Z Jerzym Kłosińskim, redaktorem naczelnym „Tygodnika Solidarność”, o stanie wojennym, Tysolu i rozliczeniu generała rozmawia Marek Palczewski.
.jpg)
Jerzy Kłosiński, (rocznik 1953), dziennikarz, redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność” od 2002. Absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim.
Pracę dziennikarską zaczynał w gazecie codziennej „Niezależność” Regionu Mazowsze NSZZ Solidarność w 1981 r. Później w redakcji podziemnego „CDN-Głos Wolnego Robotnika” i oficjalnie wychodzącego „Niewidomego Spółdzielcy”. Pracował też jako dziennikarz Programu I Polskiego Radia. Od 1991 r. w „Tygodniku Solidarność”. W latach 1991-1994 szef działu krajowego, 1994-2002 z-ca red. naczelnego. Wiceprezes SDP w latach 2005-2011. W Zarządzie Głównym SDP przez trzy kadencje.
Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski w 2006 r. Honorowy członek NSZZ Solidarność, ma status pokrzywdzonego wydany przez IPN.
Jak zapamiętałeś 13 grudnia 1981 roku?
To powinien być dzień wypoczynku po pracy. A pracowałem w Regionie Mazowsze przy prasie związkowej. I pamiętam, że wyszedłem z pracy około 12 w nocy tuż przed wkroczeniem jednostek milicyjnych. To był szok, zaskoczenie, bo się nikt tego nie spodziewał, aczkolwiek był nastrój niepewności i wyczekiwania, bo 17 grudnia miała się odbyć w Warszawie wielka demonstracja solidarnościowa. Moim ostatnim dziennikarskim zadaniem była rozmowa ze Zbigniewem Romaszewskim, którą miałem spisać i wydrukować w prasie związkowej. Dotyczyła ona tej demonstracji, co do której obawialiśmy się, że może być spacyfikowana.
Byłeś zaskoczony wprowadzeniem stanu wojennego, ale miałeś instrukcję jak się zachowywać.
Tak, bo istniała taka instrukcja na wypadek, gdyby władze wprowadziły stan wyjątkowy. Ta instrukcja mówiła, że należy zgłosić się do dużego zakładu pracy. Taką fortecą w Warszawie był dla mnie Ursus.
I ty tam pojechałeś?
W niedzielę tam pojechałem, zaraz jak się obudziłem. Wszedłem na teren zakładu do komisji zakładowej i zaproponowałem, żebyśmy napisali odezwę do ludzi. I kiedy stamtąd wychodziłem po kilku godzinach, to już ZOMO obstawiło bramę i musiałem przechodzić przez płot, żeby wydostać się na zewnątrz zakładu.
Jak dalej wyglądała twoja działalność dziennikarska w stanie wojennym i później do 1989 roku?
Ursus był moją bazą, tam zbierałem informacje. Nawiązałem kontakt z proboszczem w Gołąbkach przy Ursusie, gdzie było takie centrum informacyjne u ks. Józefa Zawitkowskiego, obecnie biskupa łowickiego. Tam po kilku dniach sprowadził mnie do piwnicy i przedstawił Wiktorowi Kulerskiemu, który się ukrywał. I dzięki kontaktom z ludźmi, którzy organizowali region podziemny Kulerski trafił do Bujaka i zaczęła powstawać struktura RKW*. Ja natomiast w tym czasie zbierałem informacje dla gazet podziemnych w regionie Mazowsze i byłem współorganizatorem oraz łącznikiem biura RKW.
Później, w wolnej już Polsce, od 1991 roku pracowałeś dla „Tygodnika Solidarność”, ale wróćmy jeszcze do okresu poprzedzającego stan wojenny. Ostatni, 37 numer TS ukazał się 11 grudnia, na dwa dni przed wprowadzeniem stanu wojennego. Tygodnik ukazywał się od kwietnia 1981 roku. Był wówczas pierwszym, legalnie wydawanym pismem, niezależnym od władzy. Jak oceniasz, czy wykorzystał tę szansę?
Wydaje mi się, że wykorzystał w dużym stopniu, informował o „Solidarności”, dawał wiedzę historyczną, społeczną, gospodarczą, obszernie relacjonował I krajowy Zjazd Solidarności. Wydany został specjalny numer w milionowym nakładzie. Tygodnik spełnił wyjątkową rolę. Do dziś ludzie pamiętają go jako taką zupełnie wolna trybunę, Mówiło się, że jest to pierwsza niezależna gazeta od Władywostoku po Łabę.
Ingerencje cenzury były w tygodniku zaznaczane, a zdarzały się często. Myślę, że jego rola była ogromna, bo był przełamywany monopol informacyjny oficjalnej propagandy.
Od 1991 roku byłeś w zespole TS, a od 2002 jesteś redaktorem naczelnym. Co się zmieniło w czasie tej dekady, kiedy jesteś naczelnym, jak się zmienił Tygodnik?
