Rozmowa dnia z dr Jarosławem Flisem o kreacji polityków w mediach i o wpływie mediów na decyzje wyborcze. Rozmawia Marek Palczewski.

 

Czy politycy mogą istnieć bez mediów?

Media są potrzebne politykom, szczególnie tym, którzy chcą uchodzić za liderów, natomiast jest mnóstwo polityków, w tym bardzo wielu posłów, którzy doskonale sobie radzą bez mediów. Dają sobie radę zwłaszcza bez mediów ogólnopolskich, bez tego rozgłosu, bez parcia na szkło, dlatego że mają kontakt z własną społecznością. Są wśród nich mniej znani politycy, którzy potrafią przebić się przez silne bariery medialne i rywalizować z tymi, którzy są stale obecni na pierwszych stronach gazet. Dlatego, na przykład, jeśli Bogdan Zdrojewski ma doskonały wynik w wyborach we Wrocławiu, to w powiecie strzelińskim w tym samym okręgu wyborczym przegrywa z kandydatem numer 10 na liście, dlatego że ten kandydat jest ze Strzelina. Jemu obecność w ogólnopolskim programie telewizyjnym nie jest potrzebna, bo wyborcy wiedzą, że jest „nasz” i to pozwala mu konkurować z ministrem-celebrytą.

Rozgłos może też zaszkodzić, na co wskazuje ostatnio przykład posła PiS Adama Hofmana, któremu chyba nie był potrzebny?

Są oczywiście przypadki skandalizujące, ale też chyba to, co się stało, nie zaszkodziło jakoś istotnie w oczach wyborców Adamowi Hofmanowi; akurat on jest kandydatem bez silniejszej więzi lokalnej i swoje poparcie w wyborach zawdzięcza właśnie obecności medialnej. Na pewno takie wpadki mogą zaszkodzić w oczach partyjnego szefostwa, ale wydaje mi się, że w tym przypadku jest to lukier na politycznym cieście, który nie ma aż takiego wpływu na jego smak.

Media jednak wpływają na kariery polityków; w jakim stopniu dziennikarze mogą wykreować postać mało znaczącą i uczynić z niej wybitnego polityka? Czy to jest możliwe i czy tak się zdarzyło?

Same media tego nie zrobią. Taka osoba, powiedzmy promowana czy lansowana przez media, musi mieć coś do powiedzenia. I to nie mogą być tylko jednorazowe pomysły na zaistnienie w mediach, ale plany długofalowe. Sama skandalizacja - jak pokazuje przykład partii, która pojawiła się w ostatnich wyborach, a już w tej chwili wygląda na to, jakby najlepsze dni miała za sobą…

…myśli Pan o Ruchu Palikota?

Tak…, zatem sama skandalizacja nie wystarcza. Ze skandalem w życiu politycznym jest bowiem tak, jak z rakietą V2, to znaczy miała ona wielką siłę niszczenia. Tyle, że można było tylko ustalić, w jaką stronę ją się odpalało, ale gdzie trafi, to tego dokładnie przewidzieć się nie dało. Wyrzucenie Nowickiej było dla Ruchu Palikota jak wybuch bomby w rękach, sami się poranili, a cała reszta mogła się tylko pośmiać. Co do mediów, to mają one ograniczony zakres działania i pojawiają się nawet takie głosy, że w obliczu tego, co się obecnie w nich dzieje, słabnie ich kontrola nad życiem publicznym. Jest tak, ponieważ pogoń za nowością prowadzi do sytuacji, gdy media nie są w stanie podtrzymywać zainteresowania jakimś problemem aż do jego rozwiązania. Wskutek tego politycy doszli do wniosku, że większość problemów medialnych da się po prostu przeczekać.

Czy media są w ogóle zainteresowane poważnymi problemami, czy wolą po prostu opisywanie (a może podsycanie) walk między - albo wewnątrz-partyjnych, i wówczas bohaterem mediów staje się strona słabsza, która na przykład występuje przeciwko mocarzowi we własnej partii? Taka historia zdarzyła się z Gowinem - media „pompowały” informacje o tym, co Gowin robi rano i wieczorem, kreując zainteresowanie tą postacią w jej sporze z Donaldem Tuskiem.

 Przez jakiś czas można to wykorzystać, ale ważne jest, czy ma się jakiś pomysł na to, żeby być w mediach dłużej. Zaistnienie na krótko w mediach to jedna rzecz, ale podtrzymanie zainteresowania swoją osobą już łatwe nie jest. Oczywiście, media są zainteresowane konfliktami wewnątrz partii, bo nie tylko w Polsce, ale wszędzie na świecie konflikty wewnętrzne w partii, szczególnie o jakimś posmaku etycznym, są atrakcyjne medialnie. Dlatego bardziej przyciągają one uwagę niż rytualny konflikt pomiędzy partiami, który jest łatwy do przewidzenia. Bunty i kontrowersje są tym, co przyciąga uwagę. Ale jednocześnie, jak pokazuje przykład PJN czy Solidarnej Polski, zainteresowanie samym buntem dość szybko się wypala i trzeba mieć jakiś pomysł, co z tym zrobić dalej, jak wywołać rzeczywiste emocje, a to jest zdecydowanie trudniejsze. Można w tym miejscu przywołać wypowiedź Leszka Millera, który po swoim odejściu z SLD powiedział, że wydawało mu się, że jak trzaśnie drzwiami, to cały dom się rozleci, a tutaj tylko szyby lekko zadrgały…

Medioznawcy i politolodzy dużo mówią o mediatyzacji polityki i polityzacji mediów. Jak by Pan ocenił stopień zblatowania się dziennikarzy z politykami, i to w jakim stopniu dziennikarze kreują czy też wpływają na rozstrzygnięcia polityczne, choćby odnośnie do podejmowania przez obywateli decyzji wyborczych?

Wydaje się, że media dały się złapać w pułapkę politykom, którzy w związku z tym, że sprawy publiczne nie wzbudzają już tak dużego zainteresowania jak kiedyś - podziały ideowe czy pomysły na rozwiązania powypalały się, a na czymś trzeba budować stabilność swojej pozycji – zaczęli ją budować na głębokich podziałach społecznych, na wywoływaniu wojen kulturowych. Dziennikarze ochoczo na tę wojnę poszli. Ustawili się w jednej drużynie z politykami po tej stronie kulturowego sporu, którą oni uważają za lepszą. Dziennikarze kierują się więc manicheizmem: my jesteśmy po jasnej stronie mocy, a wy jesteście po ciemnej stronie, a jeśli tak, to nie mamy dla was litości. Jeden z moich studentów badał w kampanii prezydenckiej 2010 roku nastawienie dwóch głównych dzienników w Polsce do kandydatów na prezydenta. I co się okazało: żadna gazeta nie pisała tylko dobrze o każdym z kandydatów, ale każda z nich miała takiego, o którym pisała tylko źle! Zatem, o tym, który jest nam bliski piszemy ambiwalentnie, żeby zachować pozory obiektywizmu, ale nasz obiektywizm nie obejmuje kandydata drugiej strony, który jest po prostu wcielonym złem, i o którym żadnego pozytywnego komunikatu napisać nie można pod żadnym pozorem! Dużo łatwiej do kogoś zniechęcić, niż do kogoś zachęcić. I taki jest wpływ mediów na sam przebieg wyborów: media dużo chętniej dostrzegają źdźbło w oku swoich przeciwników i konkurentów niż belkę we własnym, działania drugiej strony nazywając propagandą, a swoje najczystszą prawdą (śmiech). 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl