Pawłem Kaźmierczakiem z „Magazynu Ekspresu Reporterów” o człowieku skazanym niesłusznie za morderstwo, o sile interwencji dziennikarskiej i misji zawodu rozmawia Marek Palczewski.

 

 

Paweł Kaźmierczak, rocznik 1974. Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarską pracę rozpoczął w 1997 r. w lokalnym radio. Z TVP związany od 2003 r. Od trzech lat na stałe współpracuje z „Magazynem Ekspresu Reporterów”. Specjalizuje się w reportażach śledczych. Dociera do prawdy demaskując urzędnicze błędy i zaniedbania. Pokazuje historie osób poszkodowanych przez administrację państwową i wymiar sprawiedliwości. Dzięki jego reportażom wiele razy udało się pomóc i odwrócić błędne decyzje urzędników.

Dwukrotnie nominowany (2009 i 2011 r.) do Nagrody Grand Press w kategorii śledczy reportaż telewizyjny za materiały zrealizowane dla Magazynu. Otrzymał również Nagrodę Specjalną Prezesa Zarządu TVP, za „zawodową sprawność, rzetelność i odwagę w przygotowaniu informacji dla TVP". Jego hobby to kolarstwo MTB czyli jazda na rowerze górskim w trudnym terenie.

 

W ostatnim MER pokazałeś reportaż („Jeszcze żyję” – emisja 9.10.2012) o człowieku, który niesłusznie skazany za morderstwo przesiedział w więzieniu 18 lat. Jak się o nim dowiedziałeś?

To był zupełny przypadek.  Marek Gliński, bohater reportażu, przysłał  list do naszej redakcji. Pomyślałem, że warto się z nim skontaktować, bo sprawa wyglądała na interesującą. W liście było też sporo kontaktów do ludzi, którzy już znali jego losy. Pojechałem do Zakładu Karnego we Włocławku, gdzie odsiadywał wyrok 25 lat pozbawienia wolności za morderstwo. Przed realizacją reportażu, spotkaliśmy się trzy razy. Gliński okazał się bardzo inteligentnym człowiekiem, a to, czego się od niego dowiedziałem, było zatrważające. Przy każdym spotkaniu obecni byli oficerowie służby więziennej, którzy do samego końca nie wiedzieli, co znajdzie się w reportażu. Kiedy włączyliśmy kamerę, a Gliński zaczął opowiadać to, co przeżył, „klawisz” stojący z tyłu celi, aż usiadł. Kiedy wyłączyliśmy kamerę, zapytał tylko„i pan chce to puścić?”. Odpowiedziałem: „oczywiście”. Był zdumiony i zaniepokojony.

Czy wierzysz, że Marek Gliński jest niewinny, bo wydaje się, że sądy nadal uznają go za winnego?

Od samego początku nie było dowodów przemawiających za tym, że to Gliński jest mordercą. Dla sądu najbardziej obciążającym argumentem przemawiającym za skazaniem go na 25 lat więzienia był fakt, że bohater mojego reportażu jest emerytowanym żołnierzem Legii Cudzoziemskiej. To już wystarczyło, żeby zrobić z niego mordercę. Nikt nie słuchał zeznań Glińskiego, ani tym bardziej Wojciecha G., współoskarżonego, który już 18 lat temu  przyznał się do zabójstwa, a teraz to wielokrotnie powtarza.

A czy na pewno wiemy kto był mordercą?

Z reportażu jasno wynika, że Marek Gliński nie jest mordercą. I to jest najważniejsza kwestia. Nie znam powodów, dla których Sąd  podczas procesu Glińskiego pominął wiele ważnych dowodów. Wojciech G. przyznał się do winy i obciążenia niewinnego człowieka. Jego wersję wydarzeń potwierdzało wiele dowodów, w tym opinie biegłych. To wszystko nie pozostawia złudzeń, kto był mordercą.

Z  reportażu wynika również, że twój bohater donosił w więzieniu na innych przestępców. Czy nie obawiasz się, że po emisji reportażu wielu będzie chciało, żeby on po prostu zamilkł?

Rozmawiałem z oficerami operacyjnymi, którzy współpracowali z Glińskim  przy rozwiązywaniu zagadki zabójstwa policjanta w Sieradzu, zamordowanego a potem zatopionego w radiowozie, a także przy śledztwie dotyczącym  morderstwa pary staruszków. Policjanci podkreślali, że Gliński ma ogromną wiedzę, bo umie z ludzi wydobyć największe tajemnice. A że był w kilkunastu  więzieniach o zaostrzonym rygorze, to wiedział bardzo dużo. A że donosił? On robił to w pełni świadomie, ponieważ liczył na to, że wymiar sprawiedliwości odwdzięczy mu się i dostanie warunkowe zwolnienie z zakładu karnego. Stało się inaczej; jego zeznania były niewygodne dla służby więziennej, niewygodne dla Sądu we Włocławku, najlepiej więc byłoby dla wielu, żeby ten człowiek w ogóle nie wyszedł na wolność, bo jak wyjdzie, to zacznie mówić. Ale on nie ma dziś wyboru i musi nagłaśniać swoją sprawę. Co najważniejsze, dzień po emisji reportażu przewieziono Glińskiego  do innego zakładu karnego i ruszyła procedura warunkowego zwolnienia go z więzienia. Kilka wątków poruszonych w reportażu wyjaśnia też  resort sprawiedliwości oraz policja. Sprawa dopiero nabiera tempa……

Marek Gliński uratował życie sędzi Barbarze Piwnik, informując organa ścigania, że szef gangu zabójców wydal na nią wyrok śmierci. Informował też służbę więzienną o narkotykach w celach, haraczach, czy korupcji. Stał się niewygodny i często był przerzucany z miejsca na miejsce. Czy z twoich obserwacji  wynika, że więzienie jest takim zamkniętym światem, który nie podlega zewnętrznemu prawu?

Nie chciałbym na ten temat mówić, ponieważ w reportażu przedstawiliśmy mniej niż połowę rzeczy, o których dowiedzieliśmy się od Marka Glińskiego. Wszystkie informacje przekazaliśmy ministrowi sprawiedliwości za pośrednictwem jego przedstawiciela, który gościł w naszym studiu. A co do tego, czy zakład karny jest taką enklawą? To  prawda.

Co na temat życia więziennego powiedział główny bohater?

Bardzo dużo. Zdradzę tylko tyle, że tajemnicą poliszynela jest to, ile na przykład kosztuje wniesienie telefonu komórkowego albo narkotyków za więzienny mur. O tym się głośno nie mówi.

O sprawie Glińskiego wielu ludzi nie chce rozmawiać, jak chociażby prezes Sądu Okręgowego we Włocławku. Dlaczego?

Do prezesa Sądu we Włocławku, który robił wszystko, żeby się z nami nie spotkać, poszliśmy z włączoną kamerą. Operator został wyproszony z gabinetu. Pan prezes prosto w oczy powiedział mi, że nie będzie ze mną rozmawiał o Glińskim, bo nie chce mieć kłopotów. Zabronił też wypowiedzi swojemu rzecznikowi, co łamie już wszelkie standardy, nie mówiąc o przepisach prawa prasowego. Taka postawa mówi sama za siebie, nie chcę jej komentować.

Myślisz, że jesteś w stanie skutecznie pomóc Markowi Glińskiemu?

Jako reporter, mogę tę historię nagłośnić, pokazać co się dzieje. Ludzie są zszokowani tym materiałem. Teraz do Włocławka musi wejść kontrola z ministerstwa, żeby wyjaśnić te wszystkie wyroki, przepustki i kary nakładane na ludzi. Uciekli stamtąd podwójni, potrójni mordercy, szefowie zorganizowanych grup przestępczych, a najciekawsze, że wszystkie decyzje o wydaniu im przepustek podejmowała zawsze ta sama osoba.

Posiadam listy, które do tej właśnie osoby pisali więźniowie. Grozili jej, bo najpierw poprzez adwokatów, ta osoba obiecywała, że coś im załatwi, a potem nie robiła nic. Prezes sądu dostał te listy i powinien podjąć natychmiastowe  kroki prawne, żeby ścigać ich autorów, ale tego nie zrobił.  Nie poinformował też  prokuratury, że jest podejrzenie korupcji w podległym mu sądzie i to bardzo poważne, że są na to dowody. Sprawę zna resort sprawiedliwości. Więcej nie mogę powiedzieć…

To co uprawiasz można nazwać dziennikarstwem śledczym, interwencyjnym. Występujesz w obronie ludzi niesłusznie skazanych, szykanowanych przez instytucje i urzędników, pokrzywdzonych przez wymiar sprawiedliwości. Na ile dziennikarz może rzeczywiście im pomóc. Jak daleko rozciąga się władza reportera?

Nie mówmy o władzy reportera, to za daleko idące stwierdzenie.  Ja byłbym bardzo ostrożny, mówiąc o sobie dziennikarz śledczy, ale prawdą jest, że już kilkakrotnie moja praca zmusiła organa ścigania do działania. We wrześniu był emitowany reportaż o tym jak kilku pijanych bandziorów rozjechało parę nastolatków, potem uciekło, mataczyło. Dopiero po naszym reportażu, trzy miesiące po tym zdarzeniu, postawiono zarzuty tym ludziom („Jesteśmy jej to winni” – reportaż w MER 4.09.2012 – red.). Prokurator generalny zlecił natychmiastową kontrolę tego śledztwa, i wreszcie, po emisji reportażu zaczęło coś się dziać. Często jest tak, że  ludzie w listach, meilach które przychodzą do Ekspresy Reporterów wprost  proszą „pomóżcie nam, bo nie mamy na kogo liczyć”.

Tobie łatwiej wytropić przestępcę niż organom ścigania?

Ja nie rozumiem jednego. Jak to się dzieje, że dziennikarzom dużo łatwiej, szybciej dotrzeć do sedna  prawdy w wielu ciężkich, kryminalnych sprawach, niż na przykład policjantom czy prokuraturze? Myślę, że wynika to stąd, że policjanci, czy prokuratorzy, może nie wszyscy, ale większość, podchodzą do tego sztampowo, jak urzędnicy. A ja jako dziennikarz muszę się wczuć w skórę moich bohaterów od samego początku, odczuć ich emocje, ale potem muszę się też do tych spraw zdystansować, być pośrodku.

Pamiętam reportaż „Ludzi nie wolno zabijać” (w MER 4.10.2011 – red.) z Kleszczewa koło Giżycka. Dopiero po reportażu postawiono zarzuty quadowcom, którzy zabili na drodze kobietę. Jeden z nich miesiąc temu przyznał się, że uciekł, że nie udzielił pomocy, i przeprosił rodzinę ofiary. Nasz reportaż stał się w materiałem dowodowym w śledztwie. To świadczy, że wymiar sprawiedliwości kuleje.

I za ten reportaż zostałeś nominowany do Nagrody Grand Press. Kiedyś powiedziałeś, że najważniejsza jest wrażliwość reportera, i że reporter musi być dobrym człowiekiem. Płakałeś kiedyś w czasie zdjęć?

Były takie momenty, że się łezka w oku zakręciła podczas rozmowy z bohaterami reportażu… Nie uważam tego za słabość, wręcz przeciwnie, ale to są bardzo intymne chwile. Patrząc w oczy drugiego człowieka staram się wybadać, wyczuć, co on czuje w tym momencie. To jest dobre dla reportażu, ale psychicznie to bardzo ciężkie przeżycie…te sprawy zostają w nas na długo.

Między dziennikarzami toczy się dyskusja na temat misji mediów. Dziś często mówi się o tabloidyzacji, komercjalizacji naszego zawodu. Czy myślisz, że coś takiego jak misja, to jeszcze istnieje?

Pewnie, że istnieje, tylko, że zależy od indywidualnego  człowieka. Każdy dziennikarz jest inny. Ja zaczynałem swoją robotę w lokalnym radio, potem w Polskim Radiu, potem byłem kilka lat w newsach. Mam wielki szacunek dla Magazynu Ekspresu Reporterów, dla ludzi, którzy tam pracują: dla Basi Paciorkowskiej,  Doroty Roman,  Tomka Polaskiego - to jest zespół, który w żaden sposób nie wpływa na dziennikarza, nic mu nie sugeruje, nie pospiesza, nie wymaga jakichś dziwnych rzeczy. Ci ludzie, to stare wygi, którzy wiedzą, że jeśli coś się dzieje ciekawego, to wymaga to od dziennikarza  wielkiego spokoju, skupienia, czasem nawet ciszy. Podstawa jest jedna - najpierw solidne przygotowanie, a dopiero potem możemy „nawalać”. Dzięki tym ludziom mogę powiedzieć, że to, co robimy jest taką misją. Magazyn Ekspresu Reporterów pomógł bardzo wielu ludziom. Ten program daje nadzieję, że można wyjść na prostą nawet z beznadziejnej sytuacji. Jednak co najważniejsze, Ekspres Reporterów nie goni za sensacją. I widzowie to czują.

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl