Z Marcinem Jamkowskim, reportażystą, filmowcem, eksploratorem i autorem książki o wyprawach „Starego” rozmawia Wiesław Łuka.
„W pasji jest zaklęta moc, co porywa – jak wiatr. Warto odnaleźć, obudzić wiatr” – cytujesz słowa głównego bohatera, współautora waszej reporterskiej opowieści. Czy nie żałujesz, że tym razem nie ty budziłeś wiatr?
Oczywiście, jest mi żal, że nie przepłynąłem z nimi całej tej fantastycznej trasy. Miałem jednak szczęście spotkać i rozmawiać z całą załogą tych dwudziestolatków, którzy jako najmłodsza w dziejach żeglarstwa grupa zorganizowała i zrealizowała tę fascynującą wyprawę wokół obydwu Ameryk. Czytając pięknie napisany dziennik pokładowy kapitana, notatki i e-maile jego „podwładnych”, miałem wrażenie, że jestem na pokładzie „Starego” razem z nimi.
Sam wcześniej kierowałeś lub uczestniczyłeś w licznych wyprawach, nie tylko morskich – która z nich zostawiła najtrwalszy ślad w twojej pamięci?
Chyba wraki Bałtyku. W ostatnich miesiącach II wojny światowej z Prus Wschodnich do Rzeszy uciekali przez Bałtyk przed ofensywą sowiecką niemieccy żołnierze i ludność cywilna m.in. na trzech statkach – Goya, Wilhelm Gustloff i Steuben – w sumie kilka tysięcy ludzi, w tym wielu rannych. Dopadły ich torpedy z dwóch radzieckich okrętów podwodnych. Zginęło ok. 20 tysięcy ludzi. To trzy największe tragedie morskie wszech czasów. Jako zastępca redaktora naczelnego polskiej edycji National Geographic kierowałem wyprawą prawie trzydziestoosobową na wrak właśnie wtedy odkrytego Steubena. Odwiedzaliśmy i dokumentowali to, co zostało z tych statków. Sam dotarłem i wysłuchałem relacji pięciu rozbitków z tej katastrofy, żyjących w Niemczech i w USA, oraz rodzin marynarzy okrętów podwodnych Armii Czerwonej. Odwiedziłem archiwa w Niemczech i w Rosji. Trwało to pół roku. Powstała książka reporterska „Duchy z głębin Bałtyku”. Jestem z niej dumny, ponieważ nie spodziewałem się, że ta wyprawa w głębiny i opowieść o niej będą tak wielowątkowe.
Nie mniej emocjonująca była ekspedycja do Sudanu. Pojechałem z archeologami, którzy odkrywali przez dwa miesiące w upale pustyni grobowce władców Nubii sprzed kilku tysięcy lat. O ich królestwach prawie nic nie wiemy. Możemy tylko puścić wodze fantazji i wyobrażać sobie tamte ludzkie losy; lubię historie z pogranicza nauki, przygody i eksploracji.
A twoje losy, twoje przygody – odkrywcy w Sudanie, w Mali, na dnie Bałtyku, czy nie tak dawno na dnie Wisły na jej warszawskim odcinku? Co przeżyłeś - która z dotychczasowych przygód była najbardziej zaskakująca?
Było ich wiele i nie chcę ich wartościować. Może wspomnę o jednej z najświeższych – z wybrzeża Atlantyku w Sierra Leone. Odkryliśmy wrak holenderskiego statku z III dekady XVIII wieku, a w nim… dużo porcelany. Niestety potłuczonej, ale dla archeologów, z którymi współpracowaliśmy, te skorupy mówią tyle samo, co naczynia bez skazy. Naszą łódkę, z której nurkowaliśmy bacznie obserwowali miejscowi rybacy – widzieli, że znikamy pod wodą, że wypływamy, coś rysujemy, coś mierzymy, głośno gadamy… Odkryliśmy we wraku pięć kotwic i 28 armat. Na jednej z nich zobaczyłem jakieś napisy. Zdecydowałem oczyścić ją z koralowców, wodorostów, mułu i innych wiekowych „brudów”. To trwało dość długo – pojawił się w końcu napis 1762 /\. Jak się potem okazało była to jej waga wyrażona w funtach amsterdamskich. Wiele razy skakaliśmy do atlantyckiej wody w pełnym, nurkowym rynsztunku, ciągłe w jednym miejscu. To musiało rybakom nasunąć myśl – pewnie znaleźli skarb. Kolejnego dnia zanurzamy się – jest wrak, a nie ma… armaty, już oczyszczonej i nawet trochę lśniącej. Ktoś ją w nocy... ukradł spod wody!!! Dla nas to był skarb, a dla rybaków? Nie mogli przecież tego sprzedać na aukcji zabytków, pewnie historyczny skarb poszedł na złom. To wielka strata, ale nie było komu się nawet poskarżyć. W Sierra Leone nie ma marynarki wojennej, służb ratownictwa morskiego, nawet straży przybrzeżnej... Udałem się więc do szefa pobliskiej wioski rybackiej – zacząłem robić lekki raban. Szef nawet specjalnie nie udawał, że nie wie, o co chodzi - oświadczył, że my działamy na jego terenie i powinniśmy złożyć daninę na rzecz jego wioski; zażądał 1000 dolarów. Myśmy takich pieniędzy tam nawet nie mieli… Skończyło się na tym, że dostał t-shirt z logo wyprawy, prezent w postaci silnika elektrycznego od sprężarki oraz 50 dolców. Armaty nie odzyskaliśmy. Nie dałem jednak za wygraną – kradzież zgłosiłem do centrali UNESCO. Z Paryża zapewniono mnie, że na zjeździe przywódców afrykańskich sprawa zostanie nagłośniona, rząd Sierra Leone postawiony do pionu, a przypadek stanie się modelem do wypracowania sposobu ochrony podwodnego dziedzictwa Czarnego Lądu. Dobre i to.
Napisałeś wiele prasowych reportaży i książkę reportażową o wyprawach, w których uczestniczyłeś. To były reportaże uczestniczące. Teraz wydaliście książkę o dwóch wielkich pod każdym względem, oceanicznych wyprawach załogi dwudziestolatków, a ciebie wśród nich właściwie nie było.
W ich drugiej wyprawie – tej północnej, arktycznym szlakiem z Grenlandii, wokół Kanady, na Pacyfik pojawiłem się na jej pierwszym etapie – grenlandzkim…
To dwa różne doświadczenia dziennikarsko-warsztatowe… opowiedz o nich.
Uczestnictwo w tym, co się później opisuje na pewno daje większe gwarancje dotarcia do prawdy – wszystko widziałeś, obserwowałeś zachowania i reakcje ludzi, rozmawiałeś na gorąco w chwilach gorących i chłodniejszych. Przy pisaniu „Starego, młodych i morza” miałem relacje przyjaciół ze „Starego” oraz więcej dokumentacji z innych źródeł. Jeden z członków załogi jachtu pracowicie gromadził opisy i wyznania. A przede wszystkim przeczytałem fantastyczny dziennik pokładowy Jacka Wacławskiego, kapitana obu wypraw oraz wspomniane e-maile dwudziestolatków do rodzin. Kapitan Jacek nie tylko spokojnie dokumentował przebieg każdego dnia, ale wyznawał siebie - swoje stany emocjonalne, swoje tęsknoty do rodziców oraz „intymności” do pozostawionej w kraju dziewczyny, swoje plany na temat przerwanych studiów medycznych na Śląsku. Wykorzystałem także własną wiedzę historyczno – geograficzną o odwiedzanych miejscach m.in. o warunkach geograficzno-klimatycznych. Bardzo ciekawa była konfrontacja zapisów e-mailowych z późniejszymi opowieściami żeglarzy. Co brzmiało niezwykle dramatycznie w tych gorących przekazach elektronicznych, pisanych drożącymi rękami, po wyprawach stawało się chłodniejsze, wygładzone: „no tak… no wiesz…jakoś dało się przeżyć…”.
Czytam w książce i takie zdania: „…Chłopcy zaczynają patrzeć na siebie wilkiem. Rozmowy są pełne nerwów. Kapitan skupiony na celu wyprawy i doganianiu własnych marzeń, ignoruje narastające napięcie wynikające ze stresu…”. Tu odczułem pewien brak psychologiczny – wypowiedzi każdego z żeglarzy na temat nastroju tamtych trudnych godzin, czy dni…
Rozmawiałem o tym z nimi i rozbudowałbym ten wątek, gdyby zasygnalizowany kryzys trwał długo i wywołał jakieś skutki negatywne – gdyby doszło na przykład do jakiegoś wypadku - ktoś wypadł za burtę, ktoś stracił panowanie nad nerwami, gwałtownie zrezygnował z dalszej żeglugi i wzywał pomocy z helikoptera, albo kogoś trzeba było natychmiast wyeliminować z załogi…
Na karabeli Kolumba podczas w wiekopomnej podróży przez Atlantyk w poszukiwaniu najkrótszej drogi do Indii wybuchł bunt załogi…
To, że dziewięciu facetów, przecież jeszcze młokosów, jest w stanie przez prawie rok wytrzymać ze sobą na małej powierzchni „Starego” nie dając z niego nogi, nie skacząc sobie ze złości do gardeł, to należy to traktować jako cud. Nie rozwijałem tego wątku, nie szukałam dziury w całym, bo tej dziury nie było. Kapitan ani razu nie stawał przed decyzją „wyrzucenia” kogoś z załogi na najbliższym postoju. Przeciwnie – ujęła mnie ich przyjaźń, chęć i umiejętność niesienia sobie wzajemnej pomocy oraz niezwykła dyscyplina i samoświadomość własnego „miejsca w szeregu”.
Właściwie odpowiedziałeś na moje następne pytanie: jakich wartości uczy - a jakie wyzwala, gdy są one już wcześniej wyuczone – tak długie, zgodne współżycie w ekstremalnych warunkach?
Odbiję to pytanie, odwołam się do autorytetu. Kiedyś robiłem wywiad z Krzysztofem Wielickim, znanym himalaistą, zdobywcą wszystkich ośmiotysięczników i jedno z moich pytań brzmiało: czy ludzie w górach stają się lepsi? Zauważmy – obcy sobie ludzie na ulicy nie pozdrawiają się, natomiast w na górskim szlaku mówią sobie dzień dobry i uśmiechają się do siebie. Wielicki powiedział mi wówczas: góry w ludziach wyzwalają lepsze cechy. Również wyprawa „Starym” nie tyle nauczyła, ile wyzwoliła w chłopakach same dobre cechy. Ktoś w normalnych warunkach może i potrafi się maskować. Tu zaś, w warunkach ekstremalnych może nawet udawać miłego na początku eskapady, ale szybko maska spadnie z jego twarzy. Przebywanie przez dłuższy czas w górach, na morzu, w dżungli, na pustyni, gdy się jest poddanym ogromnemu stresowi i ciśnieniu psycho-fizycznemu wyzwala szczere instynkty – czasem najlepsze, czasem najgorsze. Dwudziestolatkowie nie weszli na pokład „Starego” w uśmiechniętych maskach. Oni wtedy byli nieudawanie uśmiechnięci nie tylko na twarzy, ale przede wszystkim w głębi swoich dusz. Udało im się bez wielkich pieniędzy, bez bogatych sponsorów, na wypożyczonym, nienowym i nienowoczesnym sprzęcie wypłynąć, żeglować i wrócić bez traumy… Do tej pory są uśmiechnięci, trzymają się razem, wyjeżdżają na wspólne wycieczki, zapraszają się na swoje śluby; niektórzy z nich zostali już ojcami. Snują plany następnych eskapad. Gdy dość krótko płynąłem razem z nimi na pokładzie „Starego”, byłem świadkiem okazywania sobie przez nich przyjaźni – nie na pokaz, ale z głębokiej potrzeby serca. Bardzo mnie wzruszało. Teraz, w czasach drapieżnego kapitalizmu, takie widoki należą raczej do unikalnych. Dlatego postanowiłem to zdokumentować i opisać.
Kierowałeś wieloma wyprawami – czy widziałeś opadające maski z twarzy swoich „podopiecznych”?
Na jednej z wypraw – personalia nie mają znaczenia – musiałem poprosić dwóch facetów o opuszczenie „załogi”. Nie dało się z nimi współpracować; tworzyli osobną grupkę, uczestniczyli jakby w „swojej” wyprawie. Jechaliśmy na nią jako przyjaciele, a potem staliśmy się wrogami. Było mi przykro, ale trudno – tak się zdarza, gdy poznaje się ludzi. Mam tu przy okazji swoją radę: gdy chłopak chce przed ślubem poznać charakter swojej przyszłej żony, powinien wybrać się z nią na górską lub inną wyprawę w ekstremalne warunki. Jeżeli się tam oboje sprawdzą, mogą iść przed ołtarz.
Gdy przebywałeś na „Starym” wśród gór lodowych Oceanu Arktycznego wybrałeś się ze sporo młodszym od siebie żeglarzem pod jedną z takich gór; słyszeliście – jak piszesz – dziwne jej pomruki. Co to było?
