Z prof. Walerym Pisakiem o dziennikarskim „wkręcaniu”, języku polskim polskich dziennikrzy i nadziejach na prawdziwe dziennikarstwo w Internecie rozmawia Andrzej Kaczmarczyk.

 
 

Prof. Walery Pisarek (ur. 1931) – językoznawca i prasoznawca. Honorowy prezes Rady Języka Polskiego. 1969 – 2000 dyrektor Ośrodka Badań Prasoznawczych. Autor większości tekstów „Ogólnopolskiego Dyktanda”. Obecnie pracownik Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Papieskiego JP II w Krakowie. Autor wielu książek i laureat licznych nagród. W grudniu 2012 uhonorowany Laurem SDP. 
 
Panie Profesorze gratuluje „Lauru SDP”. Chyba nikt bardziej od Pana na to nie zasłużył.
 
- Co do tego drugiego to nie potwierdzam… (śmiech), ale co do tego, że jest czego gratulować, nie mam żadnych wątpliwości.
 
No to wzajemne grzeczności mamy za sobą. Dotarła do mnie plotka, że na wiadomość o przyznaniu „Lauru SDP” podobno nabrał Pan podejrzeń, iż jest „wkręcany”. To prawda? 
 
- Rzeczywiście byłem przekonany, że to jest dziennikarska prowokacja. Akurat miałem zaczynać zajęcia, kiedy zadzwonił telefon. Rozmówca przedstawił się: „Mówi Skowroński. Krzysztof Skowroński”. Pomyślałem, że to przypadkowa zbieżność nazwisk, ale kiedy mi powiedział o przyznaniu „Lauru”, to sobie pomyślałem: „Oooo, ja nie jestem angielską pielęgniarką, która da się łatwo nabrać, że dzwoni do niej królowa”. Nic nie dałem po sobie poznać, że tę wiadomość dostałem, i byłem z siebie zadowolony z każdą godziną bardziej, bo ów domniemanie rzekomy Krzysztof Skowroński zapowiedział, iż wkrótce 
skontaktuje się ze mną wiceprezes Piotr Legutko. Gdy po kilkunastu godzinach redaktor Legutko jeszcze się nie odezwał, pomyślałem o sobie z podziwem: „Jaki ty jesteś mądry Walerku, że się nie dałeś nabrać”. Dumny z siebie, nikomu się nie pochwaliłem. Uwierzyłem, gdy pogratulował mi zaszczytu dyrektor mojego instytutu ks. prof. Michał Drożdż.
 
Jak Pan ocenia posługiwanie się językiem polskim przez polskich dziennikarzy?
 
- Wspaniale!
 
Oooo?! 
 
- No tak, ale może jest Pan zdziwiony, bo myśli Pan o kimś innym niż ja. Ja myślę o Hannie Krall, o Jasi Jankowskiej, o Kąkolewskim, Kapuścińskim, o Bohdanie Tomaszewskim, ale także o dziesiątkach wspaniałych dziennikarzy i publicystów, którzy piszą czasem po polsku tak pięknie jak nikt przed nimi nie pisał. Uważam, że taka jest prawda. Uważam też, że nigdy tyle osób nie mówiło tak dobrze po polsku, prawdziwą kulturalną polszczyzną, jak obecnie. 
 
Tak w ogóle czy w mediach?
 
- I jedno, i drugie. Bywały w historii okresy większej lub mniejszej staranności, ale nie potrafiłbym wskazać równie dobrego okresu dla języka polskiego. Oczywiście mam na myśli formę, a nie treść. Wspaniałą polszczyzną posługuje się np. gen Jaruzelski.
 
No to widzę, że zdecydowanie nie wnikamy w content? 
 
- (Śmiech) Nie wnikamy. No, może niestety z ortografią i interpunkcją bywało lepiej. W PRL redakcje zatrudniały licznych korektorów. Nie tylko po to, aby w druku nie pojawiło się „Sralina” zamiast „Stalina”, ale także, żeby nie było „ruży” zamiast „róży”. Teraz niestety bardzo oszczędza się na korekcie i efekty tego są często widoczne.
 
Rozumiem dlaczego wszyscy mówią o Panu, że jest Pan człowiekiem wyjątkowo łagodnym i optymistycznym. Rzeczywistość w Pana ocenie jest w najgorszym wypadku jak przysłowiowa szklanka do połowy pełna, a już nigdy do połowy pusta. Czy jestem w stanie sprowokować Pana profesora do ostrzejszej krytyki?
 
