Część 1:
Notatki z okresu poprzedzającego stan wojenny, STAN WOJENNY;
Część 2:
Przesłuchanie, Śmierć górników z „Wujka”, Święta i Nowy Rok, Dziennikarze reżimu, Strach i śmiech;
Część 3:
Atmosfera w szkołach. Żołnierze i zomowcy, Weryfikacja dziennikarzy, Beznadzieja, Notatki z sanatorium, Zakończenie;
15 grudnia 1981
W e wtorek po powrocie z miasta zastaję w domu wezwanie na komendę Milicji na ulicę Kochanowskiego. Sprawa urzędowa. Natychmiast!
Ulica Kochanowskiego budziła w Poznaniu grozę. Tu w latach pięćdziesiątych mieścił się osławiony Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. To z okien tego budynku oddano pierwsze strzały do demonstrantów w czerwcu 1956 roku. Tu mieściła się po Czerwcu 56 Komenda Wojewódzka Milicji i swoją siedzibę miało SB. Krążyły opowieści o ludziach, którzy przekroczyli bramę budynku i zaginęli bez śladu.
We wtorek, przed południem przyszli do mieszkania dwaj panowie w cywilu dopytywali o mnie, po czym zostawili mojej mamie wezwanie dla mnie. Pamiętam mały, kwadratowy świstek, który odebrano mi przy wejściu na komendę.
Jestem zobowiązana do stawienia się natychmiast! Wystraszyłam się ale natychmiast nie idę. Muszę porozmawiać z ludźmi, powiedzieć jak największej liczbie osób, że TAM idę. Trzeba zachować spokój i nie okazać strachu. (jednak lektury przydają się). W torebce lekarstwa, mnóstwo inhalatorów na astmę, ciepłe skarpety, szczoteczka do zębów. Nie zrobiłam nic złego, ale wiem (znów lektury), że to nie jest argument, by wejść na schody i z uczuciem spokoju podejść do uzbrojonego milicjanta z biało czerwoną opaską na ramieniu.
Jacy tu wszyscy ważni – w gmachu aż huczy, światła palą się dzień i noc. Prowadzona przez milicjanta, mijam dziewczyny z tacą kanapek i kawą. Wreszcie, poddawane ostatnio w wątpliwość, organa, znalazły rację bytu. Jeszcze niedawno ubecy podsłuchiwali w kawiarniach, czy ktoś nie krytykuje Gierka; teraz stanęli przed wielkim zadaniem: spisek na władzę ludową, być może tajne arsenały broni. Profesorowie, dziennikarze doprowadzani na przesłuchania. Zrozumiałam tę wiarę w spisek, wiarę opartą na tak nikłych przesłankach. Oni by sami sobie ten spisek zorganizowali i uwierzyliby, bo to nadaje sens ich działaniu. „Głos Ameryki” podsumował to lapidarnie słowami Mrożka: „uwierzę w zamach na partię i władzę, jeżeli generał Jaruzelski zaaresztuje samego siebie”. Ja przypomniałam sobie Sołżenicyna, piszącego, że w czasie wojny, w sowieckich więzieniach i łagrach, gwałtownie wzrosła liczba spisków i prób organizowania oporu. W ten właśnie sposób służba więzienna, zagrożona pójściem na front, udowadniała celowość swojego istnienia i rozbudowania do monstrualnych rozmiarów. Pamiętam też opowiadania Cezarego z wyjazdów do ZSRR. Pewność siebie, ba nawet arogancja w krytycznych momentach poraża przeciwnika, który też się boi. („Skoro taki pewny siebie ktoś wysoki musi za nim stać”)
Myślę o tym wszystkim prowadzona pod bronią przez milicjanta.
Niech się pan nie boi, nie ucieknę – żartuję.
- Ja się nie boję. To pani powinna się bać.
