Śni się Panu 20 lutego, najbardziej krwawy dzień na kijowskim Majdanie? Wkrótce miną trzy miesiące.

Miałem takie obawy, jak wracałem z Majdanu do Polski, ale nie przyśnił mi się ani razu.

Żadnych nocnych lęków?

Zupełnie.

Spodziewał się Pan, idąc na Majdan, że będą rzucać kamieniami, koktajlami Mołotowa, strzelać z gumowych kul. Tymczasem świstały prawdziwe kule z kałasznikowów. Zginęło 70 osób.

Poczułem ogromną dawkę adrenaliny, którą w normalnych warunkach, kiedy jest pokój, zrozumieć mogą tylko sportowcy ekstremalni. Skrajne sytuacje wyzwalają stan amoku, podwyższonej percepcji, czujności. Mam wrażenie, że moja psychika to wyparła i wspominając te wydarzenia czuję, jakbym oglądał film.

Nie miał Pan czasu na refleksję, zastanowienie się nad tym, co dzieje się wokół?

W centrum wydarzeń nie. Kiedy w powietrzu latały kule nie miałem czasu na refleksję. Robiłem swoje, jakbym miał klapki na oczach. Zaduma przyszła dopiero w hotelu, też na Majdanie, ale w bezpiecznej strefie, podczas pierwszej selekcji zdjęć.

Modlił się Pan?

Modlitwa wewnętrzna była, ale nie o siebie, nie o moje bezpieczeństwo, aby mi się nic nie stało, tylko o tych ludzi. Kiedy zobaczyłem kolejnego zabitego człowieka, a było ich wokół mnie wielu, zmawiałem za niego „Wieczny odpoczynek” i dalej robiłem zdjęcia, bo taki był mój obowiązek.

Napisał Pan 20 lutego na Twitterze: „koło mnie zginął człowiek w hełmie, mam jego mózg na butach, widziałem trupy w kamizelkach. Strzelają z kałasznikowów”. Nie czuł Pan strachu?

To było dla mnie tak abstrakcyjne, że nie wiem, co wtedy myślałem. Nie było lęku. Ale im więcej czasu upływa od tego dnia, tym trudniej mi o tym opowiadać. Moja głowa to już niemal wyparła. Mam coraz mniejsze poczucie, że to przeżyłem.

Zdjęcie Roku Grand Press Photo  i zarazem zdjęcie dekady pokazuje martwego mężczyznę w jasnym swetrze. Obok klęczy inny i płacze. Leży dziurawy hełm. Ten, który zginął, biegł nieuzbrojony na barykadę, chciał rzucić oponę. Kula snajpera przeszyła na wylot i hełm, i głowę.

Nie myślałem, czy będzie to dobre zdjęcie. Fotografuję po prostu to, co jest ważne. Fotoreporter ma odruchy, jak karateka, który ćwiczy od lat. Ten drugi w walce zadaje ciosy, o których nawet nie myśli. Kadrowanie jest już u mnie, jak u każdego innego fotoreportera, odruchowe.

Z perspektywy czasu: które z nagrodzonych zdjęć jest Panu najbliższe?

Najbliższy jest mi wyróżniony fotoreportaż. Z pojedynczych fotografii: chłopak leżący w otwartej trumnie. Dla mnie jest to najmocniejsze zdjęcie, bo na twarzy chłopaka jest spokój, a żyjący ludzie, tłum, wyrażają wielkie emocje. Ktoś silnie zaciska na trumnie dłoń. Jest tam jakby połączenie dwóch światów.

Nie czuje się Pan fotoreporterem wojennym. Czy nie korci Pana jednak, aby wyjechać na wojnę? Nie przyciąga adrenalina, którą pan poczuł na kijowskim Majdanie?

Trochę tak. Ale musiałbym mieć stosunek emocjonalny do ludzi, którzy walczą. Gdyby znowu mordowano chrześcijan, jak to było ostatnio w Republice Środkowej Afryki, to chciałbym tam być. Tuż po Ukrainie miałem zamiar tam jechać, ale na szczęście uspokoiło się, konflikt wygasł. Musiałbym czuć sens poświęcenia się. Fotoreporter na wojnie poświęca jednak kawałek duszy i czystość swoich myśli. Dlatego to ryzyko musi mieć sens. Do Iraku czy Syrii bez polecenia służbowego nie pojechałbym.

Ma Pan poczucie misji.

Tak, chciałbym, żeby to było „po coś”. Gdyby to miało głębszy sens, myślę, że może opatrzność spojrzałaby na mnie przychylnym okiem. Czuwałaby, aby mi się nic nie stało.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl