Rozmowa z Rafałem Stańczykiem, korespondentem TVP w Afganistanie, o życiu codziennym w Kabulu, polskich żołnierzach i sprawdzaniu samego siebie.
Rafał Stańczyk. Absolwent Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Od ponad 6 lat pracuje jako reporter w TVP. Relacjonował konflikty w Libii, Egipcie, Somalii, Sudanie Południowym. Najbardziej upodobał sobie jednak Afganistan, w którym spędził blisko 7 miesięcy. Autor reportaży „Piekło misjonarza" i „Pocztówki z Kabulu", pokazujących wojnę afgańską i odbudowę kraju. Współautor dokumentu „Mój tato prezydent", opowiadającego historię o tworzeniu nowego państwa w środkowej Somalii.
Materiały filmowe, które nadsyła Pan z Afganistanu dotyczą życia cywilnego – dlaczego nie wojny?
Zobaczyłam, że gros niewykorzystanych tematów, dotyczy życia cywilnego. Ono jest często pomijane w newsach, a przecież tworzy charakter danego miejsca. W Afganistanie wielokrotnie byłem w bazach wojskowych. Tam rzeczywiście słychać strzały, są żołnierze i tragedie. Ale wystarczy pokazać codzienne życie w tym kraju, żeby widz był tak samo zainteresowany. Naprawdę to było wstrząsające dla wielu moich znajomych, kiedy dowiedzieli się ode mnie, że w Kabulu są dziewczyny, które uprawiają boks, które grają w piłkę nożną. Są faceci, którzy wyjeżdżają w wolny dzień - tak samo jak my - nad jezioro, kąpią się, robią sobie grilla - w ten sposób spędzają wolny czas. Czyli, oprócz tej całej otoczki wojennej, warto pokazać normalne życie, uświadomić sobie, że wszędzie są ludzie, którzy chcą normalnie przeżyć.
Powiedział Pan, że 95 procent Afgańczyków nie żyje wojną, ona ich bezpośrednio nie absorbuje. Czy to znaczy, że w Afganistanie nie widać wojny?
Ta wojna oczywiście jest. W ogóle Afganistan, trzeba to mieć na uwadze, jest krajem dwa razy większym od Polski. Tam trwa wojna partyzancka, więc są miejsca, gdzie rzeczywiście jest niebezpiecznie, ale w stolicy kraju i na zachodzie toczy się normalne, codzienne życie. Miałem taką ciekawą sytuację: jechałem raz tą samą drogą z wojskiem, a drugi raz z organizacją humanitarną. Za pierwszym razem były rosomaki, żołnierze, odpowiednie strefy, a jeśli ktoś podjeżdżał do nas za blisko, to padał zaraz strzał ostrzegawczy. Za drugim razem, kiedy jechałem z organizacją humanitarną, ci sami ludzie, którzy byli odstraszani poprzedniego dnia, teraz - jak widzieli, że nie ma wojska - częstowali nas winogronami, zapraszali na herbatę. Ta sama droga, a za każdym razem całkowicie inna perspektywa.
Ale czy oni wiedzieli, że Pan jest Polakiem, że pochodzi Pan z kraju, który wysłał swoje wojska na ich ziemie?
Szczerze mówiąc to jest tak: jeśli jeździłem do Kabulu, gdzie są ludzie wykształceni, którzy wiedzą, co się dzieje, to rzeczywiście możemy porozmawiać o tym, że jesteśmy z Polski oraz jaki jest charakter naszej misji. Ale kiedy jedziemy do zwyklej, prostej wioski w Ghazni, czyli tam, gdzie są Polacy, to oni nie rozróżniają obcych: dla nich jestem białym z innego świata.
Czy biały jest dla nich wrogiem, czy kimś z kim można negocjować?
Afgańczycy to jest bardzo otwarty, ciepły naród. Oczywiście są również tacy, z którymi nie porozmawiamy; od razu trafimy do więzienia albo nas wywiozą, zabiją.
Spotkał Pan takich?
Bardzo rzadko, mimo że za każdym razem jak wyjeżdżam do Afganistanu, to słyszę: „ co się z tobą stanie, na pewno stamtąd nie wrócisz”, ale za każdym razem spotykam przede wszystkim fajnych, miłych, uśmiechniętych ludzi. Oczywiście jest ta mała grupa, o której wspominałem, ale to jest niewielki procent, czy wręcz promil populacji.
Spotykał się Pan też z polskimi żołnierzami, i jakie to były relacje? Czy wyczuwał Pan w ich zachowaniu strach i czy ten strach się Panu udzielał?
Na początku, kiedy przyjeżdża dziennikarz, to jest naturalny mur pomiędzy nim a żołnierzami, którzy myślą: „no tak, przyjechał kolejny dziennikarz szukać sensacji”. I trzeba spędzić trochę czasu z nimi, żeby zbudować zaufanie. I wtedy rzeczywiście można robić o nich materiały.
Czy mówią, dlaczego pojechali do Afganistanu?
Żołnierze są różni i z różnych powodów tam się znaleźli. Niektórzy myślą głównie o pieniądzach. Niektórzy chcą się sprawdzić jako faceci. Niektórzy jadą tam, bo ich koledzy tam jadą. To są różne motywacje, niektórzy się boją, niektórzy są odważni. Ale by ich poznać, na to trzeba czasu. I dopiero wtedy można przedstawić „wspaniały” obraz wojny. Nie chcę mówić, że wojna jest wspaniała, ale zobaczyć ludzi w sytuacjach ekstremalnych, przyglądać się im, to dla reportera niezwykła sytuacja.
Czy były takie sytuacje, kiedy Pan się bał?
Albo nadajesz się do pracy jako korespondent wojenny albo nie, swojego organizmu nie oszukasz. Jeśli usłyszysz strzały i panikujesz nie wróż sobie oszałamiającej kariery w tym zawodzie, jednak kiedy mimo wielkiej dawki adrenaliny potrafisz się skupić na swoim zadaniu, to dobry znak. Tu nie chodzi o robienie z siebie bohatera, tylko o to czy twoja psychika jest gotowa na takie wyzwania. A odpowiadając konkretnie na pytanie, to pewne przemyślenia i refleksje pojawiają się u mnie już po wszystkim, jak w wygodnym fotelu oglądam sobie materiał, który nakręciłem.
Jakie były pańskie motywacje, kiedy Pan tam jechał?
Z jednej strony mnie to fascynowało, chciałem zobaczyć wojnę. Chciałem się sprawdzić, zobaczyć czy dam radę. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że Afganistan, czy ogólnie konflikty, to jest bardzo ciekawe źródło informacji. Tam się tworzy historia, o tych wydarzeniach będziemy czytali w podręcznikach. Dobrze jest przyjrzeć się, jak to naprawdę wygląda, bo wtedy też można złapać dystans do świata, i za każdym razem jak wyjeżdżam, to te wyjazdy mnie zmieniają. Kiedy wracam i słyszę o naszych problemach, to nie są one dla mnie tak duże jak w Płd. Sudanie, Somalii, czy w Afganistanie.
Ma Pan rodzinę?
Mam dziewczynę, ale stałej rodziny nie mam. Staram się jakoś połączyć te dwa światy, wiem że to jest możliwe, chociaż trudne.
