W jednym ze swoich artykułów zajęła się Pani problematyką przyszłości newsroomu i postawiła tezę, że newsroom przetrwa.
Jestem umiarkowaną – ale jednak optymistką, bo wydaje się, że takie są tendencje w wielu krajach, np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie nowe organizacje medialne typu Huffington Post, przejęty przez AOL, a więc również i nowe media, mają newsroomy. Nie twierdzę, że to musi być newsroom taki jak dawniej - z ustawionymi biurkami w boksach, z tymi „świętymi” drzwiami, za którymi funkcjonował redaktor naczelny, ale na pewno przetrwa coś, co będzie jednoczyć i skupiać dziennikarzy. „New skills, new staff”. Czyli nowe specjalności, które pojawiają się w dziennikarstwie oznaczają także konieczność zatrudniania nowych ludzi, zatem i redakcja jako taka musi przetrwać.
Ale po co?
Dlaczego? Uważam, że istnieją przynajmniej dwa ważne powody. Newsroom to nie jest tylko kwestia miejsca pracy dziennikarza, to jest kwestia pewnej opoki, podstawy, na której dziennikarz uprawiający np. dziennikarstwo śledcze powinien móc się oprzeć. To jest tradycja Katharine Graham (wydawczyni Washington Post w okresie afery Watergate – red.), wielkich wydawców i wielkich redaktorów naczelnych, którzy stoją murem za dziennikarzami. Redakcja to marka, organizacja, ale również i pieniądze na przykład na kosztowny reportaż, a także na ewentualny proces sądowy. Kwestia druga odnosi się do zawartości mediów Oczywiście można sobie wyobrazić wirtualną redakcję, w której redaktor naczelny zajmuje w dużym wieżowcu swój mały pokoik i redaguje teksty. Mnie się jednak wydaje, że potrzebna jest wymiana myśli, i że ona nie zawsze może odbywać się tylko w wirtualny sposób.
Czyli potrzebny jest newsroom dla wymiany myśli i po to, by wspierać dziennikarzy, oraz żeby na miejscu nadzorować ich pracę?
Tak, musi być współpraca, musi być wymiana myśli, opinii, wzajemna inspiracja. Bo dziennikarze, to oczywiste, mogą przyjść do redakcji z własnymi pomysłami, ale w dyskusji można im nadać lepszy kształt, zwrócić uwagę na nowe, szczegółowe, kwestie. Wierzę naturalnie w genialnych wolnych strzelców, którzy są w stanie ogarnąć każdy temat i śledztwo dziennikarskie, ale zwracam uwagę, że w dużych tematach dziennikarskich, których wyniki zajmują potem łamy gazet, a podpisane są przez jedną czy dwie osoby, tak naprawdę biorą udział zespoły dziennikarskie. W przyszłości coraz większe znaczenie będzie miał – wbrew pozorom - wydawca, dlatego, że to on będzie musiał zorganizować pracę ludziom o wielu nowych umiejętnościach, o których dotychczas nam się nie śniło. Amerykański medioznawca Michael Schudson pytany o przyszłość mediów, odpowiedział, że jeszcze dekadę temu nikt nie słyszał o Facebooku, poczta emailowa zaczynała dopiero funkcjonować, blogerzy zaczynali pisać pierwsze blogi, nie było smartfonów, nie było aplikacji, nie było mnóstwa rzeczy, z którymi już jesteśmy oswojeni, i które dziś są naturalnym środowiskiem młodych dziennikarzy. Być może zatem ci młodzi dziennikarze są w stanie wyobrazić sobie siebie tylko w roli wolnego strzelca, bo teraz często sytuacja ekonomiczna ich do tego zmusza. Ale uważam, że mimo, iż można informacji szukać na własną rękę, to jednak organizacja medialna może zaistnieć i w tym procesie gromadzenia i opracowywania, a następnie publikowania informacji. Jest wartością dodaną.
Co takiego dodaje organizacja medialna?
Zawartość mediów tworzy zespół. Moim zdaniem nie jest tylko tak, że dodaje się jakieś pojedyncze cegiełki i powstaje mur. Musi być spoiwo w tym murze, i tym spoiwem jest właśnie redakcja, newsroom.
Ale są portale internetowe mediów tradycyjnych, które działają bez takiego klasycznego newsroomu, gdzie się zbiera informacje, są też portale obywatelskie pozbawione redakcji…
Oczywiście są. Zgadzam się z panem, że będą portale bez newsroomów, ale proszę zwrócić uwagę, co zrobił Huffingtoin Post kiedy zaczął się wybijać i konkurować z wielkimi mediami? Powiększył redakcję. Podobnie New York Times online, który zaczął zatrudniać dziennikarzy, ściągał ich z tradycyjnych mediów i zaczął tworzyć tradycyjny newsroom dla pracy dziennikarzy online. Można powiedzieć, że wróciliśmy do punktu wyjścia.
Ciekawym i nowym zjawiskiem jest tworzenie newsroomu konwergentnego, w którym łączy się praca dziennikarzy dla różnych platform: prasowej, telewizyjnej i internetowej. Przykładem może być powstały w 2000 roku Tampa Center News. To dobry wzorzec dla przyszłych rozwiązań?
To wzorzec konieczny ze względów zarówno technologicznych, jak i modelu biznesu medialnego. Konwergencja w świecie cyfrowym postępuje, przestają liczyć się stare podziały na media drukowane, audio czy audiowizualne. Media działają na różnych płaszczyznach; nawet gazeta będzie za chwilę medium audiowizualnym. Tom Rosenstiel i Bill Kovach (znani amerykańscy medioznawcy – red.) przewidują, że będzie ona bliższa Wikipedii niż tradycyjnej formule. Obok siebie współistnieć będzie, w różnej formie, wersja papierowa i wersja online. To konieczność, nowe abecadło epoki cyfrowej. Myślę więc, że papier przetrwa, jako artefakt i nośnik marki, choć trudno powiedzieć w jakim zakresie.
Pani wierzy, że papier przetrwa i wierzy, że się utrzyma jakościowe dziennikarstwo, a przecież jest wiele zjawisk, procesów, świadczących o tabloidyzacji, komercjalizacji, itd.
To prawda… bo jestem umiarkowaną, jak zaznaczyłam na początku, optymistką.
Więc co jest podstawą tej wiary?
Przekonanie, że mimo wszystko są i będą gazety i czasopisma, które warto czytać. Będą kanały telewizyjne warte oglądania. Mamy różne „śmieciowe” kanały z jednej strony, ale też CNN, Bloomberga i BBC. Najlepszy tygodnik globalny, brytyjski The Economist, kilka lat temu promował się pod nieco snobistycznym, ale bardzo dobrym hasłem: „samotnie na szczycie, ale za to jest co czytać”. Mam nadzieję, że Economist czy BBC nie będą tym samotnym białym żaglem, że będzie jednak istnieć wiele innych wartościowych mediów, także nowych…
W Polsce również?
Tak. Dlatego, że wierzę w polskich dziennikarzy i wierzę w to, że znajdą się odbiorcy, którzy tego jakościowego dziennikarstwa będą poszukiwać, że będą w mediach pracować ludzie naprawdę chcący tworzyć jakościowe dziennikarstwo, by wyróżnić się w zalewie bylejakości. Mam nadzieje, że będzie na tym zależało i wydawcom, i redaktorom naczelnym. W Stanach Zjednoczonych tworzy się specjalne fundacje właśnie do wspierania jakościowego dziennikarstwa. Ja także chciałabym, żeby w Polsce również takie fundacje powstawały.
Życzmy sobie wobec tego w Polsce niezależnych wydawców i hojnych właścicieli, którzy będą naprawdę niezależni od wszelkich wpływów politycznych. Ale, zadam to pytanie, dlaczego miałoby nam w ogóle zależeć na takim jakościowym dziennikarstwie?
Bo demokracja równa się wolne media. Koniec, kropka. Bez wolnych mediów nie ma demokracji. Jeżeli chcemy mieć demokratyczne państwo, demokratyczne społeczeństwo, demokratyczne standardy, to musimy dbać o to, żeby poza mediami komercyjnymi, tabloidowymi, dostarczającymi rozrywki, istniały również media, które nas po prostu dobrze poinformują i pokażą różne strony tego samego problemu. Zastanówmy się, po co nam ten newsroom i co ten newsroom ma tworzyć? Czy, na przykład, dziennikarze nie powinni zajmować się tylko tym, gdzie można dostać dobrą pizzę, gdzie można się zabawić, albo co zrobił nasz ulubiony celebryta? Chyba nikt na serio tak nie myśli. Dziennikarze są od stawiania pytań komu należy wierzyć (w dużej i małej polityce) i czy odwołać na przykład prezydenta miasta. Blogerzy nie wystarczą, bo ktoś musi dostarczyć sporo wiarygodnych informacji, by obywatele mogli sobie na ten temat wyrobić opinię i podjąć decyzję. Musimy mieć ku temu jakieś dane, a jestem przekonana, że tej całej pracy nie są w stanie wykonać jedynie dziennikarze obywatelscy, często wykonujący inne zawody. Szeroką debatę społeczną mogą zorganizować tylko te media, które produkują jakościowe dziennikarstwo. Przy tym współpraca z sektorem dziennikarstwa obywatelskiego jest nie tylko możliwa, ale wręcz konieczna. Korzystanie z mediów społecznościowych przez profesjonalnych dziennikarzy staje się powoli standardem. Nie ma tu sprzeczności.
Mówi Pani o dyskursie publicznym, zatem czy w Polsce istnieje debata publiczna, czy jest to na razie imperatyw, idea regulatywna, do której powinniśmy zmierzać?
To jest dopiero idea, niestety, ponieważ jesteśmy chyba jednak na etapie zachłyśnięcia się osobowościami, i to, z niewielkimi wyjątkami, osobowościami na pograniczu celebrytyzmu politycznego. Liczy się ten, kto jest atrakcyjny medialnie, czyli kontrowersyjny, dowcipny lub zawsze gotowy do sprzedania newsa. Podobnie w debacie biorą udział ciągle te same osoby, zarówno jako aktorzy polityczni jak i eksperci. Często brakuje profesjonalnych wypowiedzi na różne tematy, wypowiadanych zrozumiałym dla szerokiej publiczności językiem. To nie zawsze musi być język sporu, lecz także poszukiwania konsensu. W związku z tym, kiedy obserwowałam ostatnią debatę prezydencką w Stanach Zjednoczonych, to widzę, że u nas taki poziom debaty ciągle raczkuje. Publiczność jest przy tym wciąż tylko widzem, konsumentem „politycznego produktu”. Co prawda w mediach społecznościach padają pytania, ale tam obecni są tylko ci najbardziej aktywni członkowie społeczeństwa, a gdzie jest tak zwana milcząca większość? U nas debata jest ciągle jeszcze niemerytoryczna, dominuje „amerykanizacja”, ale pojmowana w najbardziej uproszczonym, czysto marketingowym ujęciu. Brakuje w dyskusji publicznej wielu wątków, niezwykle kontrowersyjnych, które powinny być obecne w dyskursie publicznym na wszystkich etapach, a nie tylko przed wyborami. Media mają skłonność do pozostawania w głównym nurcie debaty, przy sprawdzonych tematach, a potem nagle wyniki wyborów czy wybuchające wszystkim w twarz zjawiska społeczne (ekscesy kibiców, mowa nienawiści) stają się zaskoczeniem. Tymczasem tak naprawdę demokracja deliberatywna czy dyskursywna polega na tym, że dialog społeczny powinien toczyć się cały czas, a nie tylko aktywizować w warunkach zagrożenia czy ostrego kryzysu (sprawa ACTA czy kazus Hanny Gronkiewicz-Waltz), albo kiedy zaczynają się jakieś wybory. W czasie wyborów jest już tylko horse race (wyścig kandydatów), napędzany przez kolejne sondaże, a nie prawdziwa debata.