Zostawia mnie w małym pokoiku, gdzieś w piwnicy: wygłuszone drzwi, popielniczka pełna zduszonych w nerwach niedopałków, dywan poplamiony czymś brunatnym, brakuje pejcza w kącie i wybitych zębów pod krzesłem. Inscenizacja kiepska i żałosna. O ile teraz obserwują mnie czyjeś oczy, nie zobaczą ani zdenerwowania ani pogardy. Zasłaniam się przyniesioną gazetą i udaję, że spokojnie czytam. Czekam pół godziny i znów jakiś inny mężczyzna prowadzi mnie pod sam dach. Sadza za stołem i przystępuje do rozmowy. – Czy jest aż tak mało inteligentny, czy udaje? – co chwila pytam samą siebie, słuchając pseudo inteligenckiego bełkotu i pytań: „Czy dobrze, że wprowadzono stan wyjątkowy? Co zrobię, jak wrócę z powrotem do pracy?” itp., itd. Najpierw w ogólnej, towarzyskiej rozmowie, wyczuwa mój słaby punkt (zadowolenie z pracy), więc potem mówi o weryfikacji dziennikarzy. Naiwnie dziwię się, że taką weryfikację przeprowadza się w tym gmachu. Mówi o tym, że nie wszyscy zostaną w redakcji. Zasłaniam się oficjalnymi cytatami („Jak ja mogę teraz oceniać wprowadzenie stanu wojennego, skoro generał Jaruzelski powiedział, że oceni nas historia”). Pytam o internowanych Michała i Wojtka. Pozwalają napisać mi oświadczenie, domagające się ich uwolnienia. Nie mam gwarancji, że nie trafi zaraz do kosza, lecz im więcej ludzi upomina się o aresztowanych tym lepiej. Chyba późnej porze i zmęczeniu („Trzy dni już nie śpimy!”) zawdzięczam brak uporu, kiedy zamiast wymaganego oświadczenia „Popieram wprowadzenie stanu wyjątkowego i postanowienia Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego” piszę, że „przyjmuję do wiadomości”.
Później dowiaduję się o podobnych lub zbliżonych deklaracjach, jakie muszą podpisać profesorowie, literaci. Kolejny paradoks i wątpliwości. Skąd u ludzi, którzy zdeptali ważne, podpisane umowy społeczne magiczna wiara w słowo? Dlaczego są pewni, że jeżeli ktoś napisze „popieram”, natychmiast popierać będzie? Nie rozumiem. Długo ze znajomymi zastanawiamy się nad celowością takich przesłuchań. Znajdujemy 3 motywy działania:
Chęć zastraszenia ludzi (u wielu starszych samo słowo Kochanowskiego wywołuje drżenie rąk)
Usiłowanie zwerbowania konfidentów – postraszyć, pogrozić i tym, którzy się do tego nadają zaproponować „pomoc i współpracę”
Pragnienie „wykazania się przed przełożonymi”, wyznającymi na pewno zasadę: im więcej przesłuchiwanych tym lepiej.
17 grudnia 1981 czwartek
C oraz bardziej przygnębiające wiadomości. Coraz więcej aresztowanych. Na pytania o ludzi coraz częściej pada odpowiedź „siedzi”, „zabrano go”. Internowano nawet księgową „Solidarności”, kobietę, która poszła do pracy na Zwierzyniecką ze względów zarobkowych, nie politycznych (skierowanie do pracy wydawał Wydział Zatrudnienia). Internowano już ponad 40 tysięcy osób. Z wisielczym humorem mówi się „na mieście”, że będzie 75 tysięcy więźniów – prezent na 75 urodziny Breżniewa. Nikt nie wie dokąd wywieziono tysiące ludzi. Krążą plotki o Gębarzewie, o Helu, gdzie podobno więźniowie przetrzymywani są w namiotach. Przelatujące co pół godziny nad miastem samoloty każą myśleć o najgorszym, o miejscu, które niewielu odważa się wymienić. – To nie do uwierzenia – mówią niektórzy. W tym systemie wszystko jest możliwe. Czy ktoś przypuszczałby, że w XX wieku, w centrum Europy bez śladu zniknie tysiące Polaków, na ulice miast wyjadą czołgi i wozy pancerne, odetnie się telefony, teleksy, rozwiąże uczelnie, uniwersytety.
Dwie godziny czasu otrzymali na opuszczenie budynków studenci i naukowcy Akademii Rolniczej. Zabijano zwierzęta doświadczalne, wyłączano aparaturę i wielomiesięczne doświadczenia. Jacek, przechodząc tamtędy, pomógł nieść książki, brnącemu w śniegu staruszkowi – profesorowi. Płakały studentki, ciągnąc w workach cały swój dobytek, trzymając często dziecko na ręce. Akademiki, gmachy uczelni straszą teraz pustymi oknami, wywołując pytanie: czy to bezsensowna nadgorliwość czy celowe działanie? Jeżeli celowe to dla kogo trzeba było opuścić budynki: dla milicji czy dalszych aresztowanych?
Półtora roku działała „Solidarność”, domagając się bezskutecznie rozliczeń, półtora roku nie było ofiar śmiertelnych, mimo gniewu, życiu w nędzy, upodleniu, dokąd wtrącono naród. Były wypadki, że „Solidarność” broniła przed samosądem partyjnych kacyków, dyrektorów. Dziś w piątym dniu stanu wojennego zakomunikowano o pierwszych ofiarach w kopalni. Siedmiu zabitych górników. Bezbronni ludzie. Śmierć, cierpienie jeszcze raz (po raz który z rzędu?). Wykorzystane przez partyjną propagandę, bez sumienia i skrupułów zasłaniającą się trupami. Jak hiena rzucająca się na zwłoki, by nawet śmierć zaprząc do swoich celów i straszyć naród, o śmierć obwiniać internowanych przecież działaczy. Zabitych jest więcej, ale nawet tych siedmiu nazwisk nie wymieniono, pokazując w telewizorze, po tych wstrząsających wieściach, komedię i puszczając skoczną muzyczkę.
18 grudnia 1981 piątek
W kraju żałoba, nienawiść i gniew. Na oszronionej szybie w tramwaju anonimowa ręka wydrapała siedem krzyży. Na pomniku Ofiar Czerwca ktoś czarną farbą dopisał 1981 rok. Jeszcze niedawno rozlepiano tam plakaty: 1956 – REWIZJONIŚCI, 1968 – SYJONIŚCI, 1970 – CHULIGANI, 1976 – WARCHOŁY, 1981 - ?.
Teraz już wiemy – EKSTREMIŚCI.
20 grudnia 1981 – niedziela.
W niedzielne przedpołudni,e pod pomnikiem Ofiar Czerwca ludzie składają kwiaty, palą znicze. Myślenia i pamięci nie może zabronić żaden reżim. Biało-czerwone goździki, czarna szarfa z napisem „Poległym górnikom” i ulotka „Godności i wolności narodu nie zdepcze żołdacki but”. Ogromny plakat z napisem SOLIDARNOŚĆ leży przysypany śniegiem – jedyne miejsce, gdzie można zobaczyć wsparte o siebie litery, jeszcze niedawno oglądane na każdym kroku. Ręcznie pisane karteczki – wiersze Miłosza, Herberta, Oda do młodości. Inne napisy: Wojskowa Rada Ocalenia Partii, Ukrócimy tę WRONĘ. Płoną znicze jak nadzieja i pamięć tamtych wolnych tygodni, kiedy można było głośno mówić to co się myśli; w stosie książek znaleźć prawdziwą literaturę i historię. Historia pokazuje, że prawda zwycięża, kłamstwo po latach zostaje nazwane kłamstwem; a intuicja następnych pokoleń bez trudu oddziela łgarstwa od prawdy. Stojąc pod pomnikiem myślę o ludziach, którzy giną i o chłopcu – symbolu. Miał chyba 15 lat i jechał zatłoczonym autobusem, chroniąc przed napierającym tłumem orzełka z koroną przypiętego do kurtki.
24 grudnia 1981 – Wigilia
Smutne święta, choć głos spikera w telewizji, usiłuje wojskowemu drylowi nadać ciepło. W radio dzwonki, trochę kolęd i prośba, by pamiętać o milicjantach i żołnierzach. O internowanych ani słowa! Ludzie myślą o tych wywiezionych w nieznane i to dla nich (nie dla wyhodowanych pałkarzy) znajdzie się symboliczne, puste miejsce przy wigilijnym stole. Gdzie są? Co robią? Co robi np. pan Giełda, starszy bardzo inteligentny drukarz, co robi Wojtek Biedak (tak niedawno był u nas na zebraniu), o czym myśli adiunkt z PAN-u, skazany na 3 lata za organizowanie strajku? Gdzie jest Michał? Każde pokolenie kobiet siadało do stołu, myśląc o ojcach, mężach, braciach poległych, walczących, uwięzionych.
W telewizji i radio ani słowa o tych tysiącach więzionych. Ani słowa. Tylko nawoływanie do zgody, cepeliada i optymistyczna wiadomość: milicja i wojsko uwolniły 2 tysiące sterroryzowanych hutników, przetrzymywanych siłą w pomieszczeniach huty przez członków byłej „Solidarności”. I znów nawoływanie do zgody. Głupota propagandy i jej perfidia nie zna granic. Często słowa stanowiły parawan dla egoizmu, sobiepaństwa i własnych, małych celów, realizowanych pod sztandarami patriotyzmu i zgody.
Co robi Jaruzelski? Twarz zasłonił czarnymi okularami, gdy wizytował żołnierzy. Czy zdaje sobie sprawę, że własnymi rękami wykonuje robotę partii, która zachowując ( w swoim mniemaniu) czyste ręce, kryje się za jego plecami i czeka. Wystarczy, że sytuacja się odwróci, wojsko okaże słabość, naród wolę i PZPR bez wahania poświęci swojego wspólnika. „Byliśmy przeciw stanowi wyjątkowemu, ale to wojsko zakneblowało nam usta”. Może demonizuję, ale, znając z historii perfidię systemu, bez skrupułów mordującego niedawnych wspólników, ta wersja wydaje mi się całkiem prawdopodobna.
Pasterka – transmisja z Kościoła św. Krzyża. Jak nędzny i żałosny jest ceremonializm władzy i jej dęte frazesy w porównaniu z kulturą Kościoła i jego wielowiekową tradycją i pięknym językiem. Cokolwiek by o Kościele nie mówić trafia do człowieka, jest spadkobiercą tradycji, upomina się o więzionych i prześladowanych. Władza w opozycjonistach widzi robaka. Gdyby nie było hałasu najlepiej zdeptać.
1 stycznia 1982
N owy Rok. Smutny. „Wolna Europa” nadała dźwiękową kronikę roku 1981 – przemówienia Wałęsy, spotkania” Solidarności” z papieżem, wystąpienia delegatów na zjazd „Solidarności” – jakie to wszystko odległe, z perspektywy kilkunastu dni stanu wojennego, jak piękna była ta półtoraroczna atmosfera swobody i wolności. Słuchając głosów z „Tamtego świata”, myślałam o ludziach. Niedawno przemawiali, upojeni wolnością, teraz siedzą w zamkniętych celach, może nie żyją niektórzy z nich... Chyba nie żałują tych dni. Chyba nikt, kto świadomie je przeżył nie zapomni. Ludzie internowani, upokarzani, nienawidzą jeszcze silniej, złamać można tylko niewielu. Głośniej i bardziej przejmująco słychać było melodię Gintrowskiego i Kaczmarskiego, z którą wkroczyłam w Nowy Rok:
„Wyrwij murom zęby krat / Zerwij kajdany, połam bat / a mury runą, runą, runą / i pogrzebią stary świat...”
Michał Łuczak nadal w więzieniu, Dymarski siedzi pod Gdańskiem. Ludzie wracający ze Świąt przywożą wstrząsające wieści. W Gdyni manifestanci skakali z wiaduktu, uciekając przed czołgami. W Gdańsku 17 grudnia manifestacja sięgała od Pomnika Stoczniowców do dworca. Milicja i ZOMO użyła gazów łzawiących. Tłum odrzucał petardy, z wściekłością bił zarekwirowanymi pałkami. Budy zabierały wszystkich, nawet matki pchające wózki, wchłonięte przez demonstrujących. Są podobno ofiary w „Ursusie”. Zginęło więcej górników niż tych siedmiu, których śmierć skwitowano niedawno wrednym komentarzem. Teraz obłudny Jabłoński, po dwóch tygodniach, złożył kondolencje rodzinom. We Wrocławiu milicja wpadła na Uniwersytet, pobiła profesora broniącego studentów. Nieliczne ulotki i biuletyny nawołują do biernego oporu. Co będzie dalej? Rok 1981 to uśmiercona nadzieja. Partia wskrzeszona jak Łazarz. Co będzie dalej? Datę 1981, dopisaną na Pomniku Czerwca zamalowano ordynarną farbą, postawiono wojsko z bronią na straży. Nawet dywizja wojska pod bronią nie zabroni ludziom myśleć.
Styczeń 1982
K asia łączy w sobie poczucie realizmu z nierealnością. Czeka na mrozie w kolejce po ciepłe buty pięć godzin. Gdyby nie myślenie o zesłaniu na Sybir nie stałaby nawet pół godziny, ale „tam najważniejsze jest ciepło od nóg, a więc ciepłe buty i grube wełniane skarpety. Na szczęście jest tam suchy mróz, który można przetrzymać”. Jako zootechnik zrobiła nam nawet wykład o rysiach, które atakują, skacząc na kark z drzew. „Trzeba chronić szyję przed pazurami, owijając ją jak najgrubszym, solidnym, mocnym szalem”. Sześcioletniego syna uczy strzelać z łuku bo „to cicha, skuteczna broń”. Podobne, nierealne teorie wygłaszała kilka lat temu. Wszystko się sprawdziło. Należy być przygotowanym na najgorsze, by nie przeżyć psychicznego szoku, nie załamać się i wytrwać. „Zresztą tam jeszcze najprędzej wyzwolą człowieka Chińczycy”.
S tosunek władzy do społeczeństwa uzewnętrznia się także w sposób przez władzę niezamierzony. Dziś przypadkowo włączyłam telewizor, gdzie w terenie, w jakimś Pegeerze trwała rozmowa z rolnikami. Dziennikarz siedział sam po jednej stronie długiego stołu, naprzeciw stłoczeni, spracowani rolnicy. Już na pierwszy rzut oka widać było dystans i wyższość pana redaktora. Ważność podkreślać miały: rozłożony na stole, plik akt oraz ceremonializm gestów, pewność i władczość tego dziennikarskiego urzędasa wobec pokornych i wystraszonych ludzi. Reporter nie usiłował wczuć się w ich sytuację, chociaż udawać, że jest jednym z nich. O nie! On czuł się przedstawicielem władzy, autorytatywnie stwierdzał i wymagał. Przyjechał nie po to by się czegoś dowiedzieć, lecz by znaleźć potwierdzenie gotowej, ustalonej w Warszawie tezy. Rolnicy ubrani byli zwyczajnie, dziennikarz za atrybut swojej pozycji społecznej (akta, teczka) uznał garnitur, białą koszulę i krawat. Owe dystansowanie się od rolników żałosne. Już na pierwszy rzut oka widać było, że dziennikarz oddziela się od środowiska z jakiego pochodzi. Wystarczyło spojrzeć na jego krótki, byczy kark, czerwoną, nalaną twarz, duże dłonie, krótkie ręce i kanciaste ruchy. Różnił się właściwie od chłopów tylko strojem i nie był tak spracowany. Rysy twarzy, sylwetka były identyczne – gdyby ubrać go normalnie i posadzić po drugiej stronie stołu, nie wyróżniałby się niczym.
Taki mały obrazek, a ileż refleksji budzi i o naturze ludzkiej, i o ideologii, która wszem i wobec głosi egalitaryzm, a równocześnie nie ma chyba bardziej zhierarchizowanego społeczeństwa od społeczeństwa socjalistycznego. Każdy kto wspiął się o szczebel wyżej z pogardą, wyższością i dystansem patrzy na tych co niżej. Widzi w człowieku, nie człowieka, a reprezentanta niższej grupy. Nie wypada nawet przyznać się do dawnej przynależności, chyba że jest się pisarzem nurtu chłopskiego lub działaczem, wygrywającym swe pochodzenie społeczne. Czy u nas byłoby do pomyślenia, że dostojnik jest zwykłym obywatelem, chodzi do sklepu, biega, rozmawia z dozorcą? U nas już nawet zwykły dziennikarzyna zachowuje się jak notabl i (broń Boże!) nie wsiądzie do brudnej ciężarówki, nie pogada z chłopem na polu, po kolana w błocie. Żałosne.
Dziennikarze tak bardzo boją się autentyzmu, że nawet jeżeli robotnik przed kamerami się zjawia jest to człowiek wybrany. Nie pozwala się jemu mówić własnym językiem, musi recytować slogany, napisane przez kogoś innego (bez poczucia tzw. ducha języka). Gdyby dziennikarz miał choć odrobinę słuchu zobaczyłby, że postawiony przed kamerą człowiek wyjął język własny, a włożył cudzy. Fałsz aż uszy bolą. Ale przecież w radio i telewizji nie chodzi o prawdę i autentyzm lecz o udowodnienie z góry postawionej tezy. Właściwie nawet nie o udowodnienie, bo to pojęcie zakłada przypuszczenie, że teza mogłaby być nieprawdziwa. Ona jest tak bezdyskusyjna i bezsporna, że można ją tylko ilustrować. Takich dziennikarzy potrzebuje władza.
Zapowiadana weryfikacja dziennikarzy, (odbyła się już podobno w „Kurierze”, gdzie z 60 dziennikarzy zostawiono 30), na pewno wyłoni i zostawi ludzi takich jak ów opisany pan z telewizji. Życie bowiem to największy wróg władzy, obstawiającej się murem takich gorliwców. Piszą i mówią akurat to czego władza sobie życzy. Ba, często nawet te życzenia odgadują i uprzedzają. W zamian za to spływa na nich część splendorów i okruch majestatu, jakże żałosny dla ludzi myślących. „Wolna Europa” podała informację o ulotce, sygnowanej przez ukrywającego się Bujaka.
Jutro napiszę o ludzkich reakcjach na stan wojenny. Oprócz gniewu, oburzenia, poczucia bezsiły, jest jeszcze cała gama najróżniejszych zachowań.
M iędzy oburzeniem, gniewem, porażeniem mieściły się też reakcje sporadyczne (nie tak częste jak mówi telewizja). Reagowali tak ludzie o niskiej świadomości społecznej, chociaż i wśród inteligencji nie brak było aprobaty dla władzy, aprobaty, wynikającej z potrzeby komfortu psychicznego i chęci zachowania własnych stołków.
