Tęskni Pani za peerelem?

Nie. Zdecydowanie nie. Ale przydałaby się w Polsce rzetelna debata nad PRL-em, bo tam tkwią korzenie dzisiejszych postaw. Gdyby PRL w miarę obiektywnie ocenić, spokojniej byśmy żyli. Nie podoba mi się lansowana wizja, że po okupacji niemieckiej była sowiecka.

A nie?

To jest absolutnie nieprawda. Wychowałam się w PRL w przeciętnej rodzinie, gdzie słuchało się „Wolnej Europy”. W szkole podstawowej ojciec dał mi do przeczytania opowiadanie „Jeden dzień Iwana Denisowicza”.

Sołżenicyna.

Opublikowała je „Polityka”. Nie bardzo je rozumiałam, choć nie miałam – i nie mam - sentymentu do ówczesnej praktyki politycznej. Polska była krajem ograniczonej, ale jednak suwerenności. To samo państwo wychowało „Solidarność”.

Dlaczego zdecydowała się Pani we wrześniu ubiegłego roku na wywiad z Albinem Siwakiem, betonem z Biura Politycznego KC PZPR? Wrogiem „Solidarności”, moczarowcem i antysyjonistą. Po co przywracać go pamięci zbiorowej?

W PRL-u oglądałyśmy z przyjaciółką w telewizji wystąpienie Siwaka. Nabijałyśmy się z niego, a potem wypiłyśmy zbyt wiele francuskiego koniaku, co się źle dla nas skończyło. Przez lata ten koniak kojarzył nam się z Albinem Siwakiem. Kilka miesięcy temu czytelnik „Gazety Olsztyńskiej” zadzwonił do mnie i podrzucił wspomnienia Siwaka z dzieciństwa na Warmii i Mazurach.

„Historie niewiarygodnie prawdziwe z zakątka Warmii”?

Tak. Pomyślałam, że żyjemy wolnym kraju i po prostu dziennikarz powinien rozmawiać z każdym. Dlaczego nie z nim? To był impuls.

Czym innym jest jednak przywrócenie pamięci bolesnych wydarzeń na Mazurach przez Wojciecha Smażowskiego w wybitnym filmie „Róża”, czym innym pseudotwórczość byłego murarza Albina Siwaka.

Siwak ma ciekawy życiorys. Jest dla mnie przykładem wyrwania za włosy z zapadłej prowincji i zrobienia kariery.

Ale jakiej? Komunistycznego politruka.

Wielokrotnie z Siwakiem się nie zgadzam. Z jego antysemityzmem i teorią spiskową. Ale jest to typ narracji ludzi, którzy osiedli na Mazurach w 1945 roku, przeżyli wojnę i zaczęli od nowa budować historię. Mój dziadek przyjechał tu z Suwałk na rowerze i został leśnikiem.

W Pani wywiadzie Siwak mówi: „ludzie łakną prawdy”. Jaką prawdę ma do przekazania murarz, który całe życie kłamał?

Kłamał. Ale dlaczego mamy ludzi skreślać albo wkładać do trumien za życia? Innym razem robiłam wywiad z esbekiem, występował w roli adwokata Wałęsy. Ta rozmowa nie sprawiła mi przyjemności, bo on mnie nagrywał, ja jego. Siedzieliśmy w kawiarni i już po wszystkim pomyślałam: „Boże, jakie to szczęście, że już go nigdy nie spotkam”. Nie chciałabym go spotkać w przeszłości, kiedy siedział za biurkiem …

… a pani byłaby łączniczką AK?

… no tak, inteligentny i piekielnie niebezpieczny.

Ale wróćmy do Siwaka: jaką prawdę Pani ujawnił?

Po prostu opowiedział o swoim życiu. Chciałam w rozmowie przez telefon z żywym człowiekiem skonfrontować obraz, jaki utrwalił mi się w peerelu z telewizora. Budził wtedy bardzo negatywne uczucia.

W Pani wywiadzie wychodzi na pisarza 7 książek, dyplomatę, który spotyka się z owacjami na spotkaniach. Już w czwartej klasie nauczycielka polskiego widział a w nim zadatki na pisarza lub dziennikarza. Pani widzi w nim pisarza?

Oddałam mu głos, ale przecież, panie Błażeju, czytelnik nie jest głupi i wyciąga wnioski. Czy dziennikarz musi lubić swych bohaterów?

Nie musi. Lepiej się Pani rozmawia z politykami czy z aktorami?

Najlepiej rozmawia mi się z ludźmi, z którymi łapię kontakt. Wiele z tych rozmów przeprowadzam przez telefon.

To ułomna forma. Nie woli Pani spojrzeć w twarz?

No pewnie! Bo wtedy można więcej zobaczyć. Z jednymi nawiązuje się kontakt w kilkanaście sekund, z innymi wcale.

Co Panią skłania do rozmów telefonicznych, ekonomia? Redakcja nie daje delegacji?

Tak, oczywiście. Trudno, takie czasy. Lepiej rozmawia się, jeśli kogoś znam z realu.

Tak z pewnością rozmawiała Pani z olsztyńskimi aktorami. Za te wywiady, które ukazały się na łamach „Gazety Olsztyńskiej” w cyklu „Portrety”, SDP nagrodziło Panią „Kałamarzem”. Pani rozmówcy są empatyczni, radośni. Woli Pani ich wypytywać, aniżeli polityków?

Aktorzy mają dużo witalności, czego nie mają dziennikarze. My jesteśmy bardziej „mózgowi”, oni „sercowi”. Mają wiele emocji, są otwarci, potrafią wyrażać uczucia. Porównałabym ich do twórców barokowych. Dziennikarze są minimalistyczni.

Często są stojakami do mikrofonów.

(śmiech) Chyba nie. W wywiadzie wiele zależy od dziennikarza, od tego, jak prowadzi rozmowę. W dziennikarstwie najważniejsza jest ciekawość świata i ludzi. W różnych dziedzinach. Dlatego jesteśmy dyletantami, ja też. Ostatnio napisałam tekst „Czy warto umierać za Arktykę”. Wiele się dowiedziałam rozmawiając z uczonymi i aktywistami Greenpeace.

Jak dokonuje Pani wyboru rozmówców?

W regionalnej gazecie nie ma dziennikarzy tylko od wywiadów. Nie mamy pełnej swobody wyboru, nie rozmawiamy z kim chcemy. Po prostu redaktorzy wymyślają, że teraz będziemy rozmawiać z aktorami. Ostatnio rozmawiałam z młodym aktorem Teatru Jaracza z Olsztyna Radosławem Hebalem, który zagrał epizod w „Pokłosiu” Władysława Pasikowskiego. Okazał się bardzo wrażliwy, opowiadał o losie aktora balansującego między teatrem, filmem i reklamą, o życiu codziennym. Rozmawiałam też z Piotrem Ikonowiczem, bo wydaje mi się postacią interesującą, barwną, aktywną. Rozmawiałam ze Sławomirem Sierakowskim, redaktorem naczelnym „Krytyki Politycznej”. Wymienialiśmy korespondencję mejlowo, bo jest bardzo zajęty.

Wywiad drogą mejlową? Można tak?

Można. W tej samej formie rozmawiałam z Ewą Ewart. Zanteresowała mnie, jako dziennikarka, która funkcjonuje w świecie wielkiej polityki, wielkich wydarzeń. Realizuje filmy o wojnach, biedzie, wyzysku. Pytałam ją, jaki sens ma realizowanie tych filmów, bo one pokazują fragment wstrząsającej rzeczywistości, ale nie dają żadnej nadziei. Pozostawiają tylko widza z tym obrazem.

Jak o dzieciach Biesłanu czy rosyjskim Dzierżyńsku, najbardziej zatrutym chemicznie mieście na świecie.

Ja rozmawiałam z nią o historii brytyjskiego fotoreportera, który wyleciał na minie, stracił nogi i rękę. Jego operacje i rehabilitacja kosztowały milion funtów. Wrócił do Afganistanu, do szpitala, gdzie miejscowi są także bez rąk i nóg. Robi im się byle jakie protezy. Ten film wywołał u mnie tylko rozpacz i złość, dlatego pytałam o sens takich obrazów. Odpisała mi z Londynu, że czuje podobnie. Nie widzi rozwiązania. Te filmy nie spełniają funkcji terapeutycznej. Nie dają nadziei, że było strasznie, a teraz już będzie dobrze. Nie będzie.

Liczy się rzetelny zapis rzeczywistości.

Tak, dokumentacja. Nawet jeśli te filmy ujawniają korupcję lub bandyckie działania władz i pokazują to czarno na białym, to i tak to nic nie zmieni. Rozmowa wyszła ponura. Ale dziennikarzowi nie wolno siedzieć cicho.


 

 


 


 

 


 


 


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl