Zwycięzca na lodzie – rozmowa z Adamem Bogoryja-Zakrzewskim, laureatem Grand Prix I Festiwalu Sztuki Faktu w Toruniu, o kłopotach freelancera, wpadkach wymiaru sprawiedliwości i problemach Polaka-szaraka. Rozmawia Marek Palczewski.

Adam Bogoryja-Zakrzewski. Dokumentalista, reportażysta. Dziennikarz prasy, radia i telewizji. Pracował m.in. w Polskim Radiu (1985-1993), TVP (1993-2001) i TV Polsat. Laureat Nagrody Głównej „Wolności Słowa” SDP za dokument „Szlaban” (2001). Nagroda za reportaż „Szlaufy – nieletnie na ulicy” w konkursach MELCHIORY 2006, WSPÓLNA EUROPA 2006. Trzykrotny finalista GRAND PRESS – 2002, 2003 i 2006. W 2012 roku zdobył (wraz z żoną Hanną Bogoryja-Zakrzewską ) prestiżową nagrodę główną w konkursie o Grand Prix KRRiT w dziedzinie reportażu i dokumentu radiowego za reportaż p.t. „Nic się nie stało”. W kwietniu b.r. otrzymał Grand Prix I Festiwalu Sztuki Faktu w Toruniu za reportaż „Spór o kładkę”.

Autor tekstów w prasie krajowej i zagranicznej. Pisał m.in. w „National Geographic”, „Polityce”, „Rzeczpospolitej”, był z-cą red. nacz. pisma „Pieniądz” i red. nacz. pisma „Firma”.

 

Od ośmiu miesięcy jesteś wolnym strzelcem. Jak to jest być freelancerem?

Muszę znaleźć temat i nakłonić jakąś redakcję, żeby go kupiła. Na własny koszt muszę przygotować dokumentację i zrealizować produkcję. Bywało, że kilkakrotnie ryzykowałem, inwestując własne pieniądze, kręcąc, pisząc lub nagrywając dla radia. W efekcie, co trzy miesiące zdobywam jakąś nagrodę, najpierw za reportaż radiowy, potem prasowy, teraz za telewizyjny.

Jesteś tym zaskoczony?

Niesamowicie - że tak można i że to się udaje. A jednocześnie pomimo tak wysokich nagród, czy Grand Prix KRRiT, czy Grand Prix FSF, te pieniądze nie dają mi możliwości przeżycia, utrzymania rodziny. Dziś rynek jest tak trudny, że w wielu redakcjach spotykam się z odmową możliwości współpracy.

Redakcje Cię nie chcą , mimo tych nagród, mimo że posiadasz takie umiejętności?

Chciał mnie „Reporter Polski” (program TVP – red.), ale oni mają ograniczone możliwości emisyjne, bo tylko raz w miesiącu, a ludzi jest dużo, więc  tam też nie można zarobić tyle, by mieć na utrzymanie. Jestem zaskoczony sytuacją, że często widzę, słyszę, czy czytam w mediach reportaże  niewysokich lotów. Włączam telewizję i nie mam czego oglądać. I nie mogę zrozumieć, jak to się dzieje: dlaczego polityczne, koleżeńskie, finansowe powiązania i względy powodują, że nie dopuszcza się innych, lepszych materiałów; że nie obowiązuje zasada, iż to co lepsze wypiera gorsze?

Ale czy kiedykolwiek było inaczej? Czy kiedyś tych powiązań towarzyskich, biznesowych, itp. , o których mówisz, nie było?

Powiem o faktach. Dziesięć  lat temu, gdy proponowałem współpracę obcym dla mnie redakcjom, to na dziesięć propozycji  sześć, siedem brano ode mnie, mówiono „rób”. Teraz, jak uda mi się jedną sprzedać, to jestem szczęśliwy; więc kiedy wypruwasz żyły, zdobywasz pełną dokumentację i masz efekty w postaci wygranych konkursów, to takie sytuacje zaskakują cię i myślę, że nie ma co koloryzować, trzeba tę prawdę o naszych mediach powiedzieć. Może to coś zmieni…

Tak czy inaczej, działając jako freelancer odnosisz sukcesy, a bodaj największym była nagroda Grand Prix Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji  za reportaż (wspólnie z Hanną Bogoryja-Zakrzewską): „Nic się nie stało”.

Trafiłem na sprawę mężczyzny, który 12 lat przesiedział w więzieniu za niewinność, oskarżony i skazany za zabójstwo, i dopiero po dwunastu latach został uniewinniony. To mnie bardzo poruszyło, bo próbowałem wczuć się w jego sytuację; on był niewinny , a przez tyle lat siedział za kratkami, a kiedy to sobie wyobrażałem, to ogarniała mnie wściekłość i niemoc. On był całkowicie bezradny w walce z systemem i z ludźmi, którzy go skazali. To był bardzo istotny temat , zgłosiłem go kilku poważnym redakcjom – nikt nie chciał.

Dlaczego?

Wynajdowano tysiące przyczyn. Myślę zarówno  o redakcjach telewizyjnych, jak i  prasowych.

Co więc zrobiłeś?

Kupiłem magnetofon, a jak się jest na rynku wolnym strzelcem, to przecież  liczysz każdy grosz. Pojechałem do Gdańska na trzy dni i byłem z moim bohaterem przez kilkanaście godzin każdego dnia. Wyciągnąłem od niego dużo informacji, a potem, po powrocie, moja żona zmontowała ten reportaż dla Polskiego Radia, i zdobyliśmy za niego Grand Prix KRRiT.

Będzie dalszy ciąg, bo uniewinnienie to jedno, ale ono nie kończy sprawy…?

Czesław Kowalczyk (bo o nim mowa w reportażu – red.) został prawomocnie uniewinniony. Ale to jedna strona medalu, druga jest taka, że prokuratorzy nie dopełnili obowiązku sprawdzenia jego alibi, jego wersji niewinności, posłuchali świadka, pomimo różnych wątpliwości, i na podstawie pomówienia wsadzili go do więzienia, a sędziowie to przyklepali. Po dwunastu latach, gdy główny świadek oskarżenia zmienił zeznania i powiedział, że zabił ktoś inny, mój bohater został uniewinniony. Ale przecież wcześniej go skazano, mimo że zleceniodawca morderstwa mówił już w trakcie procesu, który doprowadził do wyroku skazującego, że ten gość jest niewinny!

Dziś ten człowiek przeżywa kolejną tragedię, bo jego syn, który ma teraz 18 lat, zerwał z nim wszelkie kontakty, bowiem matka, a zarazem była partnerka skazanego, wmówiła synowi, gdy ojciec został skazany na więzienie, że tata ich opuścił. Sama zerwała kontakty ze swoim dawnym partnerem, postanowiła stworzyć  rodzinę  i wyszła za innego mężczyznę. I to jest clou całej sprawy: bo panu Czesławowi najbardziej zależy na tym, żeby syn chciał z nim rozmawiać, żeby mieć z nim kontakt, a syn tego nie chce.

Będziesz kontynuował ten temat?

Cały czas próbuję. Dotarłem do syna.

I co on mówi?

Mówi  to samo, że cały czas ma poczucie opuszczenia przez ojca. Nie dociera do niego nawet argument, że ojciec został uniewinniony. Bo tak naprawdę ojciec nie był do końca czysty, miał związki biznesowe z mafią w Trójmieście. I choć nie popełnił zbrodni, którą mu przypisano, to dla syna to już nie jest istotne, bo kiedy on potrzebował ojca, to jego przy nim nie było. To jest wielka tragedia bohatera tego reportażu: najlepsze lata stracił w więzieniu, stracił syna, i wszystko musi zaczynać od nowa. On sam uważa, że życie bez kontaktów z synem nie ma sensu. I o tym jest ten reportaż.

Lubisz brać się za takie tematy, z których wyłania się bezsens, absurd sytuacji? Kiedy wydaje się, że sytuacja jest niemal bez wyjścia, że można ją porównać tylko do walenia głową w mur?

Mnie bardzo denerwuje ignorancja, dyletanctwo, bylejakie traktowanie swojej roboty…

…i ludzi…

…wskutek czego inni ponoszą krzywdę. Oczywiście takie traktowanie ludzi bardzo mnie wkurza. No bo postaw się w sytuacji, że wsadzają cię za kraty całkiem niewinnie, a twoja partnerka mówi dziecku „tata cię opuścił”, i tracisz wszystko tylko dlatego, że prokuratorowi nie chciało się sprawdzić alibi… Co więcej, prokurator dostał w zamian za to awans, premię!

Chcesz teraz pomoc i ojcu, i synowi, żeby na nowo znaleźli więź, która by ich połączyła?

Próbuję. Dotarłem do syna, nagrałem rozmowę ukrytą kamerą, poprosiłem o rozmowę z jego mamą, żeby temu bohaterowi z Gdańska pomóc. Czuję moralny obowiązek niepozostawienia go w tej sytuacji; próbowałem w grudniu, próbowałem dwa miesiące temu i wkrótce spróbuję ponownie spytać syna o ojca; mam z nim kontakt e-mailowy, na razie nie odpowiada.

Czy będziesz też dążył do „wymierzenia sprawiedliwości” temu prokuratorowi, który doprowadził do skazania za morderstwo niewinnej osoby?

Chcę.

Jak?

Muszą tego chcieć redakcje. Redakcje muszą zamówić tego typu materiał. Kiedy proponowałem, że dotrę do prokuratora, sędziego, żeby porozmawiać o tej sprawie, to redakcje nie były tym zainteresowane.

Dlaczego? Powiedziano ci?

Dlatego, że nie interesuje ich strona urzędnicza…

Mimo, że to jest ważna społecznie sprawa?

W wersji radiowej udało mi się dojść jedynie do rzecznik Prokuratury i do rzecznika prasowego Sądu. Na tym kończył się kontakt. To też jest kolejny problem:  braku możliwości dotarcia do osób, które decydują o czyimś losie. Ale ostatecznie, jeżeli chodzi o możliwości realizacji, to pomocną dłoń wyciągnął do mnie „Reporter Polski”, który zamówił reportaż na ten temat.

Masz już kolejne, podobne tematy?

Tak. Od osoby, która pełniła funkcję ministra sprawiedliwości i jest sędzią wysokiej klasy dowiedziałem się, że wymiar sprawiedliwości ma kolejny dylemat. Mieli wsadzić Adama z Warszawy za zabójstwo i wsadzili, tylko że nie tego Adama a kogoś innego.

Jak długo siedzi nie-ten Adam?

12 lat.

Niemożliwe!

Ja też  początkowo nie wierzyłem, że dzieją się takie rzeczy. Ale tak jest.

W Toruniu dostałeś Grand Prix za reportaż „Spór o kładkę”. Też opowiadasz w nim historię wydawałoby się niemożliwą.

Kładka była punktem wyjścia. Gmina zlikwidowała stary most, który rzeczywiście zagrażał już bezpieczeństwu - most po którym chodzili mieszkańcy na pola, czy do rodziny w innej wiosce. Dla mojego bohatera ten most był jedyną drogą łączącą go ze światem, dawał możliwość, żeby córka mogła dojść do autobusu, który dowoził ją do szkoły. On mieszka w przysiółku po drugiej stronie rzeki, więc postawił sobie kładkę. I wszystkie urzędy, wszystkie instytucje udowadniały mu, że postawił kładkę nielegalnie. Zgadza się, że nielegalnie, tylko że jednocześnie w jego obronie wystąpił  dwukrotnie Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, po interwencji Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Sąd orzekł, że gmina musi mu zapewnić podstawowe warunki do życia, tymczasem władze nic nie robią. Ten człowiek nie ma nawet prądu, a to gwarantowała każdemu obywatelowi ustawa o powszechnej elektryfikacji z ubiegłego wieku. Niestety, on ma pecha, bo mieszka na styku dwóch gmin i żadna tego prądu nie chce dociągnąć do jego domu. To jest materiał o walce Polaka-szaraka z urzędami. Walka trwa już 6 lat.

Czy ta sprawa może być rozwiązana w tej chwili?

Musi być. Ja już tam byłem po raz drugi. Udało mi się doprowadzić do rozmów z urzędnikami, a ci wyszukują kolejne  argumenty na nie, a jednocześnie deklarują, że być może uda im się coś załatwić – więc czekamy.

Co jest dla Ciebie najbardziej satysfakcjonujące w Twojej pracy?

Jeśli poprzez reportaż udaje mi się poruszyć taką sprawę, która pokazuje wielu ludziom prawdę, i która uczy mnie myślenia o tych ludziach, o ich losie, bo przez to staję się bogatszy.  

Przeraża mnie ignorancja ludzi, szczególnie urzędników. Kiedyś zrobiłem materiał o ogromnej korporacji w Polsce, myślę o Amwayu, a właściwie o konflikcie tej korporacji z Henrykiem Dederko, któremu nie pozwolono pokazać publicznie filmu „Witajcie w życiu”. To była tragedia bardzo zdolnego człowieka. Szczególnie zabolało mnie to, że z jednej strony mamy wielkie i puste jak się okazuje słowa w Konstytucji o prawie każdego człowieka do informacji, a z drugiej jakaś korporacja uzyskuje dla siebie sądowy zakaz publikacji.  Problem polega na tym, że sąd nie potrafił zakończyć sprawy w ciągu kilku miesięcy. Zakaz publikacji filmu „Witajcie w życiu" trwa przez kilkanaście lat.* Później wraz z żoną zrobiliśmy reportaż o galeriankach – wstrząsający materiał o młodych dziewczynach poszukujących opiekunów wśród starszych mężczyzn. Walczyliśmy wtedy  o to, by pokazać problem nienormalnie funkcjonujących rodzin.

A teraz o co walczysz?

Teraz walczę o poważne podejście do wykonywania pracy przez prokuratorów i sędziów, żeby takie historie jak te, które wcześniej opisywałem, nie zdarzały się nigdy więcej.  

* W grudniu 2012 roku Sąd uznał, że Henryk Dederko miał prawo przedstawić w dokumencie „Witajcie w życiu" dystrybutorów firmy Amway. A telewizja może ten film pokazać. Choć bez jednej planszy.

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75475,13072308,TVP_pokaze_polkownika_o_Amwayu___Witajcie_w_zyciu_.html#ixzz2R6x1bXTD

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl