Dlaczego Andrzej Walczak odezwał się do was z propozycją spotkania? Wysyłaliście wcześniej do niego jakieś sygnały w tej sprawie?
W poniedziałek na Facebooku umieściłem informacje, że „Komitet Konkursowy Kraków 2022 to piękna <<rodzinna>> firma”. Po 3-4 minutach odezwał się Andrzej Walczak stwierdzając: „Śmieszny jesteś dzieciaku, prowokuj”. Ja odpisałem: ”Nie rozumiem o co chodzi”. Na co on: „Naprawdę?”. Ja znowu „Nie rozumiem o co chodzi”, a on „Prowokuje Pan i Pan o tym zajadle wie”. Wymieniliśmy jeszcze kilka zdań zakończonych propozycją spotkania w siedzibie Komitetu Konkursowego przy ul. Grunwaldzkiej w Krakowie.
To co nastąpiło później opisał Pan w swoim tekście na Lovekrakow.pl, ale skąd pomysł, żeby na spotkanie udać się z ukrytym magnetofonem. Skąd te podejrzenia, że padną nielegalne lub nieetyczne propozycje?
Krakowscy politycy z prawa i lewa oraz urzędnicy mówili, że posłanka Jagna Marczułajtis – Walczak chciała zatrudnić w Komitecie Konkursowym Kraków 2022 swojego męża, i że pomimo niezatrudnienia Andrzej Walczak odgrywa jednak w tym Komitecie ważną rolę. Próbowałem rozmawiać na ten temat z panią posłanką. Ona zdecydowanie utrzymywała, że jej mąż nic w Komitecie nie robi, ale do mnie ciągle docierały informacje, że to nie jest prawda.
Rozumiem, że na początku spodziewał się Pan możliwości udowodnienia, że osoby oficjalnie nie pracujące w Komitecie, a jedynie powiązane rodzinie występują w jego imieniu. Czy tak?
Tak. W nieoficjalnych rozmowach z politykami i urzędnikami miałem potwierdzenie tego faktu, ale nie miałem żadnej oficjalnej wypowiedzi, ani twardego dowodu.
A czy spodziewał się Pan, że w ślad za tym otrzyma Pan propozycje napisania za pieniądze lobbystycznych tekstów przychylnych organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich?
Nie. Nie spodziewałem się tego. Miałem jedynie nadzieję udowodnienia, że Andrzej Walczak jest szarą eminencją Komitetu i to się potwierdziło. Później, już w trakcie rozmowy z Walczakiem stwierdziłem, że Komitet Konkursowy powinien naprawić swoje relacje z dziennikarzami udostępniając pełne dane na temat tego ile Igrzyska mają kosztować, bo tego nie wiadomo. Na to Andrzej Walczak opowiedział, że dzień wcześniej był w siedzibie Komitetu. Rozmawiał tam z dyr. Dylągiem i jednym z pracowników i dał im zalecenia…
… to opisał Pan w tekście, ale brakuje mi w tym artykule pytania do Walczaka na jakiej zasadzie reprezentuje on Komitet, którego szefowa jest jego żona, a on tam nawet nie pracuje? Czy on się z tego tłumaczył?
Nie. Nie tłumaczył się. Ja też nie pytałem, bo obawiałem się, że to uniemożliwi mi zebranie oczekiwanych dowodów. Dostałem natomiast propozycję współpracy z Komitetem, pisania pozytywnych w wydźwięku tekstów i publikowania ich u siebie na lovekrakow.pl oraz na stronach Komitetu, a także współtworzenia ulotki, gazetki i obsługi social mediów.
A owe 15 tys. zł za przychylne teksty to kto miał zapłacić? Walczak czy Komitet Konkursowy 2012?
Komitet Konkursowy. Pozostawała kwestia jak to zrobić formalnie. Zaproponowałem umowę zlecenie co zostało przyjęte i dalej w sprawach księgowych miał się ze mną kontaktować już ktoś z Komitetu.
Nie ukrywam, że ten wątek ukrytego lobbingu w mediach szczególnie mnie interesuje. Pisze Pan, że Walczak „wspominał o rozmowie, którą posłanka miała przeprowadzić z właścicielem „Rzeczpospolitej” Grzegorzem Hajdarowiczem. Wydawca ogólnopolskiej gazety miał nie zgodzić się na ustawianie tekstów”…
…Andrzej Walczak chciał w pierwszej kolejności wykupić reklamy w gazetach i tygodnikach tworzące pozytywny wizerunek wokół idei ZIO w Krakowie.
Reklamy czy teksty sponsorowane?
Reklamy i teksty sponsorowane wprowadzane. Podzielił się z nami pomysłem jak to zrobić w Dzienniku Polskim i Gazecie Krakowskiej. Miał zarezerwować miejsce i dopiero dzień przed publikacją Komitet miał dostarczyć do druku materiały na chwilę przed złożeniem gazety, żeby redakcje nie zablokowały publikacji. Nie wiem dlaczego Walczak obawiał się zablokowania tych materiałów.
Pisze Pan też: „Walczak chciał, abyśmy napisali teksty do publikacji na LoveKraków.pl (o tym już mówiliśmy), naTemat oraz Onet.pl. Wymieniał nawet tytuły, jakimi powinny być opatrzone teksty.” Czy to znaczy, że sugerował, iż sprawa ich publikacji jest jakoś uzgodniona już z tymi wydawcami?
Nie. Mój portal miał umowę z Onetem, na podstawie której sprzedawaliśmy Onetowi gotowe artykuły z naszym logo. Ja publikowałem też chyba trzy tekstu na natemat.pl. Andrzej Walczak myślał, że mam na tyle siły sprawczej, by w obu tych portalach te oczekiwane teksty zamieścić.
Czyli Onet.pl i natemat.pl miały być właściwie wykorzystane bez swojej wiedzy, przy pomocy kupionego dziennikarza w Pana osobie?
Tak. Miałem tam umieszczać treści nie informując naczelnych tych portali o kulisach sprawy.
Pisze też Pan: „Andrzej Walczak podczas spotkania wspominał jeszcze o współpracy z blogerami. Jako przykład osoby, z którą można się porozumieć, podał Kominka (znanego blogera).” To poważnie sugerujące, że do takiego porozumienia już lub prawie już doszło. Jest Pan pewien, że to prawda?
Od razu wyjaśniam i prostuje. Dokładnie to Walczak chciał się udać do Kominka. Ja mu na to powiedziałem, że to chyba bardzo drogi interes. On na to „eeee tam” sugerując, że przynajmniej na razie tym się nie przejmuje. Zapytałem czy już się z jakimiś blogerami kontaktował, a on odparł, że jeszcze nie i dopiero ma zamiar to zrobić.
Czy przed pierwszym i kolejnymi spotkaniami konsultował się Pan z prawnikiem?
Nie kontaktowaliśmy się. Na pierwsze spotkanie nie zabrałem nawet żadnego świadka, a jedynie dyktafon. Na drugie spotkanie, na którym miałem już konkretnie rozmawiać na temat wynagrodzenia był obecny świadek. Wcześniej moje plany były omówione na posiedzeniu zarządu naszej spółki, żeby firma miała pełną wiedzę na temat prowadzonej prowokacji dziennikarskiej. Dysponujemy dokładnym zapisem korespondencji via Internet oraz zapisami rozmów z Andrzej Walczakiem i Rafałem Dylągiem czyli dyr. Biura Komitetu Konkursowego. Nagrania udostępniłem innym dziennikarzom, w tym Informacyjnej Agencji Radiowej, jednak chyba nie będą wykorzystane antenowo ze względu na niską jakość techniczna. Ich zawartość została jednak spisana i to przez dziennikarzy z innych redakcji.
W sowim oświadczeniu Jagna Marczułajtis stwierdza, że to Pan zaproponował pozytywne pisanie o ZIO za pieniądze i prosił o utrzymanie sprawy w tajemnicy. Co Pan na to?
Rzeczywiście na drugim spotkaniu prosiłem o utrzymanie w tajemnicy mojej przyszłej pracy dla Komitetu. Zrobiłem to w ramach uwiarygodniania naszej prowokacji. Natomiast zdecydowanie zaprzeczam, że to ja pierwszy wysunąłem propozycje pisania pozytywnych tekstów, uprawiania tajnego lobbingu na łamach mediów za wynagrodzeniem. Jeszcze raz powtarzam. Taka propozycja została złożona przez Andrzeja Walczaka.
A czemu przed publikacją powiadomił Pan szefa ABW płk. Dariusza Łuczaka skoro w oświadczeniu redakcyjnym pisze Pan: „Celem naszej prowokacji nie było wskazanie na próbę popełnienia czynu zabronionego (ani samego popełnienia).?
Pieniądze na działalność Komitetu Konkursowego dają samorządy, ale też i ministerstwo sportu. Uznaliśmy więc, że praktyki uprawiane w Komitecie powinna zbadać też ABW, by dowiedzieć się czy nie dochodzi tam do jeszcze innych nieprawidłowości, o których my nie mamy nawet pojęcia.
Wasza publikacja uderza przede wszystkim w Platformę Obywatelską. Na Twitterze natychmiast wyciągnięto, że był Pan członkiem Rady Krajowej PO. Nie obawia się Pan oskarżeń, że Pana tekst to jakaś forma zemsty?
Nie. Z PO nie współpracuje już od trzech lat. Ta współpraca to był błąd młodości. Wstąpiłem do PO mając 18 lat i rzeczywiście szybko awansowałem. Jednak po założeniu lovekrakow.pl odszedłem z partii. Chciałbym tu zaznaczyć, że moje teksty spotykają się zainteresowaniem polityków bardzo różnych ugrupowań politycznych. Dziś czekam właśnie na wynik posiedzenia jury przyznającej nagrodę dla młodych, obiecujących krakowskich dziennikarzy, do której jestem nominowany. To chyba najlepsze świadectwo mojego obiektywizmu.
Po Pańskim tekście PiS zapowiedział złożenie wniosków do NIK oraz CBA. Czy tego Pan chce czy nie staje się Pan narzędziem w rozgrywce politycznej przed czekającą nas serią wyborów?
Zdaję sobie z tego sprawę. Dziś nawet mamy w Krakowie całą serię partyjnych konferencji prasowych począwszy od Ruchu Palikowa do PiS związanych z ujawnionymi przez nas faktami. No cóż. Zadaniem dziennikarzy jest ujawnianie nagannych faktów ze sfery publicznej, a jak to zostanie potem wykorzystane przez polityków? Na to nie mamy już wpływu.
