Dziennikarz według Sławka Szczepaniaka to…
To jest ktoś, kto chce patrzeć na życie mądrze, uważnie, czujnie, kto słucha ludzi i pragnie w jak najwierniejszy sposób przekazać to, co widział i czuł próbując towarzyszyć ich losom oraz to, co oni czuli, myśleli i robili. Ale czasami pojawia się też chęć, żeby widzieć świat poprzez swój pryzmat, a nie poprzez innych ludzi.
W książce reporterskiej „Bigos Tropików” dużo mówisz od siebie.
Moją ulubioną formą dziennikarską był, jest i pewnie będzie reportaż, bo on jest zawsze najbliższy życiu. Natomiast jeżeli chciałem przekazać swoje poglądy, swój punkt widzenia, który odrywał się od potocznego spojrzenia, to pisałem komentarze albo felietony. Felieton pozwala bawić się językiem oraz zmusza autora, żeby nabrał dystansu do swojej powagi; tzn. nie można nawet trudnego tematu podejmować w sposób nudny i nieciekawy, czy zbyt poważny.
Chcesz, żeby czytelnik się zaśmiał?
Żeby się zaśmiał, wzruszył. Widziałem ludzi, którzy płakali przy felietonie. Kiedyś, będąc jeszcze dziennikarskim szczawikiem, jechałem tramwajem i zobaczyłem jak jakiś facet czytając gazetę nagle zaczyna się śmiać. Zajrzałem mu przez ramię i zobaczyłem, że czyta mój felieton w „Dzienniku Łódzkim”. To była dla mnie ogromna satysfakcja.
Ale bardziej lubisz reportaż, dlaczego?
Bo reportaż pozwala wyjść ku życiu, naprzeciw ludziom i ich problemom. Czasem jest wyzwaniem osobistym. Pamiętam, jak mój naczelny powiedział kiedyś do mnie: „może byś zrobił reportaż o skoczkach spadochronowych, o tym, co oni czują”. Zapisałem się na kurs, skończyłem szkolenie spadochronowe i zacząłem skakać. Dowiedziałem się, co to znaczy i jakie to uczucie, kiedy człowiek odrywa się od stopnia samolotu i z wysokości tysiąca metrów leci w dół i myśli, a dość szybko wtedy myśli, czy wybije dużą, czy małą dziurę, czy spadochron się otworzy, a potem, jak już wyląduje, to jest krzyk, radość i szczęście. Ale ja wkrótce przestałem skakać, ponieważ żona, wówczas jeszcze moja dziewczyna, tak bardzo się bała, że coś mi się stanie, że skakanie przestało być moją radością. Jeśli widzisz, że to co robisz wywołuje lęk u ukochanej osoby, to przestaje cię to bawić. Wystarczyło, że moja żona zostawała sama, kiedy wypływałem na długie miesiące w rejs; ciężko przeżyła katastrofę „Pogorii”, którą wracałem z Antarktyki. Wiedziała jednak, że kocham morze i jedynie z morzem pozwalała mi się zdradzać.
Napisałeś na temat żon marynarzy w „Bigosie Tropików”, między innymi o użyciu słowa „marynarzowe”…
Znałem to określenie „marynarzowe”, ale gdybym tam, na statku, wobec moich kolegów użył tego określenia, to bym tak dostał w pysk, że wyleciałbym za burtę, ponieważ to określenie jest nieprawdziwe i nikt tam go nie używał. Nie widziałem w życiu ludzi, którzy by otaczali większą czcią swoje rodziny. Oni mieli całe ołtarzyki ze zdjęciami dzieci, żon, itd. Byli bardzo zżyci z nimi i bez przerwy o nich opowiadali, nawet głęboką nocą potrafili dobijać się do mojej kabiny, po czym stawiali piwo i mówili: „Sławuś, moja stara pisze, że…, a mój chłopak dostał piątkę z matematyki”. Ja byłem niejako ich powiernikiem, a czasami i „spowiednikiem”. Poznałem też wtedy, czym jest strach, kiedy na statek przestają przychodzić listy, albo nikt nie odpowiada na telefon. Te rejsy to była szkoła życia i świetny materiał do reportaży.
A Ty też miałeś swój ołtarzyk?
Miałem. Byłem wtedy rok po ślubie. Jeszcze nie mieliśmy syna, ale już wtedy poczułem, czym jest tęsknota. W książce z rejsu „Pogorią” („Przygodzie na imię >>Pogoria<<”) prowadziłem reportażowe narracje i jednocześnie swój osobisty dziennik. Mogłem przekonać się, czym jest rzeczywista tęsknota, która może człowieka dobić. Już wcześniej widziałem, jak niektórzy marynarze – chłopy jak dęby – znękani rozpaczą płakali jak bobry. Kiedyś facet wychodzi na pokład z walizką, i my go pytamy „panie Heńku, co Pan robi?” A on odpowiada, że czeka na autobus, bo jedzie do domu. Czasami popada się w szaleństwo. Dlaczego? Bo żona umierała na raka, a z domu nie przychodziły żadne wiadomości.
Często mówię, że staram się pisać nie tylko głową, ale i sercem, bo to ogromnie pomaga w dotarciu do sedna opisywanych problemów. Nauczyły mnie tego reakcje czytelników, od których dostawałem listy.
Co do Ciebie pisali?
Że im się podoba, to co piszę, że tak samo myślą, itp. Nauczyłem się naciskać na guziki ich pamięci, kiedy w stanie wojennym prowadziłem wykłady, które załatwili mi koledzy z Towarzystwa Wiedzy Powszechnej. Były to spotkania po różnych klubach, w domach opieki społecznej, gdzie ludzie mieli po 70 lat i więcej. Opowiadałem o rejsach, o morzach, wielorybach, itd. Nieraz i oni włączali się w moje opowieści ze swoimi historiami; ktoś na przykład też był marynarzem, tonął, bał się umrzeć, i opowiadał, że się tego nie wstydzi. I rósł w oczach swoich słuchaczy. Nauczyłem się o życiu tak dużo dzięki reporterskiemu nawykowi wsłuchiwania się w drugiego człowieka. To mnie bardzo wzbogacało. Ale jeśli chcesz, żeby ten drugi człowiek się otworzył wobec ciebie, to sam musisz się przed nim otworzyć.
To jest Twoja metoda?
To w ogóle jest metoda. To jest prosty klucz: jeżeli wymagasz od kogoś szczerości, to musisz zaryzykować i sam być szczerym. To jest podstawa. Następnie, musisz być uczciwy w pisaniu. Na dziennikarza czyhały i czyhają różne niebezpieczeństwa. W latach 70. mój kolega mówił mi „zostaw ten temat, bo i tak nikt ci tego nie puści”, ale ja nie mogłem tego zostawić – szedłem, patrzyłem, słuchałem, pisałem, a potem… bywało, że tekst wkładałem do szuflady. Ale przynajmniej próbowałem. Później nauczyłem się innego sposobu – starsi koledzy powiedzieli mi: „jeśli nie pozwalają ci napisać >>węgiel<<, to napisz >>ten czarny kamień, co się pali w piecu>>, i to może przejdzie”.
I w ten sposób obchodziłeś cenzurę.
Tak, ale dzisiaj silniejsza od niej jest autocenzura.
Skąd ona się bierze?
Z uzależnienia od układów, jakie ma gazeta. Od nastawienia wydawcy, bo dziennikarze wiedzą, że nie skrytykują takiej a takiej firmy, czy partii, albowiem od układów z nią zależy byt samej redakcji, jej naczelnego oraz ich samych. Autocenzura jest dzisiaj gorsza niż dawniej cenzura, bo myśmy wiedzieli, gdzie są granice naszej wolności słowa, a dzisiaj…
Ale dzisiaj masz tę wolność, że sam możesz sobie narzucać ograniczenia, autocenzurę. To ty o tym decydujesz, a wtedy ktoś inny, cenzor, decydował za ciebie, co ci było wolno napisać a czego nie.
Mnie chodzi o to, że granice autocenzury, oportunistycznej rezygnacji z podejmowania niektórych „ryzykownych” tematów poszerzyły się, mimo wspomnianej wolności, bo ja wiedziałem, że nie mogę nic napisać np. o Katyniu, ale…
Albo nic złego napisać o partii.
Raz napisałem. To było w latach 70. Mój naczelny wysłał mnie na plenum Komitetu PZPR w Łodzi. Wcześniej powtarzał mi, że dziennikarz ma żyć prawdą i tylko prawdą, bo inaczej to się tak zapętli, że nie będzie wiedział, w którą stronę iść. I ja postępowałem według jego wskazówek. Napisałem, że I sekretarz wykazał się całkowitym niezrozumieniem problemów poruszanych w czasie zebrania. Oddałem to sprawozdanie, chcę iść do domu, i nagle słyszę krzyk: „Szczepaniak do naczelnego!” – „Coś ty napisał?” – pyta mnie. Ja odpowiadam: „prawdę”. A on na to: „ja go chyba zabiję!”. Oddaje mój materiał sekretarzowi redakcji i mówi: „Jurek napisz to tak, żeby to można było jutro puścić”. Nachyla się do mnie i pyta: „synu, chcesz pracować jeszcze w Dzienniku?” – Zbladłem, mówię: „no chcę panie redaktorze”, a on nachyla się jeszcze bardziej i mówi „no i ja też”. I na tym się rozstaliśmy. Wtedy zrozumiałem na jakim wózku jedziemy.
Powiedz mi, jak można było wtedy, mimo tych wszystkich nacisków, mimo cenzury, zachować twarz? Jak można było być przyzwoitym?
W prosty sposób. Czy mam powyrywane paznokcie? Czy ktoś mógł mnie do czegoś zmusić? Na szczęście nikt nigdy nie zaproponował mi czegoś, co by budziło we mnie wstręt. Dostawałem lub wybierałem tematy, których podjęcia nie muszę się wstydzić. Nie popełniłem żadnej podłości. Mogłem np. pisać o problemach nauczycieli tak, jak chciałem, znając oczywiście ówczesne cenzuralne granice. Kiedy napisałem o niskich zarobkach kierowców, to powiedzieli, że napisałem o nich prawdę. Starałem się opisywać życie takim, jakim wówczas było… Takich starań nikt mi nie mógł zabronić. Mogły być podejmowane na próżno, ale ważne aby były.
W jakich formach dziennikarskich najpełniej się realizowałeś?
W reportażach podróżniczych, wcześniej społecznych. Tych reportaży było bardzo dużo. Potem, kiedy okazało się że mogę połączyć moją miłość do morza i reportaży, wszyscy byli zadowoleni. Redakcja miała korespondencje własne z Nowego Jorku, z Sudanu, z Bermudów, z Jemenu, z Arabii Saudyjskiej, czy z Antarktydy… a ja miałem swoje przygody, żagle i ukochane morze.
Mieli materiały, choć nie opłacali kosztów podróży.
Tak, jedynie moja żona dostawała moją średnią płacę. Ja byłem w swoim żywiole, bo żeglowałem, obserwowałem świat, ludzi i pisałem później o tym książki.
W swoich reportażach opisujesz historie, które mogły skończyć się dla Ciebie tragicznie, tak jak ta w Adenie, gdzie przed niechybnym napadem wyratowały Cię dzieci, z którymi zacząłeś grać w piłkę. Bałeś się wtedy o swoje życie?
Przede wszystkim zagłębiałem się w tamte uliczki z wielkiej reporterskiej ciekawości. Poza tym myślałem naiwnie, że jeżeli nie jesteś zły, to dlaczego ktoś miałby cię skrzywdzić? Czasami jednak zapalało się czerwone światełko. Młodym ludziom często powtarzałem: nie wstydźcie się strachu, bo to jest sygnał, że musisz uważać, że musisz coś zrobić. Lepiej i mądrzej. Kiedy zacząłem się zastanawiać jak dużo było takich przypadków w moim życiu, a naliczyłem ich co najmniej dziesięć, to pomyślałem, że warto napisać o tym książkę. Mam już roboczy tytuł: „Reporter i kostucha”. Przymierzam się też do wydania książki o łódzkiej nauczycielce „Maria, córka Weroniki”; posłałem ją do Gdyni do wydawnictwa, zgodzili się ją wydać, ale przy moim współfinansowaniu. A skąd ja na to wezmę pieniądze?
Zdarza się przecież, że osoby fizyczne lub instytucje obejmują mecenatem i subsydiują książki, że wspomnę ostatnią Twoją publikację o pierwszym prezydencie niepodległej Łodzi Aleksym Rżewskim – „Człowiek z epoki więzień”.
Wydawcą tej książki jest Narodowe Centrum Kultury. Wydało ją na swój koszt. Książka leżała przez 2 lata w Urzędzie Miasta Łodzi. Naczelny pisma „Piotrkowska 104” Arkadiusz Grzegorczyk powiedział, że ją wyda, ale przez 2 lata nie mógł uzyskać koniecznego grantu. W końcu ją zabrałem, przejrzał ją szef NCK Krzysztof Dudek, podjął decyzję druku, ale to co przeżyłem w trakcie zbierania materiałów do tej książki było niesamowite. Dowiedziałem się np., że w czasie rewolucji 1905 roku na ul. Nawrot w Łodzi w każdej bramie leżały stosy trupów. Dowiedziałem się też, że Rosjanie uważali, że mówimy „w psim języku”, że nie wolno było używać polskiego w szkołach, a na grobie ojca pomodlić się głośno po polsku, bo dostawało się w twarz, albo nahajem przez plecy. A dziś się mówi o dialogu czterech kultur…
Jak myślisz, jaki to był dialog?
To był dialog polskich pleców z kozacką nahajką. Dialog trzeba budować teraz, ale nie wolno zakłamywać sytuacji, że wtedy było wszystko cacy i fajnie. Ile rubli musiał dać i w czyją rękę polski inżynier, żeby dostać posadę majstra? Nie ma co szczuć na Rosjan, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że było ciężko, że Rosjanie byli różni, a teraz z tą świadomością można i trzeba budować dialog.
Dlaczego zafascynowała Cię postać prezydenta Rżewskiego? Utożsamiasz się z nim?
Studiowałem kiedyś historię, by porzucić ją dla polonistyki. Pewnego razu wszedłem do księgarni swojego przyjaciela i zobaczyłem na półce pożółkłą książeczkę o walce z zaborcami. Przeczytałem o łódzkim robotniku Rżewskim, który był samoukiem, bojowcem PPS, znał trzy języki, był twardym facetem i jak trzeba było to umiał przydzwonić w ucho. A ja nic o nim nie wiedziałem! Postanowiłem więc przybliżyć go Łodzianom, którzy jeszcze niedawno nie mieli pojęcia o pierwszym prezydencie Łodzi po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. To był człowiek, który walczył z Rosjanami w 1905, a później uciekł im z niewoli na Syberii.
Od czego zacząłeś pracę nad tą książką?
Od zebrania artykułów i wspomnień, które Rżewski sam napisał. Potem kompletowałem materiały wytworzone przez współczesnych mu ludzi, którzy o nim pisali. Wreszcie, przeglądałem prace historyków, by poznać otoczkę tamtych wydarzeń z początku XX wieku i okresu między wojnami. Wszystko, co napisałem, opiera się na faktach.
Co Cię najbardziej zafascynowało w tej historycznej postaci?
Niezłomność w realizacji życiowego celu jakim była walka o niepodległość Polski. Wiara w jej odzyskanie mimo tylu przeszkód. Hart ducha, odwaga, siła i pasja z jaką szedł przez życie. Otwartość spojrzenia na potrzeby i poglądy innych. Gotowość do poświęceń na ich rzecz, umiejętność podźwignięcia się po porażkach…
Czy Twoja książka jest bardziej biografią czy opowieścią, a może reportażem historycznym?
To nie jest typowa biografia. To po prostu opowieść o wspaniałym człowieku, Łodzianinie, Polaku. Chciałem go przedstawić na tle czasów, w których żył, z obszernym zaakcentowaniem wydarzeń historycznych.
Angażujesz się w jego historię, sprzyjasz mu, pozytywnie oceniasz jego działalność.
Bo sam chciałbym postępować tak ja on. To był twardy PPS-owiec.
Dlaczego nie był wspominany po 1945 roku?
Bo był niewygodny, bo miał antyrosyjską, choć antycarską przeszłość.
Miał córkę…
Odwiedziłem ją, kiedy miała już 90 lat. Po mężu Mirosława Juljańska. Kiedy ukazała się książka o jej ojcu, pojechałem do niej, żeby o tym porozmawiać. Drzwi otworzyła mi starsza pani. Okazała się cudowną, żywotną kobietą, o wspaniałym duchu. Objęła mnie i powiedziała: „kochanieńki, nikt o moim ojcu takiej książki nie napisał i już nie napisze”. I to było wszystko, czego potrzebowałem, aby uwierzyć że warto było przypomnieć kim był i jak działał „Przebój”, bo takiego pseudonimu używał Rżewski w czasie swojej walki „z trójzaborcami”…
Czy to jest Twoja najważniejsza książka, książka życia?
Jak sobie tak powiesz, to się lękasz, że co, że już lepszej nie będzie? Umówmy się, że to na razie jest moja książka życia. Chodzi mi jeszcze po głowie parę pomysłów.
Kto jest dla Ciebie wzorem i mistrzem?
Faulkner, London, Żeromski, Sienkiewicz, Dąbrowska, Mackiewicz, Rymkiewicz, Nowakowski. Z poetów Słowacki, Wierzyński, Lechoń, Świrszczyńska, Herbert, Bryll…Och, jest ich wielu.
A Wańkowicz?
Miałem szczęście zrobić z nim wywiad, a na jego książkach uczyłem się sztuki reportażu. Tak, Wańkowicz to mój „mistrz”, m.in. ze względu na sposób opowiadania. Ale Gustaw Romanowski – red. naczelny „Kroniki miasta Łodzi” – napisał w recenzji jednej z moich książek, że ja tak piszę, jakbym kochał wszystkich ludzi, podobnie jak Makuszyński. To mnie bardzo ucieszyło, bo darzę wielką sympatią autora „Pereł i wieprzy”. Sam także napisałem wiele recenzji, i zapytano mnie kiedyś, dlaczego one są zawsze pochwalne. Dlaczego nie piszę o złych książkach? Odpowiedziałem, że tak rzadko piszę recenzje, że szkoda mi miejsca na pisanie o złych książkach; muszę rekomendować te dobre, a nie omawiać jakieś literackie gnioty.
Jesteś dziennikarzem – tylko proszę, nie zrozum mnie źle – starej daty. Mówisz o Wańkowiczu, o pisarzach, którzy mieli zupełnie inny warsztat dziennikarski niż ten, który dominuje dzisiaj. Pewnie wkurza Cię to wszystko, co jest dookoła?
Mówię często, że lepiej być optymistą niż pesymistą. Jestem człowiekiem wierzącym. Nie formułuję opinii o Panu Bogu, po prostu Mu ufam, nie zadaję mu pytań, bo co ja mógłbym zrozumieć, gdyby się do mnie odezwał. Wolę być człowiekiem, który w coś wierzy niż odbierać sobie samemu nadzieję. To nie musi być głupie i naiwne, bo mnie to daje siły. Wiesz, przez lata nazywano mnie w redakcji „naiwnym harcerzem”, ale wolę być kimś takim niż tępym, łaszącym się do „władzy” sukins…
A kiedy patrzysz na współczesne dziennikarstwo, to jest w Tobie optymizm? Jest w Tobie ta nadzieja, że ono zmierza w dobrą stronę?
Wańkowicz by powiedział, że to jest chciejstwo. Może i chwalebne, ale czy uzasadnione? Zamiast nadziei mam w sobie gorycz i smutek. Uważam, że w ciągu ostatnich, powiedzmy 10, lat zobaczyłem nowe oblicze dziennikarstwa. Zobaczyłem w redakcjach ludzi pracujących jak mrówki, czy może jak maszyny. Oczywiście nie powiem nic złego o tych wszystkich zwykłych dziennikarzach, którzy codziennie walą głową w mur, którzy wiedzą, że nie podskoczą powyżej czterech liter, mają rodzinę na utrzymaniu i muszą słuchać szefa, a szef słucha wydawcy, a wydawca polityków, itd., tylko myślę o pseudo-dziennikarzach głównego nurtu, którzy mają gęby pełne sloganów i którzy próbują urobić innych, żeby myśleli tak jak oni.
Nadziei trzeba szukać w nowych ruchach, ale mamy także do czynienia z procesami degeneracji dziennikarstwa. Nigdy dotąd środowisko dziennikarskie nie trzymało się władzy, tak jak teraz.
Ale, czyż nie jest tak, że duża część środowiska dziennikarskiego (choć oczywiście nie wszyscy) trzyma się za poły partii politycznych, niezależnie czy z lewa, czy z prawa, czy z centrum?
Moim zdaniem, 90 procent trzyma się aktualnie rządzącej partii PO.
Bo ona jest akurat u władzy.
Ale przy poprzednim rządzie, jakie były ataki na PiS! Przedtem był PiS atakowany i teraz też jest atakowany.
Ale przez innych dziennikarzy PiS wtedy był, i teraz jest, broniony. Te sympatie są raczej stałe.
Ja rozmawiam z ludźmi i wiem, co oni czują i jak oceniają obecną sytuację, a oceniają źle. Ja im na przykład mówię, że mogą sobie dziś kupić „w Sieci”, „Do Rzeczy”, „Gościa Niedzielnego”, itd. Ale oni mówią, że nic specjalnego z tego nie wynika, że trzeba dużo głębszych zmian.
Mamy demokrację i możemy wybierać wedle własnych upodobań.
Jaką demokrację? To raczej szczególny układ polityczno-biznesowy zmierzający w ostatnich latach w bardzo niepokojącym kierunku. Ciągle nie możemy przeprowadzić lustracji środowiska naukowego, prawniczego…
Ale SDP lustruje swoje władze.