Kobieta w średnim wieku w kolejce: „No wreszcie bez obaw mogę nosić wszystkie swoje złote pierścionki”. Jednak nie bez echa minęło straszenie przez władzę rozbojami, gwałtami i opowiadanie przed kamerami jak to „w ciągu ostatniego tygodnia zgwałcono w Polsce 25 kobiet”. Jeszcze niedawno mówienie o przestępczości i podawanie liczb było zabronione. Jaki to brak wyobraźni. Przecież ta kobieta już wkrótce za wszystko będzie płacić 300 procent więcej. Może za kilka lat, jak teraz po sąsiada przyjdą po jej dorosłe już dziecko, mające odwagę myśleć inaczej. „Jest spokój dopóki przychodzą tylko po sąsiada” – na takiej podstawie opiera się największy terror. Dlatego cieszą mnie wiadomości o ludziach zabieranych z kolejek do odśnieżania, o aresztowaniach za obecność na ulicy o 23.15, o kelnerach z „Merkurego” i „Poloneza” zagonionych do oczyszczania zlodowaciałych chodników. Im więcej upokorzonych tym gorzej dla władzy
Najbardziej boi się Włodzimierz Braniecki – dziennikarz „Głosu Wielkopolskiego”, poprzednio gorliwie piszący o odnowie. Jeszcze przedtem chwalił Gierka. Strach zmienił go nawet fizycznie, nadając lekkości temu ociężałemu mężczyźnie. Unika ludzi z „Solidarności”, a widok grupy działaczy „Solidarności” wywołuje bladość, drżenie rąk i natychmiastowe odejście, pod byle jakim pretekstem. Włodek B. nie chce, by nowa władza miała wobec jego osoby choć cień podejrzenia. Boi się władzy, boi się społeczeństwa, boi się samego siebie. Pisując felietony zamienił swój pseudonim „bran” na „okrzos”.
O losach osób, pojawiających się na kartach dziennika napiszę w zakończeniu. Tutaj tylko o dalszych dziejach Włodzimierza B. Przetrwał weryfikację, do „okrągłego stołu” udawał, że nie poznaje mnie na ulicy. Po kontraktowym Sejmie i „grubej kresce’ brylował w „Głosie Wielkopolskim” przeprowadzając wywiady z działaczami opozycji, był redakcyjnym korespondentem w Sejmie. Tak, jak kiedyś biegał do partii, tak teraz biegał do kurii ( „Ach te opłatki u biskupa”). Zachowałam wycinek z „Głosu Wielkopolskiego” z 29 września 1992 roku. Na pierwszej stronie, pod dużym zdjęciem przedstawiającym dwóch młodych mężczyzn na przyczepie traktora zamieszczono podpis jego autorstwa: „WYKOPKÓW CZAS! Nasz fotoreporter, wędrując po Wielkopolsce, w Chrzypsku Wielkim w Poznańskiem uchwycił aparatem fotograficznym widoczny tu na zdjęciu traktor z przyczepą a w niej roześmianych braci zakonnych... Pytani dokąd jadą, odkrzyknęli, że na wykopki. On z kolei zawołał; „Szczęść Boże!” (bran). Wrócił do dawnego pseudonimu i nawet jeszcze po emeryturze zamieszczano mu wywiady i recenzje.
Dla poprawienia humoru przypominałam sobie złośliwy dowcip, jaki zrobiłam branowi w stanie wojennym. Czekaliśmy wszyscy w kolejce do kasy. dziennikarze „prawomyślni” przemieszani z „urlopowanymi”. Dzień wypłaty był jedynym dniem, kiedy wpuszczano nas do gmachu, ale tylko do administracji, na pierwsze piętro. Na początku kolejki stał Włodzimierz Braniecki, ja byłam na końcu. Krzyknęłam donośnie na cały korytarz: „Włodek, kiedy oddasz mi Sołżenicyna, którego pożyczyłeś”. Postąpiłam okropnie, tym bardziej, że Sołżenicyna nie pożyczał. Mógł ze strachu dostać zawału.
Drugą panicznie bojącą się osobą był mój wuj Stefan. Pamiętam, gdy odwiedziłam jego mieszkanie na Wildzie, drzwi otworzyła mi ciotka Losia (siostra mojej babci, teściowa Stefana) „Możesz u nas mówić wszystko – powiedziała ciocia, jeszcze w drzwiach – boi się tylko wuj. Zamknął się w pokoju i się trzęsie. On ma jeszcze złudzenia, że go aresztują? Kto by przyszedł po takiego starego śrupa? A mówiłam jeszcze za Niemca, że jak Rusek przyjdzie to nam krzesło spod dupy wyciągnie. Nie przypuszczałam że takich podłych czasów doczekam”.
Ciotka jako młoda dziewczyna widziała przyjazd Paderewskiego do Poznania i Powstanie Wielkopolskie. Często mi o tym opowiadała. Komunizmu nienawidziła całe życie.
Bezsilny gniew i przygnębienie, smutek, poczucie braku perspektyw dla siebie i dla kraju. Tysiące ludzi wyrzuconych z pracy, tysiące nadal w domu czeka na weryfikację. Uczucie zagrożenia: aresztowaniem, wyrzuceniem z pracy, podwyżkami. Jak teraz będziemy żyć? Minął chyba jednak strach, paraliżujący na początku wielu ludzi. Stan wyjątkowy stał się stanem zwykłym. Odprężenie przejawia się wybuchami śmiechu, czarnym wisielczym humorem i pogardą dla tych, co zostali („oni najbardziej się boją”). U plastyków, przed Świętami oglądałam, złożone w harmonijkę pocztówki z lektorami Dziennika Telewizyjnego (najbardziej znienawidzeni kolaboranci): na pierwszej stronie Stefanowicz w mundurze, na drugiej Tumanowicz w mundurze, na trzeciej Jaruzelski w mundurze, a końcu napis czarnym tuszem; Wesołych Świąt.
Ludzie wyśmiewają absurdalność przepisów i kroki nowej władzy. Już za przysłuchiwanie się „wiadomościom, mogącym wywołać uczucie niepokoju społecznego” i nie zgłoszenie „organom”, grozi kara. Dozorcy, jak podało Polskie Radio głosem lektorki, mają obowiązek meldować o ludziach przebywających bez zameldowania. Zorganizowanie imienin i weselnego przyjęcia wymaga zgody MO. Kartki i listy przychodzą z pieczęcią „OCENZUROWANO”. Nawet taki stempel przybito na życzeniach pisanych po norwesku, jakie otrzymałam z Bergen.
Cenzura i po włączeniu telefonów podsłuchiwanie telefonicznych rozmów trwało bardzo długo. Znajomy z Zakopanego, ilekroć przyjeżdżał do Poznania zabierał od nas z piwnicy plecak pełen ziemniaków. Były wyjątkowo smaczne. „Dlaczego nie wpadłeś po ziemniaki?” napisałam pocztówkę do Zakopanego, na wiadomość, że był w Poznaniu i nie zabrał „poznańskich pyrów”. Kartka nie doszła. Chyba cenzura potraktowała to jako szyfr. Kto wozi z Poznania do Zakopanego ziemniaki? Wyobrażam sobie sztab ludzi zastanawiających się co oznaczać miały owe „ziemniaki”. Parę lat później, rozmawialiśmy przez telefon z mamą, która wyjechała do pracy do Stanów Zjednoczonych (na rozmowę czekało się kilkanaście godzin).
Co słychać? – spytała mama.
Zapchała się nam kanalizacja – zgodnie z prawdą zażartował brat.
Czy przepychaliście spiralą? Zgłoście w administracji – powiedziała mama.
W tym momencie rozmowę przerwano. Opowiadanie z kontynentu na kontynent o zapchanej kanalizacji i spirali wydało się chyba podejrzane, funkcjonariuszowi podsłuchującemu rozmowę.
W Muzeum Broni pochowano do magazynu nawet hełmy i dzidy. Kolejny przyjazd do Poznania z Chodzieży Hanki B. (za każdym razem musi załatwiać przepustkę do Poznania). Pracuje w kółkach rolniczych. Opowiadała, że w pierwszych dniach stanu wojennego, mając wątpliwości czy nie zostali zawieszeni, pojechali „do województwa”. Na długiej liście organizacji zawieszonych przez władze były m.in. Związek Ociemniałych Żołnierzy i Towarzystwo Przyjaciół Białowieży. - Jak ociemniali żołnierze mogą zagrażać ustrojowi? Przyjaciele Białowieży mogą jeszcze w lesie utworzyć partyzantkę, ale ociemniali żołnierze? Hanka z Chodzieży opowiadała, że w tamtejszej prokuraturze, cały dzień noszono worki z piaskiem. „Takie duże okna, więc mogą nas powystrzelać jak kaczki”. (n. b. połowę Chodzieży zamknięto)
Kto Was powystrzela, z jakiej broni? – pytanie kuzynki pozostało bez odpowiedzi. Podobnie jak wątpliwości tysięcy obywateli. Przed kim bronią nas czołgi, wozy pancerne, milicja i uzbrojeni po zęby żołnierze? Nawet, gdyby założyć, że tak zwani ekstremiści władzę przestraszyli, ale oni zostali internowani. Przecież zamknięto prawie wszystkie komisje zakładowe „Solidarności”, a nawet szarych członków, którzy „wykazywali skłonności przywódcze”. Przecież nadal aresztowania trwają i od milicji i wojska aż gęsto.
Dopiero teraz widać rozmiary „aparatu”. „Przecież my na nich wszystkich musimy robić!” - rozlegają się trzeźwe głosy w kolejkach. Zdenerwowani ludzie mają nadzieję, że dotrze na zachód wiadomość o paczkach z zagranicy, roznoszonych w wojskowych i milicyjnych blokach. Wszystko trzeba wystać w kolejkach. Najbardziej brakuje mi masła i kawy. Ciągle chodzę głodna.
Ludzie opowiadają o sytuacjach, w jakich zastał ich stan wojenny.
Dzinka wracała z Berlina Zachodniego. Jadąc taksówką z dworca usłyszała przemówienie Jaruzelskiego.
Hanka była na świniobiciu – o stanie wyjątkowym powiedział jej rzeźnik, oddając maszynkę do mięsa.
Stif obudził się rano na ciężkim kacu. W radio marsze, jakby żałobne; w telewizji brak programu. Pewnie umarł Breżniew, nikomu innemu by tak ponuro nie grali – pomyśłał Stif i z radości wypił pięćdziesiątkę. Tkwił w tym złudzeniu jakieś dwie godziny, zanim kolejne odtworzenie przemówienia Jaruzelskiego, nie sprowadziło go na ziemię.
Fryzjerka (chodzi do niej moja mama) rano włączyła radio i natychmiast z nerwów i strachu ubrała choinkę. Ocknęła się przy anielskich włosach.
Ludzie, odcięci od rodzin, nie mogli i nie mogą odwiedzać swoich bliskich. Nawet podróż na terenie województwa wymaga przepustki i zgody „odpowiednich organów”. Hanka jechała do domu na Święta bez przepustki. Zawsze chce być w zgodzie z prawem, ale gigantyczne kolejki po przepustkę zmusiły ją do odstąpienia od tej zasady. Pełna obaw, długo szukała miejsca w pociągu, rozglądała się, czy nie ma w pobliżu patrolu. W czasie podróży siedziała „jak na igłach’. Tuż przed Poznaniem zaczęła się ubierać ... i zmarła ze strachu. Na siedzeniu gigantycznymi literami, czarnym tuszem ktoś napisał „Jaruzelski, ty bolszewicki pachołku”. Przy moim pechu byłoby na mnie. Nie dość, że bez przepustki to na takim haśle. Siadając w strachu nie zauważyłam bez okularów. – mówi Hanka.
Myślę o swoim losie. Tak bardzo lubiłam pracę w redakcji, rozmowy z różnymi ludźmi, wędrówki po mieście. Czy wrócę? Co przeważy: docenienie zdolności czy „negatywna” działalność polityczna? Ilu ludzi odpadnie w weryfikacji? Jak będzie wyglądała praca? Przeraża mnie to wszystko. W razie czego zostaje nam emigracja wewnętrzna i pisanie do szuflady. Chyba lepsze to niż kolaboracja i traktowanie przez ludzi dziennikarza jak szpicla. Zobaczymy zresztą co będzie ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich, co z Bratkowskim. Jak będzie owa weryfikacja i przez kogo dokonywana. W razie zwolnienia poszukam nie absorbującej pracy. Pisania i czekania na lepsze czasy nie zabroni mi nikt. W podobnej sytuacji jest tysiące dziennikarzy i innych ludzi. Ja jestem w lepszej sytuacji bo nie mam męża i dzieci; i nieco gorszej bo astma po tych wszystkich przeżyciach, zamęcza mnie okropnie. Czekają nas lata serwilizmu, premiowania posłuszeństwa i głupoty. To charakterystyczny los mojego pokolenia, z którego (poza wyjątkami) wybiły się jednostki najmniej zdolne. Cmentarzysko talentów.
Z lektur
P iotr Sommer: „Jeszcze trochę wysiłku” / (...)będziemy się wszyscy dokształcać / wychodząc ze wspólnego pokoju / do ubikacji z książką / ołówkiem, zakreślać, zapamiętywać / i wracać tak, żeby jednak szef / nie widział; aż zostaniemy / jednym z najbardziej wykształconych / narodów w środkowej Europie”