Zeszliśmy na głębokość trochę większą niż trzydzieści metrów (to już wyższa szkoła jazdy – już musisz posiadać certyfikat po drugim kursie dla nurków; po pierwszym można zjeść na głębokość do 20 m.). Pod sobą mieliśmy widoczne dno morskie. Na nim nieprawdopodobnie piękne, na przykład jaskrawo-pomarańczowe ukwiały i gąbki. Góra u swego dna miała około 60 m. powierzchni. Ona nieustannie pracuje. Lód pęka, rozszerza się, zwęża, żyje, więc się odzywa. A woda przewodzi dźwięk dużo lepiej niż powietrze. To nas trochę straszyło. Nie wiedzieliśmy, co się może wydarzyć. Tu nie sama głębokość zejścia była najważniejsza, ale to, że z własnej woli i ciekawości znaleźliśmy się mniej więcej pośrodku powierzchni dna tej gigantycznej bryły lodu.
Co was tam pognało?
Wspinasz się na szczyt tatrzański, czy himalajski, albo schodzisz na dno jaskini tylko dlatego, że szczyt i dno są, i ty chcesz tam być; innych motywacji nie ma.
Dziś współpracujesz z wieloma gazetami i magazynami. Ale przez kilka lat byłeś redaktorem naczelnym polskiej edycji National Geographic (NG). Nie żal Ci stałej pracy w jednej redakcji?
Miałem szczęście pracować w tym magazynie w okresie jego rozkwitu. Kiedy Amerykański wydawca potrafił inwestować gigantyczne środki w finansowanie rozmaitych wypraw i odkryć, na zgłębianie i wydobywanie na światło dzienne z własnych łamów zapomnianych historii, ukrytych w zakurzonych archiwaliach. Nagradzał nie tylko talenty dziennikarskie, ale również niezwykle ciężką pracę autorów tekstów i zdjęć najwybitniejszych fotoreporterów. Nad jednym artykułem często pracowali miesiącami. Ja nad wspomnianą historią niemieckich wraków na dnie Bałtyku pracowałem pół roku i na realizację tego projektu (trzydziestoosobowa ekipa, m.in. nurkowie, załogi wynajętych statków, liczne wyjazdy zagraniczne, tłumacze, fikserzy, penetracja archiwów itd.) dostałem „kupę forsy”, z której musiałem się oczywiście rozliczyć, sprzętu, i pomocy. Nie było drugiego pisma, które stwarzałoby dziennikarzom taki komfort. Dzisiaj to brzmi jak jakaś legenda o Alibabie, bo Eldorado się skończyło. Dla mnie też się tam zmieniło bardzo wiele, bo po napisaniu cover story do amerykańskiego National Geographic, zostałem awansowany na naczelnego. I zamiast spędzać czas w terenie z notesem i aparatem w ręku, siedziałem w garniaku na spotkaniach z klientami reklamowymi. A na mnie garniak źle leży! Rozstaliśmy się w przyjaźni.
A jak oceniasz obecną wartość tego magazynu? Jak sobie daje radę w latach kryzysu?
Odpowiem anegdotą z wywiadu-rzeki z byłym ambasadorem Polski we Francji i ministrem spraw zagranicznych Stefanem Mellerem. Podczas audiencji u ministra spraw zagranicznych Francji nasz ambasador usłyszał pytanie o swoje plany. Meller opowiedział o nich. Minister na to: mam tylko nadzieję, że nie zamierza pan pisać pamiętników. Ambasador: dlaczego? Szef resortu: Czytałem mnóstwo takich wspomnień. Wszystkie były takie same. Kiedy tu przyszedłem, zastałem wielki bałagan. Podniosłem to wszystko z upadku. Po mnie znów przyszli barbarzyńcy… Otóż ja nie chciałbym wpisywać się w taką dialektykę. Widzę, że NG przeszedł przez ostatnie lata kryzysu suchą nogą. Również wydawany w tym koncernie magazyn Traveler odnosi ogromny sukces.
Wielu przez wszystkie przypadki odmienia słowa „kryzys prasy”. Ty też go widzisz?
Aby wydawnictwa papierowe wytrzymały ekspansję i konkurencję mediów elektronicznych, muszą je pokonać jakością merytoryczną. Bez tego prasa poważna nie ma szans. Przegra z szybkością dostarczania newsów drogą elektroniczną i równaniem w dół, do poziomu plotkarskiego z tabloidami. Jest natomiast i zawsze będzie wystarczająco duży procent miłośników prasy poważnej - tekstów głębokich merytorycznie i napisanych pięknym językiem. To, że amerykańska edycja Newsweeka po roku zawieszenia jego papierowej edycji wraca do niej, daje dużo do myślenia. Jest nadzieja!
„Stary”, Młodzi i Morze, Marcin Jamkowski, Jacek Wacławski, wyd. Bezdroża 2013
