Z Mariuszem Kamińskim o kłopotach z tożsamością polskich repatriantów rozmawia Błażej Torański.
Mariusz Kamiński. Urodzony w 1970 roku w Puławach. Absolwent UMCS i KUL. Z radiem związany od prawie 20 lat. Zaczynał w radiu akademickim w Lublinie. Od 1998 dziennikarz Polskiego Radia Lublin. W 2011 otrzymał dwie nagrody SDP. Nagrodę im. Stefana Żeromskiego za audycję „Lista Zipsera” i nagrodę im. Macieja Łukasiewicza za „Reportaż o zabijaniu” .
W tym roku SDP przyznało mu ponownie nagrodę im. Stefana Żeromskiego (10 tys. zł) za reportaż „Dwa światy" o życiu w Polsce repatriantów ze wschodu.
Bohaterowie „Dwóch światów” mają kłopoty z tożsamością. Tam, na dalekim stepie Kazachstanu, ale i tuż za Bugiem - na Ukrainie czy Litwie – byli obcymi „Polaczkami”. W Polsce, po repatriacji, także czują się obco. Ludzie krzyczą na nich na ulicy: „Sowiety idą!”. To chciał Pan pokazać w swoim reportażu?
To też. Ale przede wszystkim chciałem uzmysłowić słuchaczom Radia Lublin, tutejszym, z jakimi problemami spotykają się Polacy ze wschodu, którzy wracają do ojczyzny. Ma pan rację, że wielu z nich mimo upływu lat nadal czuje się tutaj obco. Starają się to zmieniać, niekiedy odnoszą sukcesy. Jedna z pań prowadzi z mężem zakład wulkanizacji i po wielu latach jest nawet lubiana i szanowana w lokalnej społeczności.
To jest jednak wyjątek w tym smutnym reportażu o losach Polaków, którzy powrócili do ziemi przodków. Pana bohaterowie zazwyczaj klepią biedę: sypiają na placu Litewskim w Lublinie, na dworcu, albo w sześć osób na dywanie.
Ale po tym reportażu, na przełomie kwietnia i maja, rozmawiałem też na antenie z ludźmi, którzy opowiadali o sytuacji repatriantów w Polsce. Profesor socjologii z UMCS np. opowiadała, że planowała otworzyć kierunek studiów podyplomowych dla pracowników mających kontakt z repatriantami: ze straży granicznej, z pomocy społecznej, policji, dla urzędników, nauczycieli. Studia oferowały praktyczną wiedzę społeczną, prawną, psychologiczną, ekonomiczną, aby pomóc w rozwiązaniu problemów repatriantów. Nie było chętnych na takie studia. Nie ma ludzi, którzy chcieliby się tym zajmować.
No właśnie. To tylko dowodzi, jak oni są – i przez lata na obczyźnie byli – przez Polskę osieroceni.
Z pewnością tak. Ustawa repatriacyjna z 2000 roku okazała się niedoskonała. Władze polskie, decydenci, przez lata odsuwali na bok problem repatriantów. Ważniejsze dla nich było to, co dzieje się tu i teraz.
Co jest największym przekleństwem Polaków przybywających ze wschodu? Akcent? Żalą się, że są dyskryminowani z powodu „brzydkiego, sowieckiego akcentu”. „Przez nieszczęsny akcent przyjmują nas za ruskich”, mówi jedna z nich.
Rzeczywiście akcent w pierwszym kontakcie ich definiuje, ustawia relacje. Są jednak wyjątki. Córka jednej z moich rozmówczyń, absolwentka filologii polskiej, dzięki ciężkiej pracy nad językiem, uniknęła etykiety „ruskiej” i nie musiała odpowiadać na kłopotliwe pytania o pochodzenie i powód przyjazdu do Polski, nie była narażona na naruszanie przez wścibskich rozmówców granic jej prywatności. Bardzo często mówienie ze wschodnim akcentem nadaje etykietę „ruski”.
Od razu Polacy urodzeni w kraju mówią do nich na „ty”, mają poczucie wyższości. Jedna z kobiet żali się: śmieją się z nas. Pytają: jaka ty jesteś Polka, skoro nie mówisz po polsku. Skąd jesteś? A dlaczego tu przyjechałaś?
To wynika z nieświadomości pytających. Jeden z urzędników wypowiada się, że radni, zanim zaproszą taką rodzinę, powinni się zastanowić, jakie mogą być tego konsekwencje. Warto chyba przeprowadzić akcję informacyjną, uświadomić lokalnej społeczności, kim są ci ludzie, jakie mieli na obczyźnie problemy, dlaczego wyjechali, kto i kiedy ich do tego zmusił. Żeby ich postrzegać nie jako ruskich, ale Polaków, którzy wracają do siebie, a ich przodkowie wyjechali bądź wywieziono ich siłą z przyczyn od nich niezależnych.
W pierwszych chwilach są zaskoczeni, że Polacy tak dużo mówią … Oni tylko kiwają głowami, bo uczono ich, że trzeba milczeć. „Wtedy będziesz żył”, słyszymy w reportażu.
Gdyby inaczej potoczyły się dzieje i Polska została siedemnastą republiką sowiecką niewykluczone, że i tutejsi Polacy przywykliby do tego. Mniej by mówili, więcej mruczeli.
Oni mniej mówią także dlatego, że ludzie na ulicy utożsamiają ich ze zbrodniami imperium sowieckiego, obwiniają za Katyń i Smoleńsk! A jednak, mimo tej niezasłużonej pogardy, mimo biedy i braku pracy, są pełni nadziei. Z czego czerpią optymizm?
Może z tego, jak mówi jedna z bohaterek, że tam było znacznie gorzej. Przeżyli komunę, prześladowania. Polska zawsze była dla nich rajem. Może łatwiej im się przystosować.
Konfrontacja idealistycznych wyobrażeń o Polsce z rzeczywistością jest jednak bolesna. To tak, jak w tytule reportażu: dwa światy.
Każda z historii, które opowiedziałem pokazuje, jak bolesne były doświadczenia repatriantów. Procedura prawna związana z przyjazdem do Polski jest najmniej kłopotliwa. Istotne jest to, że przyjeżdżając tutaj, z wyobrażeniem idealnej Polski, zderzają się z rzeczywistością „ruskiego w Polsce”, muszą się z tym codziennie zmierzyć. Nie ułatwia im tego fakt, że dla miejscowych nie ważne jest to, że są repatriantami.
„Do Polski na kolanach pełzłam” mówi repatriantka, której nie stać było u nas na przetłumaczenie dyplomu … Matka innej, wnuczka powstańca styczniowego, zmarła w drodze i została pochowana w … polu. Co Pana najbardziej poraziło w ich losie?
Że nie chcą mówić o tym, co je w Polsce spotkało. Bo nie chcą, jak tłumaczą, zaszkodzić sobie i rodzinie. To, co usłyszałem, jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Jak wyłączyłem mikrofon, dowiedziałem się o innych porażających historiach. Ale nie chcę o tym mówić, bo mam zasadę: jeśli bohaterowie sobie nie życzą, to nie ujawniam tego.