- Nooo…. (śmiech). No to powiem, że ten problem z korektą dotyczy niestety również poważnych pism. Nawet w „Polityce”, którą ceniłem i cenię, pojawia się czasem ortograficzny lapsus kompromitujący w najwyższym stopniu. Może to wynik pewnych rewolucyjnych zmian na rynku prasowym, więc może dlatego jeszcze bardziej jest to w idoczne w nowo powstających pismach, które rodzą się z poczucia misji, ale w wielkim pośpiechu. Wiele ortograficznych błędów wykryłem w pierwszym czy drugim numerze „W Sieci”, więc widać, że jest to słabość prasy bez względu na treść, bo nie użyję tu słowa „kontent”. Oczywiście swoiste błędy powoduje technika, czyli nasze przemądrzałe komputery. Mówiłem mejlowy, mejlować, a pewnie pański zapisze meblowy, meblować. Proszę uważać. Mój podstępnie przerabia nazwisko mego kolegi Gobana-Klasa na Gabona.
 
Mój przerabia na Gorana. Mam jednak temat bardziej nieprzyjemny niż korekta. W laudacji na Pana cześć Krzysztof Gurba przypomniał, że jeszcze w latach 70. był Pan autorem wyróżnienia w języku dziennikarzy poetyki wiadomości, poetyki komentarza i poetyki reportażu. Dziś nader często mieszamy te poetyki.
 
- Różne kodeksy dziennikarskie przestrzegają: rozróżniajcie informacje od opinii. To, co jest wyrazem opinii, czyli impresja i ekspresja, nie powinno mieć prawa wstępu do tekstów informacyjnych. Kanon wzorowego dziennikarstwa miała tworzyć informacja i oddzielony od niej, subiektywny, ale 
uczciwy komentarz. Co ciekawe jednak, z badań oczekiwań odbiorców wynika, że większość ludzi nie chce czystej informacji. Wolą mieć jednocześnie wiadomość i…
 
… i podpowiedź: co mam o tym sądzić.
 
- Tak. Chcą mieć ocenę, czy to dobrze, czy źle. Czy bohater tekstu ma rację, czy jej nie ma. Czy to jest dobry człowiek czy zły. Współczesny, rozbiegany czytelnik nie chce tego szukać na innych stronach. Chce to mieć jedno i drugie od razu. Redakcje to wiedzą i z tej wiedzy wyciągają odpowiednie wnioski. Tekst informacji nawet jest informacyjny, ale nagłówek jest… opinią! W 100 procentach. Często bardzo ekspresyjną. Dotyczy to bardzo różnych światopoglądowo gazet. To samo robi „Rzeczpospolita” i „Gazeta Wyborcza”. Niestety, ludzie bardzo często czytają wyłącznie nagłówki, czyli zapoznają się jedynie z ekspresyjnie wyrażoną opinią.
 
Jaką przyszłość wróży Pan drukowanej prasie lub czasopismom?
 
- Pokusiłbym się o postawienie przewrotnej hipotezy. Prawdopodobnie powszechnie dostępna będzie jedynie w Internecie, a egzemplarze drukowane, gratisowe i ekskluzywne, będą w małych nakładach rozpowszechniane w środowiskach opiniotwórczych, by budować markę wydawnictwa. Już teraz czasami otrzymuję takie czasopisma. Wydawca robi to w nadziei, że po zaakceptowaniu polecę jakiś artykuł studentom, a dostęp dla nich będzie już płatny. Takie gratisowe, eleganckie wydania, dostarczane są też reklamodawcom.
 
A przyszłość zawodu dziennikarza?
 
Myślę, że przyszłość tego dziennikarstwa na wyższym poziomie może być świetlana.
 
???
 
Zakładam, że Internet da dziennikarzom dużo niezależności i swobodę wypowiedzi. Być może, będzie to niezależność taka, jaka się przydarzyła polskim dziennikarzom w roku 1981, kiedy to w części redakcji zespół decydował o tym, kto będzie redaktorem naczelnym. Nie trwało to długo, ale wbrew pozorom był to okres największej niezależności dziennikarzy w historii polskiej prasy. Moim zdaniem Internet stwarza podobną możliwość.
 
Takie inicjatywy mają już miejsce szczególnie po prawej stronie naszej dziennikarskiej sceny i Pan uważa, że to jest przyszłość? 
 
Jedyna przyszłość prawdziwego dziennikarstwa. W Polsce nie zdajemy sobie sprawy ile tekstów w zachodniej prasie, szczególnie niemieckiej, to teksty wzorowo, kompetentnie i profesjonalnie przygotowane przez pi-arowców, a nie dziennikarzy, które redakcje otrzymują za darmo. Nadzieją niekomercyjnego dziennikarstwa jest Internet.
 
Pan Profesor jest jednak niepoprawnym optymistą…
 
… bo moje doświadczenie życiowe tego optymizmu mnie nauczyło. Wbrew szatańskim knowaniom świat idzie ku dobremu, ale jeśli tylko można, trzeba dobru pomóc.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl