WSPOMNIENIA



Barbara Kęcińska-Lempka

„informujemy, że zegary na naszym dworcu
są nieczynne”



Część 1: Notatki z okresu poprzedzającego stan wojenny, STAN WOJENNY;
Część 2: Przesłuchanie, Śmierć górników z „Wujka”, Święta i Nowy Rok, Dziennikarze reżimu, Strach i śmiech;
Część 3: Atmosfera w szkołach. Żołnierze i zomowcy, Weryfikacja dziennikarzy, Beznadzieja, Notatki z sanatorium, Zakończenie;


CZĘŚĆ TRZECIA


Atmosfera w szkołach. Żołnierze i zomowcy


4 stycznia 1982


S kończyły się zimowe wakacje, pierwszy dzień szkoły. W gazetach zdjęcia dzieci i wojskowych, którzy, jak podała prasa, „wyjaśniali dzieciom konieczność wprowadzenia stanu wojennego”. Przedtem, na zebraniach nauczycieli (relacja Korneli i Jerzego G.) polecono zdjąć krzyże. Żaden z nauczycieli tego się nie podjął. Usłyszeli od wojskowych: „Ulotki pisane ręcznie konfiskować, o drukowanych meldować natychmiast”. Każdy z nauczycieli otrzymał przydział ławek i ścian do pilnowania i sprawdzania czy nie pojawiają się tam hasła polityczne i znaczki KPN (nb. sprawę Moczulskiego przekazano sądom wojskowym.)

Oto kolejne wyjątkowo wredne przykłady dzielenia społeczeństwa:

Sekretarzom Komitetów Zakładowych PZPR (relacja Marii i Ryśka) pokazuje się ich nazwiska na liście, rzekomo znalezionej w „Solidarności”. Dla większego efektu jakaś ręka namalowała przy nazwiskach krzyż lub napisała „powiesić” Tak „Solidarność” przygotowywała rzekomą zemstę „na czerwonych”. Absurdalne, ale niektórzy wierzą. Z kolei żołnierzom mówi się o wrogości ludności, by w ten sposób odizolować ich od społeczeństwa. W koszarach w Bydgoszczy opowiada się o biciu żołnierzy przez miejscowych, by zniechęcić do brania przepustek i wychodzenia na miasto.

W Wigilię, patrolom stacjonującym w szkole, nauczycielki zaniosły kolację. Żal im się zrobiło młodych, marznących chłopców. „Nie wierzymy w to, ale nam mówią, że ludzie będą nas truć i że nie mamy brać czegokolwiek”. Kornela opowiadała, że jedli pierogi i kapustę z grzybami aż im się uszy trzęsły.

Ludzie nie wierzą i nie dają się zastraszyć. Internowania, więzienia nie zamknęły ust. Znajomy jechał tramwajem. Podchmielony gość nie przebierał w słowach „ustosunkowując się do stanu wojennego”. Opiekowali się nim wszyscy pasażerowie. „Na mieście” odzywają się do mnie ludzie z innych redakcji, znani mi tylko z widzenia. Pytamy o Michała i Wojtka. Nikt nic nie wie.

Są następne plakaty, ulotki na tyłach pomnika i kolejna biała plama, świadcząca, że mimo patroli ktoś znów dopisał datę 1981. Pod pomnikiem ciągle płoną lampki, świece, leży mnóstwo kwiatów.

Malowane hasła znikają błyskawicznie, pozostają po nich świeże białe plamy. Chyba każdy tajniak ma przy sobie aerosol z białą farbą.

W gmachu „Prasy” rosną represje. Grażynę Szulak wzywano do dyrektora – miała przepustkę tylko na parter, widziano ją na piętrze. W portierni wisi lista osób, których kategorycznie nie wolno wpuszczać do gmachu, Jestem na pierwszym miejscu (Lubawiński, Szymański, Nowicki.) Podobno przebywaliśmy „za Solidarności” często razem, co już budzi podejrzenia.

Nadal wychodzi tylko jeden dziennik „redagowany przez zespół”. Tym, którzy zostali władza odpłaca się hojnie. Premie za dyżury (podobno nawet 1000 zł.), karpie, jabłka, jajka i inne cenne dobra. Wredność ukazujących się komentarzy przekracza wszelkie wyobrażenia. Często powtarzane są zwroty, wypowiedziane w oficjalnych przemówieniach: „umęczona ojczyzna”, „skraj przepaści” itd. itp. W tekstach nie ma ani jednej własnej myśli ( same ogólniki bez konkretów). Nieraz ucieka się od problemów w szczególiki na przykład długa relacja o dziadku, który kupił mleko, a w butelce był kawał gazety – na szczęście to „Kobieta i życie”, po „Żołnierzu Wolności” grozi zatrucie jadem – to już mój komentarz; a dziadek ma małego wnuczka itp. itd..„Dziennikarze piszą na klęczkach i z ambony. Z ambony wobec społeczeństwa (pouczanie, strofowanie,), na klęczkach wobec władzy, która jak Bóg sprawiedliwa, nieomylna, każde jej pociągnięcie boskie i genialne. Można się zrzygać. Żartuję, że redaktor Leonard Wąchalski zamienił się w biskupa, a nowo położona w redakcji miękka wykładzina ułatwia mu pisanie na klęczkach. Najsmutniejsze, że dziennikarze ci traktują swoją pracę jak powołanie (jednak dalsze analogie z kapłaństwem), celebrują każdy gest, uważają się za wyróżnionych, lepszych od innych. Czytelnika traktują jak podwładnego, a nie partnera. Cień wątpliwości i wahań nie zakłóci dobrego samopoczucia autorom z pierwszych stron gazet. Świat w ich przekazach jest czarno – biały, papierowy i płaski.

Prezes oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oddała ponoć partyjną legitymację. Nadal nie mogę wejść do gmachu. Włodek Braniecki. boi się coraz bardziej. Jego najlepsza przyjaciółka Iza Cywińska siedzi. Włodek milczy, nie powie ani słowa krytyki. Wystraszeni prowokują, by straszyć ich jeszcze bardziej.


***

Polityczna rozmowa dwóch mężczyzn, podsłuchana przez kolegę w męskiej ubikacji.

- Panie, podobno teraz lepiej ma być.

Nie pierdol pan głupot. Teraz wszędzie podsłuchy.


6 stycznia 1982


P o raz pierwszy w telewizyjnej dyskusji lekka zmiana frontu. Profesor Ryszka, Wiatr, Markiewicz mówią o przyłączeniu się do żołnierzy osób stosujących siłę i o tym, że stan wojenny to początek, nie program. Padają słowa o konieczności ugody ze społeczeństwem. Równocześnie nieoficjalne wiadomości o prowadzonych rozmowach w Warszawie. Internowany Lech Dymarski, trzymany pod Wejherowem „opuścił obóz”. Może przewieziono go do Warszawy. Na rozmowy czy proces?

Gazety aż zachłystują się informacjami o wzmożonym tempie pracy, nawet wzrosło krycie macior w punktach kopulacyjnych, o czym z powagą oświadczył pewien wiceminister (Karaś? – nie pamiętam) przed kamerami TV. Dookoła słychać o biernym oporze. Z mieszanymi uczuciami oglądałam w telewizji wywiad z Markiem Brunne rzecznikiem prasowym „Solidarności”, przeprowadzony na lotnisku, tuż po przylocie z USA. Wszyscy jego koledzy siedzą, on chce wrócić do pracy naukowej. Niedoinformowany, naiwny czy szmata. Trudno orzec.

W rozmowach różni ludzie mówią „biedni żołnierze”. Milicji nie żałuje nikt. Wojskowe patrole nie są w większości agresywne, starają się omijać przechodniów, spuszczają oczy. Ileż tragedii i dramatów. Tych młodych chłopców wojskowym rozkazem postawiono przeciwko ojcom, siostrom i braciom. Wielu już miało wyjść z wojska przed pół rokiem, niektórzy już mieli wyznaczoną datę ślubu... Musieli w wojsku zostać. Na szczęście społeczeństwo rozumie. Rozróżnia rozkaz – przymusowy dla żołnierza, przyjemny dla zomowca.


Weryfikacja dziennikarzy


17 stycznia 1982 niedziela


W szyscy otrzymaliśmy wezwanie do redakcji na jutro. Ciekawe czy będą zmuszać nas do podpisania deklaracji lojalności i odcięcia się od „Solidarności”. Ironizuję i śpiewam:„Do zeszmacenia jeden krok, jeden jedyny krok, nic więcej”. Rzeczywiście, najpierw drobne ustępstwo, parę małych kłamstw, potem jeszcze kilka kroków i, niepostrzeżenie, człowiek zamieni się w trzęsącą ścierę, zamoczoną w aktualne slogany, wykręcaną w potrzebie chwili.

Żona internowanego Michała Łuczaka zbiera opinie o nim, chcąc udowodnić (absurdalność!!!) „małe prawdopodobieństwo wejścia w konflikt z prawem”. To już nie udowadnianie niewinności, lecz udowadnianie, że niewinnym się także będzie. Wyobrażam sobie, spędzający sen z powiek, kłopot naczelnego „Głosu Wielkopolskiego”, do którego zwróciła się w tej sprawie. Wydać dobrą opinię to jakby podważyć decyzję władz o internowaniu („Boże! Poddawać w wątpliwość decyzję organów, zgroza”), napisać źle o nienagannym pracowniku (25 lat pracy, żadnej nagany, odznaczenia) nie bardzo wypada. Poza tym cała sytuacja rodzi podejrzenia, że redakcja przez tyle lat tolerowała i tuszowała „antysocjalistyczną zarazę”. Ilekroć będę miała jakieś wątpliwości i wahania, zawsze przed zeszmaceniem, będzie mnie ostrzegać obraz trzęsącego się ze strachu redaktora Porzyckiego. Nikomu nie podpaść to jego największy problem. Nawet gestami i ruchami wtopił się w tło, ścierając z siebie wszelką indywidualność. Przez takich ludzi stary porządek trzyma się mocno, mimo spróchniałych fundamentów i murów. Niestety poczucie słuszności i trwanie przy ideałach nie likwiduje poczucia beznadziejności. Przegrywamy wszyscy, i ci sprzedajni i ci uczciwi.

Dziewięć lat młodości leżało przede mną jak niezmierzone, jałowe pole, niemożliwe do uprawy” (Andrzej Bursa: „Zabicie ciotki” z dedykacją „Wszystkim tym, którzy stanęli kiedyś przerażeni martwą perspektywą swojej młodości”)

W gazetach i telewizji obiektem ataków propagandy stał się Ronald Raegan i jego sankcje ekonomiczne wobec Polski i ZSRR. Dziennikarze zachłystują się z oburzenia, mówiąc o wstrzymaniu kredytów i dostaw żywności. Został nawet nazwany „mordercą polskich kur” (zawiesił dostawy paszy dla drobiu). Czy państwo, obrzucane błotem jako kraj ucisku, wyzysku i niesprawiedliwości społecznej (taki obraz USA stwarzają środki masowego przekazu) musi pomagać ustrojowi lepszemu i doskonalszemu? Czy dłużnik ma prawo domagać się od wierzyciela dalszych pożyczek?

Mój „ulubiony” redaktor Leonard Wąchalski aż pienił się z oburzenia na Stany Zjednoczone. Podejrzewał nawet Raegana o... spiskowanie z papieżem. Przypomniały mu się czasy, kiedy po wyborze Polaka na Stolicę Piotrową, gazety z całą powagą pisały, że przed konklawe CIA przekupiło kardynałów. Po przeczytaniu kolejnych głupot Wąchalskiego doszłam do wniosku, że tego już za wiele. Namówiłam koleżankę i w rękawiczkach wycięłyśmy z gazet litery, składając z nich kilka gróźb. Było to niemądre, wiem, ale ulżyło mi, gdy dowiedziałam się, że przestraszony redaktor mówił na kolegium redakcyjnym, że się boi.

Szczytem cynizmu było oświadczenie Urbana na konferencji prasowej „Rząd wyżywi się zawsze, społeczeństwo będzie głodować”. Oto przykład i podejście członka rządu – bezwstydne czerpanie korzyści z uprzywilejowanej pozycji, bez oglądania się na społeczeństwo, bez wspólnego dźwigania ciężarów w trudnej sytuacji. A potem mają za złe podział na „MY” i „ONI”. Powoli ożywia się PZPR. Głos zabiera Olszowski, Siwak i Kociołek. Partyjny beton. Już wiemy, „kto za tym stoi”. Dziękuje się za „ofiarną pracę” sekretarzowi KW PZPR w Katowicach Żabińskiemu i rezygnuje (bez podziękowań) z Fiszbacha (sekretarz KW PZPR w Gdańsku)

Podobno największe wrażenie na Zachodzie wywarło pokazanie w telewizji fragmentów naszego „Dziennika Telewizyjnego” – ponurych lektorów w mundurach, a zaraz potem filmów z polskich miast: przysypane śniegiem ulice, wszędzie czołgi, żołnierze grzejący się przy koksownikach. Odkurzono też zramolałego dziadka, marszałka Rolę-Żymierskiego. Z trudem („choroba gardła”) w „Dzienniku” wykrztusił z siebie jedno zdanie, a następnie, głosem żołnierza czytającego jego wystąpienie, długo i wylewnie dziękował generałowi Jaruzelskiemu „za porządek”. Wyglądał jak wywleczony z grobu.

. Pod Rondem Kopernika w gablocie PZPR wiszą plakaty, stylizowane na plakaty „Solidarności”: DZIĘKUJEMY WAM ŻOŁNIERZE, WŁASNYMI RĘKAMI ZROBIMY PORZĄDEK WE WŁASNYM DOMU. Niestety niektórzy już bez własnych rąk. Ludzie mówią, że noce spędzane w czołgach przy dwudziestostopniowym mrozie, niektórzy z żołnierzy przypłacili odmrożeniami i amputacją rąk lub stóp

W ubiegłym tygodniu odwiedziła mnie Kamila. Jest w ciąży, młoda, zakochana. Wkrótce ślub. Nawet po niej widać beznadziejność naszej egzystencji. Małżeństwo, macierzyństwo – sprawy ważne i radosne w życiu kobiety u nas łączą się z kłopotami i udręką. „Jak zdobyć rzeczy dla dziecka, gdy w sklepie nie ma nawet pieluszki?”, „Jak się ubrać do ślubu przy pustych sklepowych półkach?” (buty dla Kamilki przywiezie koleżanka z Gliwic.) „Co dać do jedzenia gościom?”. Najtrudniejsze pytanie „Gdzie mieszkać?” nie dręczy Kamilki. Jest w wyjątkowo dobrej sytuacji, mieszkając z mamą w trzypokojowym mieszkaniu.

Leszek Dymarski przysłał do Małgosi list z Białołęki (ponoć najcięższe więzienie dla recydywistów). Pozdrawia wszystkich, prosi o jak najbardziej zniszczoną, starą ciepłą odzież i igłę z nićmi, by pozszywać swoje rzeczy.

Minął miesiąc od wprowadzenia stanu wojennego i nadal niewiele wskazuje na jego odwołanie. Ludzie czują się stale upokarzani, przez milicję, przez chamską propagandę, brak czegokolwiek w sklepach. Dokucza mi najbardziej brak kawy i masła. Od połowy miesiąca jem suchy chleb. Nieraz masłem poczęstują mnie rodzice Kasi. Mają blisko do sklepu PGR Naramowice, gdzie niekiedy uda im się „wystać” śmietanę kremówkę. Robią z niej masło, wlewając śmietanę do słoika i potrząsając. Rarytas takie masło. Ojciec Kasi, przedwojenny prawnik, o ogromnej wiedzy i kulturze, pracuje na posadce w DOKP i robi masło w słoiku. Ktoś kiedyś powiedział o Polsce „cmentarzysko talentów”. Miał rację.

Nadal wieczorem nie można wyjść z domu. Godzina milicyjna. Kto złamie jej zasady ląduje do rana na komisariacie. Może mówić o szczęściu, jeśli wróci do domu nie pobity i nie obrabowany. Pracujący w zaopatrzeniu, kolega ojca wracał z delegacji z Katowic. Spóźniony pociąg przyjechał do Poznania po godzinie 23.00. Mając delegację i przepustkę zaopatrzeniowiec pewnie wracał do domu. Na Moście Dworcowym jego i innych pasażerów przeraził chamski krzyk patrolu „Natychmiast wracać na dworzec. Z powrotem! Ale już!”. Przesiedzieli na dworcu do rana. Kogoś wzięto na komisariat z dywanem, gdy parę minut po godzinie 23 na podwórzu na świeżym śniegu szczotkował dywan. Zabrano też młodą dziewczynę w kożuchu i nocnej koszuli. Leżąc w łóżku przypomniała sobie o ważnej sprawie na jutro. Nałożywszy na koszulę kożuch wyskoczyła „bramę dalej” do koleżanki. Na ulicy zobaczył ją patrol i zabrał w nocnej koszuli. Noc w komisariacie spędził starszy mężczyzna, kolega sąsiada. Przed godz. 23 wracał do domu, gdy wylegitymowali go policjanci. Sprawdzili jego adres w dowodzie i orzekli, że przed godziną 23 nie zdąży dojść do domu, więc zabierają go na komisariat.

Sławek wrócił ze Śląska. By nie rozdrażniać, doprowadzonych do ostateczności górników, pokazuje im się z taśmy inny „Dziennik Telewizyjny”. Niby ci sami lektorzy w mundurach, identyczna godzina emisji, a zupełnie inne komentarze dotyczące Śląska. Sławek opowiadał długo. Najbardziej utkwiła mi w pamięci wypowiedź jednego z górników (mówił do kolegów): „Chopy! Trzy powstania my robili, żeby w Polsce być. A gdzie my są? W Rosji!”


19 stycznia 1982


M etody upokarzania są różne. Wczoraj, o godzinie 17.15 miało się odbyć zebranie „Expressu Poznańskiego”. Przyszliśmy wszyscy.

Czekaliśmy nie wiadomo na co. Napięcie rosło. niektórzy z nerwów zaczęli odczuwać głód, mówiliśmy o jedzeniu. - A ja od rana nic nie jadłem – żartował Żuk (reporter Zbigniew Szymański) Nic nie jem przed akcją. Stara partyzancka zasada. Jak dostaniesz kulę w brzuch większa szansa, że przeżyjesz. Ryszard Danecki był w Jugosławii i przedzierał się przez śniegi, by wrócić do Polski. Wyraziłam zdziwienie, że chciało mu się wracać. „Pani Basiu, ja jestem prawdziwym komunistą”.

Po godzinie czekania poproszono do świetlicy „Gazety Poznańskiej” dziennikarzy nie należących do „Solidarności”. Po 20 minutach wyszli, po wysłuchaniu komunałów typu „stan wojenny był koniecznością” i po scharakteryzowaniu sytuacji w wydawnictwie (nadal nie wiadomo, kiedy ukażą się wszystkie gazety) Posłano ich do domu i kazano czekać na ewentualne wezwanie do pracy. Pozostałych, pojedynczo, do świetlicy, wprowadzał zastępca redaktora naczelnego „Expressu” Janusz Orzałkiewicz. Zaskoczyła mnie powaga komisji: redaktorzy naczelni, sekretarz POP PZPR, jakiś wojskowy, ktoś z SB, towarzysz Kozibąk z KC PZPR, towarzysz Olejniczak sekretarz Wydziału Propagandy KW PZPR w Poznaniu, Jacek Świgoń dyrektor RSW „Prasa”. Siedzieli za dużym, czarnym stołem i notowali każde słowo. Och, jak nadskakiwali towarzyszowi Kozibąkowi. Przyjechał przecież z samego Komitetu Centralnego Partii. Gdy upadł mu długopis, wszyscy rzucili się pod stół. O mały włos, by się nie pozabijali.

W mojej sprawie (podejrzewam, że w każdym wypadku tak było – hierarchia obowiązuje) inicjatywa należała do członka Komitetu Centralnego. Po przedstawieniu mnie przez naczelnego „Expressu” redaktora Macieja Gryfina zażądano bym scharakteryzowała „Solidarność”. Scharakteryzowałam, kładąc nacisk na proponowane reformy ekonomiczne, na rozpoczęcie dyskusji o gospodarce, odejście od ekonomicznych dogmatów (naczelny „Expressu” przedstawił mnie jako reportera, ekonomistę i członka Koła Młodych Związku Literatów Polskich).

- Zawsze konstruktywna jest wielość spojrzeń na problem, różne podejścia i dyskusja – mówiłam.

Towarzysz Kozibąk: – Ale chyba pani widziała też mankamenty w działaniu, „Solidarność” robiła wiele złego.

Ja: – O niczym takim nie wiem.

Zatkało mnie pytanie, choć można je było przewidzieć. Nie mogłam powiedzieć, co myślę, bo poszłabym siedzieć za lżenie organów państwowych. Zarzuty wobec „Solidarności” były dla mnie tak absurdalne, że trudno mi było wydukać „własnymi słowami” dwa, trzy zdania, zaś gazetowe slogany nie chciały przejść przez gardło. Zresztą nie miałam zamiaru pluć na wyznawane wartości i się szmacić.

Towarzysz Kozibąk (złośliwie): – No jak to! Dziennikarz. Taki świadomy niby człowiek, a nie wie! Czekamy.

Ja: – Odmawiam odpowiedzi na to pytanie. Oskarżony ma prawo do odmowy zeznań, a ja się czuję oskarżona.

Cisza i konsternacja.

Towarzysz Kozibąk (po chwili): – No chyba pani tego tak nie traktuje. Nikt tu nikogo nie oskarża, ale musimy mieć ludzi pewnych, zaufanych. Uniknęliśmy kontrrewolucji, w szeregach „Solidarności” byli ludzie nieodpowiedzialni, groził nam demontaż państwa socjalistycznego.

Ja (chyba z ironiczną głupotą): – Aha, o to chodzi! To ja się tu mogę zobowiązać, że państwa socjalistycznego demontować nie będę. Zresztą nie mam takich możliwości.

Tow. Kozibąk (wściekły): – Nie ma co z panią rozmawiać. Kończymy.

Mój naczelny usiłował załagodzić sprawę mówiąc: – Ta pani tak zawsze się młodzieżowo zachowuje.

Czuję, że po moim wyjściu usiłował zrobić ze mnie nieszkodliwą, ekstrawagancką idiotkę. Moja przynależność do Koła Młodych Związku Literatów i pisanie wierszy na pewno mu pomogły.

Byłam zła, że pozwoliłam wyrzucić się tak szybko, nie powiedziałam więcej od siebie i nie spytałam o internowanych Niektórzy moi koledzy opieprzyli mnie również:

- Dziewczyno, ale jesteś niemądra. Przecież wiedziałaś, czego oni od ciebie oczekują. To należało mówić, a nie odgrywać bohaterkę. Przecież tak i tak nie ma znaczenia, co się przed nimi powie.

Jestem jednak w miarę zadowolona. Setki ludzi w więzieniach, tysiące wyrzuconych z pracy, szykany i represje. Nie będę, trzęsąc się o swój stołek, przed jakimś partyjnym młotem, wypierać się wszystkiego. Widziałam pogardę i triumf w oczach zastępcy naczelnego „Expressu” redaktora Orzałkiewicza („Proszę, tak krzyczeli, tak wojowali a teraz się kajają”). Dla mnie ma znaczenie „co się przed nimi powie”. Krok po kroku i za 20 lat i będę typem à la”redaktor Porzycki czy Wąchalski. Zresztą, na inne pytania zadawane kolegom, też nie mogłabym odpowiedzieć zgodnie z oczekiwaniami. Tłumaczyć się i usprawiedliwiać, że nie wypisałam się z „Solidarności”, albo odpowiadać co sądzę o przewodniej roli PZPR, co myślę o Jurczyku, lub tłumaczyć się z odmowy pisania do „gadzinówki” w czasie dni bez prasy. Każdy wykręcał się jak umiał od odpowiedzi, ale komisja drążyła, żądała konkretnych deklaracji.

Taki pan niby inteligentny a odpowiada pan jak robotnik – usłyszał Józiu Gołaszewski.

Trudno zresztą było się zapierać. Komisja dysponowała wiedzą na temat najdrobniejszych, wewnątrzredakcyjnych spraw, zdarzeń, jakie zaszły nawet w małym gronie. Drobny, tragikomiczny przykład. Siedzieliśmy kiedyś w stołówce przy obiedzie. Cztery osoby, sami zaufani koledzy z „Solidarności”. Wojtek Dolata męczył się z żylastą pieczenią.

Ciesz się, bo niedługo komunistów w buraczkach będziesz jadł. – zażartował Przemek Nowicki. Ten incydent dotarł do komisji przesłuchujących dziennikarzy, która z cała powagą kazała odpierać zarzuty nawoływania do kanibalizmu i tłumaczyć się z planów jedzenia komunistów w buraczkach. Kto doniósł?

Naszą rozmowę w stołówce poza nami słyszał tylko redaktor Olgierd Błażewicz z „Gazety Poznańskiej”. Będąc przekonana, że on donosił, omijałam go przez całe lata szerokim łukiem. Gdy wyszły fakty dotyczące współpracy znanych ludzi z SB, nie jestem już taka pewna. Może to był ktoś z nas.

Przeciętne przesłuchanie trwało 20 minut. Ludzie wykręcali się ogólnikami, a przyparci do muru powtarzali partyjną propagandę. Redaktor naczelny „Expressu”, jako jedyny, bronił swoich pracowników. Inni, jak opowiadali koledzy, przed komisją skarżyli na nieprawomyślnych podwładnych. Wychodziliśmy z redakcji około 22. Mimo ciemności piały kury. Niejeden z nas wyparł się swoich ideałów.

- Tyle zakrętów historii, a pierwszy raz taka czystka zorganizowana na wielką skalę – twierdzili ci, którzy przepracowali w redakcji ponad 20 lat i teraz, jak sztubacy, czekać musieli pod drzwiami na egzamin. Decyzje, kto zdał i wróci do pracy, zostaną przekazane nam później. Sytuację, w specyficzny, typowy dla siebie sposób, podsumował redaktor Janusz Bekas (specjalista od organizacji młodzieżowych): - Trzeci raz kurwa muszę uczyć się pisać. Przed „Solidarnością”, za „Solidarności” i teraz.

Kolega, po usłyszeniu opowiadania o weryfikacji i mojego stwierdzenia, że nawet z UB nie wyniosłam tak złych wrażeń jak z redakcji, powiedział lapidarnie; „Nic dziwnego. Na UB przesłuchiwali z obowiązku, tu z powołania”. Poza tym na Kochanowskiego chcieli się czegoś dowiedzieć. W „Prasie” z momentem wejścia dziennikarza wszystko jest prawie przesądzone. Chodzi tylko o to by upokorzyć i zmusić do zaparcia się siebie. Dlatego monosylaby nie wystarczą. Trzeba się poniżać i wypierać. Człowiek z przetrąconym kręgosłupem będzie uległy.


Beznadzieja


20 stycznia 1982, środa


D ziś, po raz pierwszy od dawna, miałam przyjemny sen. Wrócił Michał. Stanął w drzwiach. Po przywitaniu usiedliśmy, by opracować nową gazetę, jaką postanowiliśmy wydawać. – Wreszcie będę mogła pisać. Co myślę. – mówiłam z ulgą. Michał był pełen energii i planów. Obudziłam się z żalem i poczuciem nierealności snu.

Zdarzenie równie nierealne co komiczne: Krążą plotki, że na ślubie księcia Walii Polskę reprezentował Siwak. Szedł w drugiej parze zaprzęgu.

Albin Siwak, robotnik (albo na robotnika się stylizował) był wtedy członkiem Komitetu Centralnego Partii. Często występował w telewizji. Reprezentował partyjny beton. Wzbudzał powszechną irytację, podobnie jak inna kobieta z partii pani Grzyb.


25 stycznia 1982


C zytałam kiedyś „jeden dzień Iwana Denisowicza” Aleksandra Sołżenicyna, zdumiona podobnymi zasadami na jakich opiera się nasza rzeczywistość i rosyjski łagier.

Wypełnienie dnia po brzegi uciążliwymi, drobnymi zajęciami, konieczność walki z absurdalnymi utrudnieniami, by jak najmniej czasu było na myślenie i organizowanie się.

Rozbijanie więzi międzyludzkich, opartych na zrozumieniu i przyjaźni. Przenoszenie więźnia z łagru do łagru. (u nas lansowanie wędrówki ze wsi do miasta, zaraz po wojnie była kolektywizacja i budowa dużych zakładów przemysłowych na terenach wiejskich) Anonimowość i wyizolowanie jednostki – to cel do którego oni dążą

Utrzymywanie ludzi na krawędzi głodu, zmuszanie do gonitwy za czymś do jedzenia, by zmęczyć, pozbawić energii, Wywoływanie uczucia radości ze zdobycia kawałka kotleta (w łagrze dodatkowa porcja chleba)

„Napuszczanie” jednych na drugich. Kierowanie gniewu, nie na system i władzę, lecz na jednostki, które chcą się z tego systemu wyłamać lub go zmienić. W łagrze na więźniów, którzy chcą uciec, w kraju na KOR, „Solidarność”, wolnomyślicieli

Utrzymywanie w ludziach strachu, poczucia zagrożenia i niepewności, co do swojego, własnego losu. W łagrze jest to obawa przed karą, u nas obawa o pracę, strach przed przełożonym.

Awansowanie, premiowanie donosicieli i lizusów, jednostek pokornych, bez własnego zdania.

Wytworzenie w człowieku przekonania, że on sam nie ma żadnego wpływu na swój los, życie i sprawy kraju.

Kult pracy – kładzenie nacisku nie na efekty pracy i jej organizację lecz na pracę jako cel sam w sobie. Praca nie musi tworzyć wartości, wystarczy, że daje zatrudnienie ludziom i ich niewoli.


Niedziela, styczeń 1982


B rak mi książek. Często łapię się na tym, że pragnę zacytować Miłosza, a nie mam go pod ręką. Myślałam dziś o „Traktacie poetyckim”, porównującym Warszawę do sprzedajnej kurtyzany. Myślałam, oglądając w telewizji fragmenty kronik z lat powojennej odbudowy. Telewizja i radio lansują ostatnio powrót do pierwszych powojennych lat, gloryfikując okres ZMP, MDM itp. itd. Nie wspominają, oczywiście o zaciskającej się coraz bardziej pętli, jaką narzucił nam Związek Radziecki. Wstydliwym milczeniem okrywa się szykanowanie AK i PPS-u oraz natrętną propagandę. Ten powrót do powojennych lat ma jeszcze jedną przyczynę. Wtedy też nie było co jeść, gdzie mieszkać, w co się ubrać, (wspominają o tym wyselekcjonowani rozmówcy), a proszę, ludzie pracowali, nikt nie pytał za ile, nie było malkontentów.

Różnice między sytuacją obecną a powojenną są jednak tak ogromne i oczywiste, że aż dziw bierze, że owi propagandziści zapominają o nich (lub udają zapomnienie). Cały naród miał wtedy nadzieję na lepszą przyszłość, a niski poziom życia usprawiedliwiony był wojennymi zniszczeniami. Władza, (choć może zaufaniem się wielkim nie cieszyła) nie zawiodła tylekroć i jeszcze nie zdążyła się pokazać od najgorszej strony. Start młodych ludzi był, mimo wszystko lepszy. Widzę to chociaż w rodzinie – wszystkie siostry mojego ojca miały już własne mieszkania. Ja mam 33 lata i żadnych szans na mieszkanie w najbliższym czasie. Poza tym rozwarstwienie i dysproporcje w poziomie życia wtedy jeszcze nie były aż tak widoczne.

Na spacerze z Kasią wspominałyśmy wyjazdy do Zakopanego, do Warszawy, Krakowa tak, jakby to były zagraniczne wycieczki. Teraz, by tam pojechać trzeba mieć przepustkę. Czujemy się zamknięte, odcięte od reszty kraju i nawet niedalekie Zakopane stało się nieosiągalne.

- Wreszcie wiem, dlaczego łyżwiarstwo jest tak popularne w ZSRR. Tylko to im pozostało. Jedna z nielicznych przyjemności. Łatwo osiągalna i dostępna – powiedziała Kasia, patrząc na łyżwiarzy na lodzie na Rusałce. Marzę o jakimkolwiek wyjeździe.


***

„Ponieważ obraz socjalizmu jest święty, a rzeczywistość biegnie własnym, niezależnym torem, naszkicować trzeba inny obraz tej rzeczywistości, by usunąć powstały rozdźwięk”. Alain Besancon „Sowiecka rzeczywistość i rosyjska przeszłość” Aneks Nr 23 Kwartalnik Polityczny.


10 marca 1982


Z a mną pobyt w sanatorium, liczne notatki w zeszytach, strzępy listów.
Przesłuchanie, weryfikacja i inne stresy spowodowały gwałtowne zaostrzenie astmy oskrzelowej, która nękała mnie od szesnastego roku życia. Dusiłam się okropnie. Nie pomagały leki. Wiedziałam o negatywnej weryfikacji i niemożności powrotu do pracy. Lekarka zaproponowała mi przejście na rentę inwalidzką. Nie chciałam wyjeżdżać z Poznania, ale (by zwiększyć prawdopodobieństwo otrzymania renty) i poprawić fatalny stan oskrzeli musiałam poddać się leczeniu sanatoryjnemu. Na początku lutego wyjechałam do Świnoujścia, oczywiście po uzyskaniu przepustki zezwalającej na wyjazd. W pierwszych dniach pobytu w sanatorium, w Poznaniu umarła moja ukochana ciocia Ula. Nie mogłam pojechać na jej pogrzeb. Załatwienie kolejnych przepustek (na wyjazd do Poznania i ponowny powrót do Świnoujścia) okazało się niemożliwe.


Notatki z sanatorium

G odzina policyjna. Choć mam przepustkę i zgodę na wyjazd stosownego urzędu, idę na dworzec z duszą na ramieniu. Wojskowe patrole bywają nieobliczalne. Patrole ORMO są jeszcze gorsze. Każdy jest podejrzany. Na dworcu i w tunelach mgła, oblepiająca wszystko gęstą, lepką watą. Pusty, wymarły dworzec i nieliczni podróżni z paczkami (dla internowanych?). Czterech żołnierzy, wyłaniających się z mgły, aresztują podpitego dziadka, który wyzywał komunistów od czerwonej hołoty i krzyczał coś o okupacji.

„Progenitura sekretarzy” – przychodzi mi na myśl określenie Tadeusza Konwickiego, gdy podsłuchuję rozmowę koszmarnej pary w dworcowej poczekalni. On nalany, w popielatym, opiętym garniturze; ona tleniona blondyna, ubrana z krzykliwą elegancją. Mają przy sobie „Życie gospodarcze” i studiują plan przyszłego metra w Warszawie. Komuna zaczęła epatować nowoczesnymi inwestycjami. W obuwiu całorocznym (talon na jedną parę na rok) będziemy jeździć metrem, by w sąsiedniej dzielnicy kupić ocet, a może nawet herbatę i wołowinę z kością na kartki. On opowiada o służbowych podróżach z ministerstwa do Paryża (a jakże!). Wspomina wyłącznie knajpy. Jaka żałosna, wymięta rozpusta przebija się z jego relacji. Teraz nawet zeszmacenie jest płaskie, jednowymiarowe, bez fantazji i stylu. Zaleca się językiem biurokraty: „Żabciu, ja ciebie uprzejmie zapytuję w czym ciebie uraziłem. Bardzo ciebie proszę o udzielenie mi odpowiedzi”. Ona kryguje się i dąsa, ale fascynuje ją urzędnik z samego ministerstwa (może jej szef?) Para ta szara, wymięta, nalana i krępa przypomina opisy Miłosza w „Zniewolonym umyśle”. Gdzie te pełne indywidualności postaci? Zamiast nich taniec szarych chochołów, pseudo inteligencji jako wytworu epoki. Progenitura sekretarzy.

Nad to wszystko, w gęstej, dworcowej mgle wybija się nagle dźwięczny głos dziecka, które zniecierpliwione czekaniem na pociąg, głośno śpiewa „Jeszcze Polska nie zginęła”. Sen to czy omamy?



Świnoujście


Z abiegi, spacery nad morze. Tu nawet łabędzie się zdemoralizowały. Chodzą ciężko po plaży, kołyszą się niezgrabnie na sflaczałych łapach i żebrzą o chleb. Pióra na butapren, dziób na klej i donoszą. Morze piękne. Przez lodowe fale, zastygłe od mrozu, przebija się słońce, zamieniając kawałki lodu w lśniące klejnoty. Słońce. W jego cieple grzeją się kuracjusze i wielkie koty, wypasione na rybich odpadkach. Mógłby być raj.

Mieszkam w sanatorium w jednym pokoju z kobietą jak z obrazu Dudy- Gracza. Można się udusić w zwałach białego ciała, o zapachu upudrowanego potu. Udusić też może nadmiarem kiczowatych drobiazgów, które wokół siebie rozstawia, gromadzi, kolekcjonuje. W podobny sposób opowiada, przytłaczając nadmiarem nieistotnych szczegółów. Kiczowate są jej przeżycia, np. romans z brazylijskim dyplomatą, obsypującym ją bukietami kwiatów i koszami słodyczy. Czekała na listy od niego. „Czekam, czekam, nagle dzwonek do drzwi, patrzę przez wizjoner, a tu listonosz”, z listem od Brazylijczyka oczywiście. „Patrzeć przez wizjoner” – zwrot ten na pewno wejdzie do mojego słownika.

Jej opinia o przyczynach polskiej odnowy i „Solidarności” też zahacza o dyplomatyczne kręgi. „Wszystko zaczęło się od tego, że Olbrychski dał w twarz młodemu Jaroszewiczowi”. Oto kwintesencja polskich przemian.


***

Dużo rozmawiam ze Zdzisławem. Opowiada o rodzinnej wsi. Myślę o tym, jak wielkie cierpienia i namiętności omijają ludzi, dla których wszystko odwiecznie ustalone, a naturalny porządek świata do zaakceptowania od zaraz. W kontaktach z takimi ludźmi czuję pokusę, by spróbować zburzyć ten ustalony porządek życia, choć zazdroszczę im spokoju i wiary.

Z Poznania dramatyczne wieści. Kolejne aresztowania, przesłuchania, wyrzucania z pracy. Piszę dużo listów. Skończyły się przywiezione z Poznania koperty. We wszystkich kioskach i sklepach Świnoujścia kopert brak. Licząc na życzliwość, obeszłam nawet urzędy. Wszędzie to samo: „Nie mamy, nie mamy”. W końcu miła pani z sekretariatu „Uzdrowiska”, przy pomocy kleju i zszywacza, na moich oczach , zrobiła parę zgrabnych kopert. Życie uczy Polaków improwizacji. Mogę wysyłać listy.


***

Atmosfera lenistwa, zabiegów, spacerów, niepokojów o to co w Poznaniu i ... obserwacji ludzi z całej Polski, których choroba zgromadziła w sanatorium „Nimfa”. Trochę żal, że w tak dramatycznych czasach większość myśli tylko o własnym organizmie, ewentualnie o organizmie cudzym. Pragnienie romansu jest tu ogromne. Wreszcie coś przeżyć, wyszarpnąć od nudnego życia choć trochę uniesienia, wzbudzić męskie pożądanie. Kobiety, których jest więcej, zachłannie uwodzą. Popołudniowy dancing to arena ich polowań. Wystrojone, obwieszone złotą biżuterią, w czapkach z lisa i torebkami pod pachą („strach zostawić w szatni lub na krześle, bo kradną”), oblegają parkiet. Siedzę i patrzę. Żwawe tańce i natrętny, przepity głos wodzireja – „Panie robią kółeczko, panowie do środeczka, a teraz korowodem, jeden krok naprzód i dwa w tył i kółeczko”. „I gwiazdeczka, najlepiej pięcioramienna” – dodaję w myślach.

Myślę o „Księdze Hioba” w tłumaczeniu Czesława Miłosza, a właściwie o mądrej przedmowie księdza Sadzika. Powtarzam za Hiobem. „Przepaść wzywa przepaści”. Trzy słowa, ileż myśli i obrazów przywołują. „Przepaść wzywa przepaści”


***

Już w Poznaniu. Spotkania ze znajomymi. Opowiadanie Małgosi o staraniach, by uzyskać widzenie z internowanym Leszkiem Dymarskim. Młyńska, Białołęka, Pałac Mostowskich w Warszawie. Nikt nic nie wie. Wszędzie rozmowa tylko z budki przy portierni z bezosobowym numerem wewnętrznym. W najlepszym przypadku przychodzi goniec i prowadzi do odpowiedniego urzędnika niższego rangą, bo wielcy zachowali luksus całkowitej anonimowości. Bezosobowa maszyna jak w „Zamku” Kafki. Widmo Józefa K. Krąży po Polsce.


12 marca 1982


W łaśnie się dowiedziałam. 13 lutego pobito Wojtka Cieślewicza. Zmarł w szpitalu po 17 dniach. Widziałam Go tylko raz. Miły, sympatyczny chłopak. Wojtek 15 grudnia ubiegłego roku miał podjąć pracę w redakcji „Głosu Wielkopolskiego”. Załatwił już wszystkie formalności, miał legitymację. Pracy nie podjął bo ogłoszono stan wojenny. 13 lutego była wielka manifestacja w Poznaniu pod Pomnikiem Czerwca 56 (byłam w tym czasie w sanatorium). Rozwścieczeni zomowcy gonili ludzi po całym mieście. Wojtek stał na przystanku tramwajowym na Moście Teatralnym, gdy dopadło go ZOMO i ciężko pobiło. Stracił przytomność i już jej nie odzyskał. Zmarł w szpitalu. Komunikat prokuratury, poszukujący świadków pobicia, podawał przy nazwisku Wojtka „dziennikarz „Głosu Wielkopolskiego”. Naczelny „Głosu” biegał po redakcji i skreślał miejsce pracy Wojtka bo „ to może rzucić cień na redakcję”. Wstrząsające. Zresztą ten komunikat prokuratury to pozór. Sprawców tak i tak nie ustalą i nie ukarzą, jak zwykle.

Ewa Staniewicz, Edward Szymański (żuk) i Danuta Pawlicka otrzymali wypowiedzenie i propozycję, by, gdy minie ustawowy termin wypowiedzenia zawarli umowy na czas określony – do końca roku. Adam H. z „Głosu Wielkopolskiego” otrzymał pismo, że jeżeli nie zwiększy swojej aktywności otrzyma wypowiedzenie. Równocześnie podsuwa mu się takie tematy, że albo nie napisze wcale, albo niezgodnie z własnym przekonaniem.

Przeglądam wycinki z artykułami i piszę list do Cezarego.

Cezarego poznałam w Kazimierzu na wczasach. Pracował w Warszawie w jednej z redakcji. Już wtedy sytuacja dziennikarzy była niepewna i Cezary żartował, że znajdzie pracę jako bileter w operetce i w pięknym uniformie będzie wpuszczał widzów do teatru. W dzienniku zachowałam brudnopis listu.

Cezary!

Nie wierzę w sny i mam nadzieję, że sytuacja nie zmusiła Cię do przywdziania uniformu biletera w Operetce. W moim śnie doskonale prezentowałeś się w mundurze, przypominającym strój ułanów Kossaka. Po przebudzeniu przypomniałam sobie anegdotę z „Kabaretu Starszych Panów”, której bohaterem był bileter – konspirator. W czasach zaborów tak posprzedawał bilety na galowe przedstawienie, że gdy carski gubernator wszedł na balkon zobaczył polskiego orła, ułożonego z łysych carskich dygnitarzy. Oczywiście ironizuję, czego nauczyły mnie przykre przeżycia ostatnich tygodni. Myślę nieraz o Tobie, co porabiasz, czy wrócisz do pracy.

Moja weryfikacja wypadła niepomyślnie. Nie jestem kameleonem, a te zwierzęta, jak podejrzewam upodobała sobie komisja. Dyplomatą nigdy nie byłam, zresztą każda, nawet największa dyplomacja pryska w zetknięciu z łomem, a cóż dopiero moje żałosne usiłowania wykpienia się ogólnikami. Przypartej do muru pozostał mi słowny atak, którego finał przewidzieć nietrudno.

Spotkamy się więc (być może) w operetce albo w kolejce do morfologii, drżąc z obawy czy analiza nie wykaże gwałtownego spadku czerwonych ciałek krwi. (W tych czasach to niebezpieczne dla pacjenta, a władza rozszerza swoją kontrolę). Do redakcji wrócić nie mogę, a ośmiogodzinnego reżimu pracy biurowej fizycznie i psychicznie nie przetrzymam. Zdecydowałam się na rok, dwa pójść na rentę. Proponowano mi ją już kiedyś. – Jeszcze pani nie na rencie? – zapytał kiedyś lekarz z pogotowia (najśmieszniej, że z rozmarzeniem w głosie). Kogoś innego zmartwiłaby obcesowość pytania. Mnie ucieszyło, że nie usłyszałam „Co pani sądzi o eutanazji?” (jak w dowcipie Mleczki). Nerwy ostatnich tygodni gwałtownie pogorszyły mój stan zdrowia. Pomógł mi trochę pobyt w sanatorium (wysłałam Tobie pocztówkę), a równocześnie zaszkodził. Uświadomiłam sobie jak trudno się obejść bez mojej ukochanej pracy. Z prywatnego pisania na szczęście rezygnować nie muszę.

Cała ta sytuacja okazała się katalizatorem i sprawdzianem dla ludzi – na ogół się nie zawiodłam. Ta świadomość też mi pomaga. Jednym słowem „szczęście negatywne”. Byłeś zawsze bardziej odporny niż ja (takie miałam wrażenie), więc chyba też jakoś znosisz swoją sytuację. Zresztą nie jesteśmy jedynymi w takiej sytuacji. Napisz kilka słów. Pozdrawiam.

Barbara Kęcińska.

Na liście do Cezarego kończy się trzeci zeszyt. W następnym (a może jeszcze był jakiś, który zaginął podczas przeprowadzek) dominują notatki z lektur, przeplatane z narzekaniem na marazm i poczucie beznadziei. Wyjątkiem zapis z 1984 roku


3 stycznia 1984 roku


O  godzinie 7.10 przyjeżdża pociąg z Zakopanego. Czekam na ośnieżonym peronie, przytupując i trzęsąc się z zimna. Spoglądam nerwowo na zegar i na puste tory. Już pół godziny temu pociąg powinien nadjechać. Nagle na dworcu gaśnie światło i stojący tuż obok mężczyzna (pracownik PKP w kasku) krzyczy do radiotelefonu; „Felek, kurwa, co tyroz bydzie. Rozjazdy na prąd!!!”. Za 20 minut lampy znów świecą i przez megafony rozlega się głos. „Podróżnych informujemy, że zegary na naszym dworcu są nieczynne”. Teraz powinna paść zapowiedź, że pociąg jest opóźniony o rok świetlny. „Mała apokalipsa” Konwickiego się przypomina. Czytana „za Gierka” wydawała się powieścią science fiction - te pustki w sklepach, kartki, marmury sztukowane dyktą, degradacja codziennego życia – teraz stała się powieścią realistyczną. Już nie szokują, nie dziwią zdarzenia niewyobrażalne 8 lat temu. Przypominam sobie losowanie gaci i pościeli w RSW „Prasa”.

Wiele zakładów pracy w kryzysie załatwiało, poprzez swoje nieformalne kontakty z innymi firmami, towary deficytowe dla swoich pracowników. Były to karpie na Święta, mak, cukier. RSW „Prasa” postarała się kiedyś o pościele, rajstopy i bieliznę. Ponieważ towarów nie starczyło dla każdego pracownika, w kadrach urządzono losowanie. Po nim już można było się zamieniać z kolegami, którzy wylosowali damskie majtki. Przychodziła też pomoc z zagranicy. Poznański Oddział Związku Literatów Polskich otrzymał używaną odzież od pisarzy niemieckich. Na stołach leżały płaszcze, kurtki, spodnie, marynarki. Odzież także była towarem deficytowym. Szczególnie buty. Jeżeli ktoś nie miał zapasu trudno było mu przetrwać rok w jednej parze obuwia, jaka przysługiwała na kartkę. Zimę przeżyłam dzięki ciepłej kurtce, jaką mojej mamie przysłał z Niemiec pan Puhle. Mama, jako młoda dziewczyna w czasie okupacji pracowała w jego domu w Poznaniu. Nazwałam kurtkę „upokarzanką”.

W radio dyskusja na temat wariantów podwyżek i zniesienia reglamentacji. Stwarzanie atmosfery społecznej dyskusji to kolejna fikcja. Przez lata życia w PRL ludzie przekonali się, że tak i tak na nic wpływu nie mają i będzie tak jak postanowiono „na górze”. Wszelkie rozważania i propozycje dyskusji to parawan i stwarzanie pozorów normalnego życia społecznego.


7 stycznia 1985 roku.


M  ałej apokalipsy ciąg dalszy. Na termometrze minus 17. Przez całą noc i przedpołudnie nie ma prądu, a przecież sporo osób ma piece przerobione na prąd. W sklepie przy ul. Świerczewskiego, kupując kisiel, zauważyłam starannie wykaligrafowany napis na bristolu, przylepiony do drzwi „Zabrania się czekania na wędliny w sklepie”.

Kiedy zniesiono kartki nie zanotowałam. Na mięso i wędliny obowiązywały jeszcze w 1986, bo będąc w Kołobrzegu na wakacjach, cieszyliśmy się, że za odcinek na wołowinę z kością można było kupić wędlinę (w Poznaniu było to trudne). W 1987 obowiązywały jeszcze kartki na odzież. Kobiety w ciąży, na specjalną kartę, w drugiej połowie ciąży, były uprawnione do zakupu 20 sztuk pieluch, kocyka i kaftanika. Pamiętam panie z brzuchami biegnące po schodach okrąglaka bo właśnie „rzucili pieluchy”, z astmą i brzuchem nie byłam w stanie szybko dobiec i pieluch nie dostałam. Parę lat później jechałam z bratem do Krakowa. W każdej mijanej miejscowości w nocy stały kolejki kobiet przed sklepami, a były mrozy i zima. Komitety kolejkowe i dyżury obowiązywały w sklepach ze sprzętem AGD. Ludzie stali w dzień i w nocy. Kuzyn w takim komitecie kolejkowym przestał (na zmianę z rodziną) 2 tygodnie, by kupić pralkę. W mediach mnożyły się ataki na spekulantów a Inspekcje Robotniczo-Chłopskie lustrowały sklepy czy sprzedawcy nie przetrzymują towaru na zapleczu (a przy okazji załatwiały coś dla siebie).


ZAKOŃCZENIE


W ciąż wertuję pożółkłe kartki dzienników. Głupia babo! – mówię do siebie sprzed trzydziestu lat – dlaczego przestałaś pisać? Dlaczego nie opisywałaś manifestacji, tłumów pod Poznańskimi Krzyżami trzynastego każdego miesiąca i zomowców, goniących ludzi po ulicach miasta?

Chodziłam na takie manifestacje pod Poznańskie Krzyże, na msze za Ojczyznę do Kościoła Dominikanów i Fary. Niejednokrotnie uciekałam przed milicją i ZOMO. Pomagała mi znajomość Poznania – przejść przez podwórza i bramy z jednej ulicy na drugą. Pamiętam, że podczas jakiejś manifestacji, milicja, chcąc skuteczniej wyłapać ludzi, lała z armatek wodnych wodę zmieszaną z niebieską farbę. Nie przewidziano, że z pierwszomajowego pochodu będą akurat wracać partyjni i że oba tłumy się wymieszają. Wielu członków partii tego dnia oberwało milicyjną pałką i wróciło do domu w zniszczonych garniturach (do czyszczenia bali się oddać bo punkty miały polecenia notować i zgłaszać personalia właścicieli odzieży, pobrudzonej na niebiesko).

Nie zanotowałam nawet kiedy zwolniono z internowania Wojciecha Dolatę i Michała Łuczaka. Pamiętam, że odwiedziłam ich w szpitalu w Gnieźnie, dokąd trafili z zakładu karnego w Gębarzewie. Wojtek z kolejnym zawałem, Michał z wrzodami żołądka. Kiedy niedawno przejeżdżałam przez Gębarzewo i zobaczyłam szare, ponure mury więzienia w szczerym polu, przypomniałam sobie dramatyczne opowiadanie Wojtka z pierwszych dni internowania. Dużą grupę internowanych zaprowadzono do łaźni. Rozebrani, czekali pod suchymi jeszcze, natryskami. Wtedy ktoś krzyknął „Możecie wreszcie puścić ten gaz!”. Wojtek Dolata, po wyjściu na wolność ze zrujnowanym zdrowiem, przeszedł na rentę inwalidzką. Umarł na serce kilka lat po internowaniu, nie dożywszy nawet 55 lat. Poznański Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przyznaje co roku nagrodę jego imienia. Trudno jednak doszukać się, na stronach internetowych, informacji o uwięzieniu i działalności politycznej Wojtka. Michał Łuczak, któremu, na skutek aresztowania, rozsypała się rodzina, spędził resztę życia na marnej posadce w bibliotece. Zmarł parę lat temu. Redaktorzy naczelni i dyspozycyjni dziennikarze, nie nękani przez nikogo, przeszli na wysokie emerytury. Niektórzy, jak Włodzimierz Braniecki, byli zatrudnieni w redakcjach jeszcze po osiągnięciu wieku emerytalnego. Dziennikarze popierający stan wojenny (z wiary w ideologię lub ze strachu) po „Okrągłym Stole” stali się gorącymi zwolennikami porozumienia. Nikt z nich nie przeprosił i nie przyznał się do błędu. Do emerytury na swoim stanowisku nie dotrwał Maciej Gryfin, jedyny, który w czasie weryfikacji bronił swoich pracowników. Spotkałam go po paru latach. Wydawał jakąś ogłoszeniową, osiedlową gazetkę. Umarł kilkanaście lat temu.

Po „Okrągłym Stole” nikt z kierownictwa RSW „Prasa” nie skontaktował się z wyrzuconymi dziennikarzami i nie zaproponował powrotu do pracy ( nie wiem o takim przypadku). W historii poznańskiej prasy weryfikację pomija się „taktownym” milczeniem, nawet w okolicznościowych dodatkach, wydawanych w rocznice stanu wojennego, nie wspomina się o selekcji dziennikarzy. Jednym z nielicznych, którzy ponownie pojawili się w „Gazecie Poznańskiej” był Przemysław Nowicki (przez krótki okres czasu pełnił nawet funkcję naczelnego.)

Po staraniach, wróciłam do „Expressu” w 1991 roku. Zatrudniono mnie na okres próbny, płacąc groszową wierszówkę. Nie udało mi się zatrudnić „na etacie” , choć taka forma umowy o pracę była jeszcze wtedy powszechna w wydawnictwach. Po odejściu z „Expressu”, parę lat pracowałam jako reporter w „Dzienniku Poznańskim”, (też na umowę o dzieło). Czasy te wspominam bardzo mile. Gazeta była na wysokim poziomie, dziennikarze cieszyli się dużą swobodą, zespół składał się z wielu indywidualności. Niestety dziennik nie utrzymał się na rynku, podobnie jak wiele innych tytułów. Po dwóch latach poszukiwania pracy, udało mi się zdobyć pół etatu w Klubie Literackim Centrum Kultury „Zamek” w Poznaniu. Od roku 2009 jestem na emeryturze. Starałam się niedawno o pracę w bibliotece – na przeszkodzie stanął brak wykształcenia bibliotekarskiego (na kosztowne studia bibliotekarskie mnie nie stać). O pracy w lokalnej gazecie nie ma co marzyć.

Od momentu wyrzucenia z pracy zaczęły się moje kłopoty finansowe. Przez pierwsze lata dorabiałam do renty wykonując swetry na drutach. Szyłam makatki i maskotki, pracowałam nawet jako pomoc kuchenna w klasztorze na Jaszczurówce. Przeżyłam dzięki pomocy mamy, która wyjechała do pracy w USA, a potem do Francji. Teraz utrzymuje mnie mąż – co miesiąc ZUS przesyła mi 759 zł emerytury. Z takimi pieniędzmi trudno o jakąkolwiek samodzielność finansową. Wielu moich znajomych z tamtych lat jest w podobnej sytuacji.

W 2006 roku, kiedy coraz częściej zaczęto mówić o inwigilacji opozycji i tajnych współpracownikach, wystąpiłam do Instytutu Pamięci Narodowej o możliwość wglądu w swoje dokumenty. Brak lustracji spowodował nieufność, nie tylko obywateli do polityków lecz zasiał wątpliwości wśród najbliższych, w rodzinie, wśród znajomych. Kto donosił? – zastanawiałam się niejednokrotnie. Chciałam znać prawdę, głównie po to, by nie krzywdzić posądzeniami niewinnych. Spotykałam się nieraz na kawie z dalekim krewnym. Wypytywał mnie życzliwie o moje sprawy. Może ze spotkań pisał raporty? Nie żyje. Nie mogłam go spytać. A może donosił znajomy dziennikarz z Zakopanego? Może ktoś z rodziny, przyjaciół? Każdy chce znać prawdę. Przeszłości nie da się zatrzasnąć i do niej nie wracać. Zdradę można wybaczyć, ale trzeba o niej wiedzieć. Takie były moje motywy zwrócenia się do Instytutu Pamięci Narodowej.

W lipcu 2007 roku wydano mi kopie akt paszportowych, które odnaleziono w archiwum, oraz wyciąg z wypisu z Protokołu brakowania akt. Z protokołu brakowania wynika, że byłam inwigilowana (kwestionariusz ewidencyjny kryptonim „Mimoza”) „jako aktywny działacz NSZZ „Solidarność” w Wielkopolskim Wydawnictwie Prasowym. Dnia 22.08.85 z powodu nie stwierdzenia prowadzonej wrogiej działalności materiały złożono w Archiwum Wydz. C WUSW Poznań. (...) Sfilmowano dnia 20.05.86 (...)Wybrakowano mikrofilm dnia 28.12.89”. Prawdy nie poznam. Dokumenty władza zdążyła zniszczyć i zatrzeć ślady i to dopiero w grudniu roku 1989. Prawdy nie poznam. Pozostaje żyć w niepewności i z podejrzeniami.

We wrześniu 2009 roku otrzymałam wezwanie do Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Poznaniu, w charakterze świadka. Wszczęto śledztwo w sprawie „przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego pełniących funkcje kierownicze w rozgłośni Polskiego Radia i Telewizji w Poznaniu, Polskiego Radia w Zielonej Górze oraz Poznańskim Wydawnictwie Prasowym RSW „Prasa-Książka-Ruch”, polegających na złośliwym naruszaniu praw pracowniczych przez podjęcie z przyczyn politycznych decyzji o zwolnieniach pracowników w/w instytucji”.

Na spotkanie z prokuratorem zabrałam fragmenty dziennika, dotyczące weryfikacji. Zgadzały się z protokołami z weryfikacji, odnalezionymi w archiwach. Z materiałów śledztwa poznałam wszystkie nazwiska członków komisji weryfikacyjnej.: Maciej Olejniczak sekretarz KW PZPR, Wiesław Kozibąk przedstawiciel KC PZPR, Zenon Rubczak kierownik Wydziału Propagandy KW PZPR, płk Zygmunt Bulzacki dowódca Wojsk Lotniczych, ppłk Stefan Łukasz Klewicz zastępca szefa Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego, płk Zenon Daroszewski zastępca Komendanta Wojewódzkiego MO, mjr Wojciech Sobisiak naczelnik wydziału KW MO, Antoni Sobkowiak dyrektor Okręgowego Urzędu Kontroli Prasy, Jan Jarłowiecki przedstawiciel Wydziału Propagandy KW PZPR oraz poszczególni pracodawcy weryfikowanych pracowników. Poznałam też nazwisko osoby, która wobec komisji podkreślała moje antykomunistyczne poglądy i udział w demonstracjach w marcu 1968 (sama jej o tym opowiedziałam). Była to Ewa R. miła starsza (wtedy wydawała mi się starsza) pani, z którą często robiłyśmy sobie dowcipy w redakcji. Zajmowała się sprawami społecznymi i prowadziła na łamach „Kącik matrymonialny”.

Materiały z dochodzenia przypomniały nazwiska zwolnionych dziennikarzy. Z „Gazety Poznańskiej”: Wojciech Dolata, Przemysław Nowicki, Waldemar Wiernicki, Marek Lubawiński; z „Głosu Wielkopolskiego” Michał Łuczak; z „Expressu Poznańskiego”: Barbara Kęcińska i Włodzimierz Paluszkiewicz; z tygodnika „Tydzień” Tadeusz Golenia, Wiesława Baranowska, Krzysztof Lis. W październiku 2010 roku śledztwo umorzono „gdyż nastąpiło przedawnienie karalności”.

Zastanawiałam się jak zakończyć opowieść o tamtych latach, kładących się cieniem na życiu wielu ludzi. Wśród cytatów z książek, którymi kiedyś pracowicie zapełniałam zeszyty, znalazłam fragment z „Zapisków z martwego domu” Fiodora Dostojewskiego:


„... ile młodości pogrzebano w tych murach na próżno, ile wielkich sił zginęło tu nadaremnie. Bo trzeba już powiedzieć wszystko, przecież ci ludzie byli ludźmi niezwykłymi. Przecież to może ludzie najzdolniejsi, najwybitniejsi, z całego naszego narodu. Ale na darmo przepadły potężne siły, przepadły nienormalnie, bezprawnie, bezpowrotnie. Ale kto temu winien? Otóż to: kto winien?”




Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich

Foksal 3/5

00-366 Warszawa

tel. 22 827 87 20

    Menu
  • Kontakt
  • Regulamin