Kiedy zostałem redaktorem naczelnym to zmieniłem formułę pisma z papierowej na magazynową, licząc na to, że dotrzemy do szerszego czytelnika, podbijemy nie tylko związkowego, ale takiego, który by chciał mieć tygodnik opiniotwórczy. To, co moim zdaniem, udało się Lisickiemu z „Uważam Rze” 8 lat później. U nas pojawiły się nazwiska późniejszych autorów „Urze”. Ale związek nie miał środków na nowoczesną formułę w zakresie papieru, nakładu, promocji, i dlatego pozostaliśmy w takiej niszy związkowej, co nie znaczy, że nie kontynuujemy formuły pisma opiniotwórczego, ale ona jest skromna, jeśli miałbym ją porównać do „Uważam Rze”.
Mówisz, że w obecnym kształcie „Tygodnik Solidarność” skierowany jest do szerszej publiczności, ale z drugiej strony wątki związkowe nadal w nim dominują, jak choćby w ostatnim numerze znajdujemy artykuły o Karcie Nauczyciela, ubezpieczeniach pracowniczych, demonstracjach Solidarności, itd.
Z pewnością dominują tu wątki związkowe. Jest to pismo głównie skierowane do związkowców.
Ale czy jest dziś miejsce na polskim rynku na tego typu pismo? Czy jest potrzebne?
Jest potrzebne, ponieważ związkowcy chcą mieć takie pismo, które jest formą pomiędzy biuletynem związkowym a tygodnikiem opinii. Spełniamy obie te role; informujemy o tym, co się dzieje w związku, ale z drugiej strony z uwagi na tradycje starego tygodnika, nigdy nie odeszliśmy od formuły pisma opiniotwórczego, tylko zmieniały się proporcje i wpływy.
Jesteśmy pismem przywiązanym do tradycyjnych wartości chrześcijańskich, ale różnimy się od zdecydowanej większości mediów, bo jesteśmy nie-liberalni w sferze ekonomii. Spełniamy więc oczekiwania jakiejś części związkowców, a także ludzi, którzy oczekują, żebyśmy byli tygodnikiem opinii. Mamy szerokie grono felietonistów: Jana Pietrzaka, Barbarę Fedyszak-Radziejowską, Krzysztofa Kłopotowskiego, Ryszarda Bugaja i innych. Mamy nazwiska, które publicystycznie coś znaczą i podejmują nie tylko tematy związkowe, ale ogólnopolskie, od recenzji rządu przez teksty historyczne po katastrofę smoleńską…
…po recenzję filmu, artykuły o GMO…
…po sport. To jest formuła tygodnika opinii, poruszającego wszystkie najważniejsze problemy kraju. Tylko z uwagi na szczupłość środków i być może ze względu na stygmatyzacje, polegającą na tym, że jest to tygodnik związkowy i tak zaszufladkowany, trudno nam się przebić do szerszego grona czytelników.
Dziś mija 31 lat od wprowadzenia stanu wojennego, 23 lata minęły w czerwcu od wolnych wyborów w Polsce, a autorzy stanu wojennego wciąż nie zostali rozliczeni. Jak myślisz, dlaczego?
Wprawdzie jest wyrok sądu o związku przestępczym** i skazanie w zawieszeniu generała Kiszczaka, ale, nie oszukujmy się, to nie jest to, czego oczekiwałaby opinia publiczna, jeśli chodzi o sprawiedliwość i zadośćuczynienie za zdławienie ambicji narodu, dążącego do wolności w 1981 roku.
Autorzy stanu wojennego zniszczyli szanse rozwoju Polski, a z drugiej strony z ich polecenia zginęli, w sposób bezpośredni lub pośredni, niewinni ludzie. Złamano życiorysy setkom tysięcy ludzi, np. co najmniej dwa tysiące dziennikarzy straciło pracę. Skala tego zniszczenia tkanki społecznej jest ogromna.
Są ludzie, którzy jednak bronią generała Jaruzelskiego, którzy mówią „dajmy spokój już temu schorowanemu człowiekowi”, a Adam Michnik powiedział to słynne: „Odpieprzcie się od generała!”.
Paradoks mówienia, żebyśmy dali spokój generałowi, polega na tym, że on ma ten spokój. A powinien być jednoznacznie osądzony. Powinna być wymierna kara sądowa za wyrządzone zło.
Dlaczego więc jej nie ma, jaka jest przyczyna braku rozliczenia?
Cały czas to środowisko autorów stanu wojennego jest silne; i w mediach jest silne, i w polityce jest silne, i to jest rak, który cały czas toczy Polskę. Tej gwarancji danej tej grupie przy okrągłym stole do dziś nie może złamać żadne prawo.
*RKW (Regionalna Komisja Wykonawcza Regionu Mazowsze)
x
