i „Czasem Krakowskim”, a w latach następnych z działem prawnym „Rzeczpospolitej”, z Radiem Kraków, radiową Trójką i Informacyjną Agencją Radiową. Specjalizuje się w relacjonowaniu procesów sądowych i tematyce prawnej. Od 10 lat realizuje reportaże dla programów TVN „Uwaga!” i „Superwizjer”. Dwa z nich były nominowane do nagrody Grand Press w kategoriach dziennikarstwo śledcze i publicystyka. Za trzeci, opowiadający o sprzedaży w Polsce wyrobów z 30-letniego szwedzkiego mięsa (współautor Szymon Jadczak), nagrodzony Grand Press w kategorii „News” (2009).

Teraz SDP uhonorowało go Nagrodą im. Kazimierza Myczkowskiego za reportaże „Rakotwórcze HCB nad Bałtykiem” (współpraca Daniel Liszkiewicz).


Czy Polska jest śmietnikiem dla ukraińskich substancji trujących?

W tym przypadku tak. Pewien zwykły, szary człowiek codziennie przejeżdżał na rowerze obok Port Service, spalarni odpadów niebezpiecznych w Gdańsku, zaledwie sto dwadzieścia metrów od Bałtyku. Widział wory jakiejś śmierdzącej substancji, swąd docierał nawet do jego domu, odległego o kilka kilometrów. Chodził z tym do lokalnych mediów, do inspektoratu ochrony środowiska…

Żadnych reakcji?

Żadnych. Z Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska dostał odpowiedź, że wszystko jest w porządku.

Tymczasem tuż za płotem spalarni leżały w workach tysiące ton HCB, heksachlorobenzenu, jednej z 22 największych trucizn na świecie. Bomba ekologiczna!

Z Ukrainy transportowało je 480 ciężarówek i dwa statki. Problemem był sposób ich składowania – w uszkodzonych workach – ale najgorsze, jak zachowali się urzędnicy szczebla wojewódzkiego i Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, gdzie wydaje się zezwolenia.

Jakby im nie zależało na ochronie środowiska?

Takie miałem wrażenie. Na papierze wszystko było w porządku. Zezwolenia na sposoby transportu i przechowywania. Ale na składowisku okazało się, że złamane zostały wszelkie konwencje, jakie Polska w tej kwestii podpisała. Odpady składowane były w skandalicznych warunkach.

W Niemczech lub Danii przechowuje się je w specjalnych beczkach lub kontenerach. U nas leżały w workach pod gołym niebem.

Takie worki łatwo uszkodzić przy przewożeniu lub załadunku, a wtedy ta śmiertelna trucizna, substancja rakotwórcza, rozsypuje się. Podpisaliśmy, jak cywilizowane kraje konwencje, zobowiązaliśmy się do ich stosowania, a tymczasem – zauważył węgierski ekspert od zanieczyszczeń – takiego sposobu przechowywania nigdzie w Europie nie widział. Być może byłoby to możliwe w Somalii – stwierdził.

HCB, jak mówią eksperci w Pana reportażu, może uszkodzić wątrobę, system immunologiczny, a gdyby dostał się do Bałtyku, wchłonie go tłuszcz ryb. Zjedzenie takich ryb grozi człowiekowi nowotworem.

HCB jest tak agresywny, że przechowywany dłuższy czas w metalowych beczkach wydostaje się na zewnątrz. Nie byłoby skandalu, gdybyśmy mieli sprawną i działającą specjalistyczną instalację do spalania. Ta w Gdańsku, jak się później okazało, była przeładowywana i rakotwórcze HCB zamiast zostać zniszczone zostawało w popiołach. Skażone HCB odpady znaleźliśmy w odległej od Gdańska o 30 km kopalni żwiru. Teraz urzędnicy zastanawiają się jak zrekultywować skażony teren.

Na to pytanie w reportażu Pan nie odpowiada, ale jak Pan sądzi: dlaczego urzędnicy zalegalizowali jawne bezprawie?

Trudno to logicznie wytłumaczyć. Na przykład: dlaczego Główny Inspektorat Ochrony Środowiska zgodził się na przywiezienie do Gdańska 12 tys. ton, skoro spalarnia jest w stanie rocznie zniszczyć tylko 6 tys. ton. Żadne z tłumaczeń urzędników mnie nie przekonało.

Prezesem Port Service był wtedy Krzysztof Pusz, zasłużony działacz opozycji solidarnościowej, były dyrektor gabinetu prezydenta Wałęsy.

Przeczytałem o nim w „Polityce” – co sam powiedział – „moim zadaniem było otwieranie drzwi”. Po naszych reportażach stracił stanowisko. Nie miał żadnego doświadczenia w branży. Nie znał się na sposobach niszczenia niebezpiecznych odpadów.

Mówi: „Przyznam się, że wszystkiego to ja nie wiem”.

Bardzo wielu rzeczy nie wiedział. Niemcy będący właścicielami Port Service zgodzili się zatrudnić człowieka bez wiedzy i doświadczenia. Ale Krzysztof Pusz był przed laty wysoko postawionym urzędnikiem i miał szerokie znajomości w regionalnych strukturach władzy. Nie znaleźliśmy jednak dowodów na to, aby miał wpływ na dziwne decyzje urzędników.

Ale powiedział Panu do kamery: „dla mnie to pieniądze i biznes”. Potraktował Polskę, jak prywatny folwark?

Były działacz opozycji i urzędnik państwowy stał się biznesmenem, dla którego – nie krył tego – liczy się tylko zarabianie pieniędzy.

Ponownie spytam: jak Pan tłumaczy w tym przypadku zmowę urzędników?

Nie uzyskałem odpowiedzi na to pytanie, choć usilnie jej szukałem. Jeśli takie były, to nie rozszyfrowałem systemu powiązań, które spowodowały wydanie wyjątkowo korzystnych decyzji.

Jakie były konsekwencje reportażu, poza odwołaniem Krzysztofa Pusza?

Nie wiem, czy była to decyzja wymuszona, ale podał się do dymisji Wojewódzki Inspektor Ochrony Środowiska. Jego zastępca i pani naczelnik wydziału kontroli też już nie pracują. Prokuratura Okręgowa nadal prowadzi śledztwo.

Był Pan dziennikarzem radiowym, współpracował z „Rzeczpospolitą”. Telewizja ma zdecydowanie większą siłę rażenia. Czuł Pan po tych dymisjach satysfakcję?

Czuję potężny niedosyt, bo media ogólnopolskie, poza siostrzaną TVN 24, w ogóle się tym nie zainteresowały. Lokalne gazety potraktowały nas, jak trójmiejska „Gazeta Wyborcza”, skąd zapamiętałem określenie „Pseudośledztwo TVN”. W lidzie cytowano Krzysztofa Pusza: „To bzdura”. Dumny natomiast jestem z niesłychanego zainteresowania duńskiej telewizji. W głównym wydaniu największego kanału pięć minut poświęcono ukraińskiemu HCB, który składowany jest dwieście kilometrów od Bornholmu. Podobne zainteresowanie wykazali Szwedzi. Opiniotwórcza gazeta „Svenska Dagbladet” opublikowała wielki artykuł na temat naszych ustaleń.

Czy dziennikarstwo śledcze – kosztowne i nieefektywne – w Polsce przetrwa?

Cztery reportaże, które zrealizowałem o HCB z Danielem Liszkiewiczem, bez wsparcia mediów duńskich i szwedzkich niewiele by zdziałały. Do tej pory na Port Service nałożono 7 mln zł opłat karnych. Nie mam wątpliwości, że jest to zasługa nacisku z zagranicy. A odpowiadając na pytanie: w takiej formie, jak przed kilku laty, dziennikarstwo śledcze już się skończyło. Nie wróci czas, kiedy redakcje wydawały dużo pieniędzy na długotrwałe śledztwa. Dla „Uwagi” TVN równocześnie realizuję różne tematy, zwykle o charakterze kryminalnym. W piątek wyemitowano mój materiał o gwałcicielu z Jarosławia. Tylko od czasu do czasu udaje mi się realizować reportaże o większym ciężarze gatunkowym.

Źródło: portal www.sdp.pl




Z prof. Walerym Pisarkiem, uhonorowanym Laurem SDP w roku 2012, rozmawia Andrzej Kaczmarczyk.


O dziennikarskim „wkręcaniu”, języku polskim polskich dziennikrzy i nadziejach na prawdziwe dziennikarstwo w Internecie.

pisarek

Prof. Walery Pisarek (ur. 1931)

językoznawca i prasoznawca. Honorowy prezes Rady Języka Polskiego. 1969 – 2000 dyrektor Ośrodka Badań Prasoznawczych. Autor większości tekstów „Ogólnopolskiego Dyktanda”. Obecnie pracownik Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Papieskiego JP II w Krakowie. Autor wielu książek i laureat licznych nagród. W grudniu 2012 uhonorowany Laurem SDP.












Panie Profesorze gratuluje „Lauru SDP”. Chyba nikt bardziej od Pana na to nie zasłużył.

- Co do tego drugiego to nie potwierdzam… (śmiech), ale co do tego, że jest czego gratulować, nie mam żadnych wątpliwości.

No to wzajemne grzeczności mamy za sobą. Dotarła do mnie plotka, że na wiadomość o przyznaniu „Lauru SDP” podobno nabrał Pan podejrzeń, iż jest „wkręcany”. To prawda?

- Rzeczywiście byłem przekonany, że to jest dziennikarska prowokacja. Akurat miałem zaczynać zajęcia, kiedy zadzwonił telefon. Rozmówca przedstawił się: „Mówi Skowroński. Krzysztof Skowroński”. Pomyślałem, że to przypadkowa zbieżność nazwisk, ale kiedy mi powiedział o przyznaniu „Lauru”, to sobie pomyślałem: „Oooo, ja nie jestem angielską pielęgniarką, która da się łatwo nabrać, że dzwoni do niej królowa”. Nic nie dałem po sobie poznać, że tę wiadomość dostałem, i byłem z siebie zadowolony z każdą godziną bardziej, bo ów domniemanie rzekomy Krzysztof Skowroński zapowiedział, iż wkrótce

skontaktuje się ze mną wiceprezes Piotr Legutko. Gdy po kilkunastu godzinach redaktor Legutko jeszcze się nie odezwał, pomyślałem o sobie z podziwem: „Jaki ty jesteś mądry Walerku, że się nie dałeś nabrać”. Dumny z siebie, nikomu się nie pochwaliłem. Uwierzyłem, gdy pogratulował mi zaszczytu dyrektor mojego instytutu ks. prof. Michał Drożdż.

Jak Pan ocenia posługiwanie się językiem polskim przez polskich dziennikarzy?

- Wspaniale!

Oooo?!

- No tak, ale może jest Pan zdziwiony, bo myśli Pan o kimś innym niż ja. Ja myślę o Hannie Krall, o Jasi Jankowskiej, o Kąkolewskim, Kapuścińskim, o Bohdanie Tomaszewskim, ale także o dziesiątkach wspaniałych dziennikarzy i publicystów, którzy piszą czasem po polsku tak pięknie jak nikt przed nimi nie pisał. Uważam, że taka jest prawda. Uważam też, że nigdy tyle osób nie mówiło tak dobrze po polsku, prawdziwą kulturalną polszczyzną, jak obecnie.

Tak w ogóle czy w mediach?

- I jedno, i drugie. Bywały w historii okresy większej lub mniejszej staranności, ale nie potrafiłbym wskazać równie dobrego okresu dla języka polskiego. Oczywiście mam na myśli formę, a nie treść. Wspaniałą polszczyzną posługuje się np. gen Jaruzelski.

No to widzę, że zdecydowanie nie wnikamy w content?

- (Śmiech) Nie wnikamy. No, może niestety z ortografią i interpunkcją bywało lepiej. W PRL redakcje zatrudniały licznych korektorów. Nie tylko po to, aby w druku nie pojawiło się „Sralina” zamiast „Stalina”, ale także, żeby nie było „ruży” zamiast „róży”. Teraz niestety bardzo oszczędza się na korekcie i efekty tego są często widoczne.

Rozumiem dlaczego wszyscy mówią o Panu, że jest Pan człowiekiem wyjątkowo łagodnym i optymistycznym. Rzeczywistość w Pana ocenie jest w najgorszym wypadku jak przysłowiowa szklanka do połowy pełna, a już nigdy do połowy pusta. Czy jestem w stanie sprowokować Pana profesora do ostrzejszej krytyki?

- Nooo…. (śmiech). No to powiem, że ten problem z korektą dotyczy niestety również poważnych pism. Nawet w „Polityce”, którą ceniłem i cenię, pojawia się czasem ortograficzny lapsus kompromitujący w najwyższym stopniu. Może to wynik pewnych rewolucyjnych zmian na rynku prasowym, więc może dlatego jeszcze bardziej jest to w idoczne w nowo powstających pismach, które rodzą się z poczucia misji, ale w wielkim pośpiechu. Wiele ortograficznych błędów wykryłem w pierwszym czy drugim numerze „W Sieci”, więc widać, że jest to słabość prasy bez względu na treść, bo nie użyję tu słowa „kontent”. Oczywiście swoiste błędy powoduje technika, czyli nasze przemądrzałe komputery. Mówiłem mejlowy, mejlować, a pewnie pański zapisze meblowy, meblować. Proszę uważać. Mój podstępnie przerabia nazwisko mego kolegi Gobana-Klasa na Gabona.

Mój przerabia na Gorana. Mam jednak temat bardziej nieprzyjemny niż korekta. W laudacji na Pana cześć Krzysztof Gurba przypomniał, że jeszcze w latach 70. był Pan autorem wyróżnienia w języku dziennikarzy poetyki wiadomości, poetyki komentarza i poetyki reportażu. Dziś nader często mieszamy te poetyki.

- Różne kodeksy dziennikarskie przestrzegają: rozróżniajcie informacje od opinii. To, co jest wyrazem opinii, czyli impresja i ekspresja, nie powinno mieć prawa wstępu do tekstów informacyjnych. Kanon wzorowego dziennikarstwa miała tworzyć informacja i oddzielony od niej, subiektywny, ale

uczciwy komentarz. Co ciekawe jednak, z badań oczekiwań odbiorców wynika, że większość ludzi nie chce czystej informacji. Wolą mieć jednocześnie wiadomość i…

… i podpowiedź: co mam o tym sądzić.

- Tak. Chcą mieć ocenę, czy to dobrze, czy źle. Czy bohater tekstu ma rację, czy jej nie ma. Czy to jest dobry człowiek czy zły. Współczesny, rozbiegany czytelnik nie chce tego szukać na innych stronach. Chce to mieć jedno i drugie od razu. Redakcje to wiedzą i z tej wiedzy wyciągają odpowiednie wnioski. Tekst informacji nawet jest informacyjny, ale nagłówek jest… opinią! W 100 procentach. Często bardzo ekspresyjną. Dotyczy to bardzo różnych światopoglądowo gazet. To samo robi „Rzeczpospolita” i „Gazeta Wyborcza”. Niestety, ludzie bardzo często czytają wyłącznie nagłówki, czyli zapoznają się jedynie z ekspresyjnie wyrażoną opinią.

Jaką przyszłość wróży Pan drukowanej prasie lub czasopismom?

- Pokusiłbym się o postawienie przewrotnej hipotezy. Prawdopodobnie powszechnie dostępna będzie jedynie w Internecie, a egzemplarze drukowane, gratisowe i ekskluzywne, będą w małych nakładach rozpowszechniane w środowiskach opiniotwórczych, by budować markę wydawnictwa. Już teraz czasami otrzymuję takie czasopisma. Wydawca robi to w nadziei, że po zaakceptowaniu polecę jakiś artykuł studentom, a dostęp dla nich będzie już płatny. Takie gratisowe, eleganckie wydania, dostarczane są też reklamodawcom.

A przyszłość zawodu dziennikarza?

Myślę, że przyszłość tego dziennikarstwa na wyższym poziomie może być świetlana.

???

Zakładam, że Internet da dziennikarzom dużo niezależności i swobodę wypowiedzi. Być może, będzie to niezależność taka, jaka się przydarzyła polskim dziennikarzom w roku 1981, kiedy to w części redakcji zespół decydował o tym, kto będzie redaktorem naczelnym. Nie trwało to długo, ale wbrew pozorom był to okres największej niezależności dziennikarzy w historii polskiej prasy. Moim zdaniem Internet stwarza podobną możliwość.

Takie inicjatywy mają już miejsce szczególnie po prawej stronie naszej dziennikarskiej sceny i Pan uważa, że to jest przyszłość?

Jedyna przyszłość prawdziwego dziennikarstwa. W Polsce nie zdajemy sobie sprawy ile tekstów w zachodniej prasie, szczególnie niemieckiej, to teksty wzorowo, kompetentnie i profesjonalnie przygotowane przez pi-arowców, a nie dziennikarzy, które redakcje otrzymują za darmo. Nadzieją niekomercyjnego dziennikarstwa jest Internet.

Pan Profesor jest jednak niepoprawnym optymistą…

… bo moje doświadczenie życiowe tego optymizmu mnie nauczyło. Wbrew szatańskim knowaniom świat idzie ku dobremu, ale jeśli tylko można, trzeba dobru p

Źródło: portal www.sdp.pl




Informacja o konkursie

Nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 2012


Do 20. edycji konkursu „Nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 2012” zgłoszono 323 prace – publikacje w polskiej prasie, radiu, telewizji oraz internecie.

35 zgłoszeń nie spełniło warunków regulaminowych.

Obowiązywał nowy Regulamin Nagród SDP 2012 określający kategorie nagród, kryteria oceny nadesłanych prac oraz terminy regulaminowe. Konkurs o Nagrody SDP 2012 obejmował teksty prasowe, w tym internetowe, audycje radiowe, programy telewizyjne opublikowane w okresie od 1 lipca 2011 r. do 30 czerwca 2012 r.


Nadeszło: do Głównej Nagrody Wolności Słowa – 26 zgłoszeń; Nagrody Watergate – 12 zgłoszeń; Nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego – 19 zgłoszeń; Nagrody im. Macieja Łukasiewicza – 55 zgłoszeń; Nagrody im. Eugeniusza Kwiatkowskiego – 29 zgłoszeń; Nagrody im. Stefana Żeromskiego – 90 zgłoszeń; Nagrody im. Ślisza – 14 zgłoszeń; Nagrody im. Jerzego Zieleńskiego – 45 zgłoszeń; Nagrody im. prof. Stefana Myczkowskiego – 21 zgłoszeń.

W 20 edycji konkursu o doroczne Nagrody SDP uczestniczyło 149 autorów, niektórzy z nich zgłaszali prace w kilku kategoriach.

Zgłoszone prace publikowane były w 44 tytułach prasowych, 10 rozgłośni radiowych, 24 stacjach telewizyjnych i w 8 portalach internetowych.

Są to:

PRASA

Akant, Bez wierszówki, Biuletyn Holandia, Dziennik Gazeta Prawna, Dziennik Polski – Pejzaż Polski, Dziennik Polski Magazyn Piątek, Gazeta Jarocińska, Gazeta Polska Codziennie,Gazeta Polska, Gazeta Pomorska, Gazeta Śląska, Gazeta Teatralna, Gazeta Wyborcza Duży Format, Gość Niedzielny, Inwestor – Gazeta Inwestycyjna, KIF, Kwartalnik Celny, Miesięcznik „Forum Akademickie”, Murator,Nasz Dziennik, Newseek Historia, Nowy Obywatel, Opcja na Prawo, Polska Dziennik Bałtycki, Przegląd, Przewodnik Katolicki, Puls Biznesu Weekend, Puls Biznesu, Radca Prawny – Miesięcznik Samorządu Radców Prawnych,Realia i co dalej, Rzeczpospolita, Stacja Tłuszcz, Środowisko, Tygodnik „Zielony Sztandar”, Tygodnik Goniec (Kanada); Tygodnik Idziemy, Tygodnik Pałuki, Tygodnik Płocki, Tygodnik Powszechny, Uważam Rze, Wprost, Wydawnictwo Lena, Wydawnictwo M


RADIO

Polskie Radio SA Pr.1, Pr. 3, Polskie Radio SA Białystok, Polskie Radio SA Katowice, Polskie Radio SA Koszalin, Polskie Radio SA Lublin, Polskie Radio SA Rzeszów, Polskie Radio Szczecin, Radio Kraków, Radio Merkury, Radiofonia 100,5


TELEWIZJA

Biełsat TV, Kino Rialto, Panorama TVP 2, Polsat News, Reporter Polski, TV Biznes, TV Elbląska, TVP 1, TVP 2 Magazyn Ekspress Reporterów, TVP 2 Redakcja Dokumentu i Reportażu, TVP 3, TVP Białystok, TVP Bydgoszcz, TVP Gdańsk, TVP Historia, TVP Info, TVP Katowice, TVP Katowice Magazyn Reporterów, TVP Kultura, TVP Łódź, TVP Opole, TVP Polonia, TVP Sport, Uwaga TVN


INTERNET

Facebook Fundacja Reporterów, Kobieta.pl, konflikty.wp. pl; Pamięć.pl, gwe24.pl, pomorski info, radioszczecin.pl/myszka, Wirtualna Polska, wp.pl – dzieci.pl, www. paluki. pl


Prace zgłoszone spełniały na ogół wymagania konkursu.

Konkurs tegoroczny nie odbiegał poziomem od poprzednich konkursów. Pojawiły się nowe tytuły prasowe.

Wyraźnie widać regres dziennikarstwa śledczego.

Są prace nadsyłane przez „wolnych strzelców”. Ta grupa wyraźnie powiększa się

W obecnym konkursie licznie reprezentowaną tematyką była historia Śląska i Ślązaków, szczególnie powstań śląskich. Prace te miały wyrównany, wysoki poziom.

Nadesłane w tym roku programy telewizyjne pokazują, że następuje wyraźne odrodzenie terenowych Oddziałów. TVP Białystok, Katowice, Opole przysłały dużo świetnych reportaży, filmów i programów publicystycznych. Wśród nadesłanych prac telewizyjnych widać wyraźnie wzrost poziomu, co zbliża ich jakość do audycji radiowych, będących nadal niekwestionowanym liderem tak merytorycznym jak i warsztatowym.

EB





Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich

Foksal 3/5

00-366 Warszawa

tel. 22 827 87 20