To bardzo dobrze. Ja sam zwróciłem się do IPN w 2001 roku o odtajnienie danych z mojej teczki. Okazało się, że donosiło na mnie czterech dziennikarzy, w tym dwóch z mojej redakcji. Ja się im zwierzałem, a jeden z nich to nawet zakładał u nas dziennikarską „Solidarność”. Niedawno, po moim jubileuszowym spotkaniu w Bibliotece im. Piłsudskiego w Łodzi, zadzwonił do mnie kolega, żeby mnie poinformować, że na sali zobaczył znanego mi literata i jednocześnie byłego tajnego współpracownika SB. O podobnym zajęciu innego bliskiego kolegi redakcyjnego także dowiedziałem się niedawno. I o tym, że obecnie zajmuje odpowiedzialne stanowisko w ważnej instytucji państwowej. Nie rozliczyliśmy się z przeszłością.
A jak wygląda Twoje rozliczenie? Gdybyś mógł się cofnąć w czasie, to czego byś nie zrobił?
Na pewno nie dałbym się przekonać nieżyjącemu już Jurkowi Katarasińskiemu do wstąpienia do partii. On mnie przekonywał, że musimy coś zrobić, bo jeżeli my nic nie zrobimy, to kto? Mieliśmy drążyć system od środka. Po czym okazało się to fikcją, to nic nie dało. Byłem jedynym dziennikarzem „Dziennika Łódzkiego”, który na wiele miesięcy przed stanem wojennym oddał partyjną legitymację, ale szefostwo zataiło to w redakcji, a pewnie i w komitecie… Kto wie, może chcieli mi oszczędzić konsekwencji tego kroku?
Po 89-tym, a konkretnie w 1991 roku zostałeś redaktorem naczelnym „DŁ”, w którym pracowałeś już wtedy przez ponad 20 lat. Jednak szybko podałeś się do dymisji. Dlaczego?
Kiedy zaproponowano mi stanowisko redaktora naczelnego to pomyślałem sobie, że jest szansa, by wychować młodych dziennikarzy. Okazało się, że mogę mieć różne pomysły, ale właściciel, którego reprezentował pan Pieńkowski ma inne. Nie wytrzymałem, gdyż nie chciałem zgodzić się na sposób, w jaki traktowano tam ludzi. Odszedłem po 8 miesiącach, w październiku 92, kiedy Janusz Pieńkowski powiedział do mnie: „pan mi tu zwolni z dziesięciu, trzynastu, bo tu jest was za dużo”. A ja mu na to: „co to znaczy, pan mi tu zwolni, co to są – krzesła? Rozumiem, że otrzymał pan polecenie zwolnienia, ale musimy się przyjrzeć każdemu, jak pracuje, czy ma żonę na utrzymaniu, itd. Tak nie można postępować”, a on na to: „panie Sławku, z panem to się nie da pracować”. I wtedy złożyłem rezygnację. Prezesowi wyraźnie ulżyło. Kazał mi poczekać, wyszedł na 10 minut do pokoju obok, gdzieś dzwonił, a gdy wrócił powiedział: „ale pan się z tego nie wycofa?” To była tak obraźliwa sugestia, że myślałem wtedy, iż dam mu w gębę. Wyszedłem bez pożegnania. Dwa dni później już był nowy, przywieziony w teczce, naczelny z Katowic. Kiedy przyszedłem, aby zabrać swoje rzeczy, siedział za moim biurkiem.
Byłeś załamany?
Przede wszystkim byłem znów bezrobotny. Tym razem na własne życzenie, ale mam dwie dewizy, którymi się kieruję: „patrz w przód” i „rozpaczać, to jest zło przydawać do zła” – i z tymi dewizami można sobie jakoś w życiu poradzić.
Warto było wybrać dziennikarstwo jako to zajęcie, które określiło Twoje życie?
Warto. Bo dziennikarstwo to jest to, w czym mogę być każdym. I z każdym. Mogę dowiedzieć się, co czuje lekarz, co czuje chłop na roli, któremu odpadają paluchy od grzebania w ziemi. Tyle ról mogłem w życiu odegrać, tyle miejsc odwiedzić, tylu ludzi poznać tylko dzięki temu, że byłem – i jestem! – dziennikarzem. To jest dar, który otrzymałem od życia.
Rozmowa odbyła się w Łodzi w maju 2014 roku
