Z Elżbietą Binder o Macieju Łukasiewiczu, historii SDP i nieprzemijających wartościach rozmawia Marek Palczewski.

Elżbieta Binder (pełne nazwisko Binder – Frycz), filolog klasyczny, dziennikarka. W Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich od 1977 r. Rzecznik prasowy Archiwum Wschodniego (dziś Ośrodek „Karta”). W Biurze Prasowym Prezydenta RP Lecha Wałęsy redagowała „Informator o pracy Prezydenta RP i jego Kancelarii”.

Zajmuje się historią Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, prasą drugiego obiegu, archiwizowaniem konkursów o Nagrodę SDP. Prowadzi Pracownię Wolnego Słowa SDP.

Ma w swoim dorobku m.in.: „Średniowiecze Wagantów” - przekłady poezji łacińskiej Instytut Wydawniczy PAX 1960, Antologię „Podziemne słowo” (red.), wyd. SDP 2006, „Zawód i powołanie. O Macieju Łukasiewiczu”, wyd. Bartgraf 2010. Obecnie pracuje nad książką o Kazimierzu Dziewanowskim.

 

Prowadzi Pani Pracownię Wolnego Słowa SDP i chce „ocalić od zapomnienia ludzi i zdarzenia”. Z jakimi działaniami łączy się to przesłanie?

Zbieramy dokumenty związane z dorobkiem dziennikarzy, którzy już odeszli. To dziedzictwo trzeba chronić, a rodziny nie zawsze wiedzą, co zrobić z maszynopisami, zdjęciami, wycinkami prasowymi, z cała tą dokumentacją pozostałą po zmarłym. Stąd moje apele, aby pozostawione przez dziennikarzy materiały, rękopisy, cały ich warsztat pracy nie uległ zniszczeniu lub rozproszeniu, tylko trafił do Pracowni Wolnego Słowa, do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Ja archiwizuję te dokumenty i chciałabym, żeby były należycie zabezpieczone.

Dzięki takim – między innymi – zbiorom napisała Pani książkę o Macieju Łukasiewiczu, wieloletnim członku władz SDP i redaktorze naczelnym „Rzeczpospolitej”. Jak się pisze o postaci, która urosła już do rangi symbolu, niemal pomnika niezależnego dziennikarstwa?

Ja miałam dobrą sytuację, bo słabo znałam Macieja Łukasiewicza. Podkreślam to dlatego, że bliska znajomość, kiedy się kogoś zna dobrze z codziennego kontaktu, utrudnia pisanie o nim.

Znaliśmy się z nielicznych kontaktów. Mogłam więc zachować dystans do postaci, wyzbyć się nadmiernych emocji. Bardzo pomogły mi spotkania z rodziną i relacje przyjaciół. Przytoczyłam dużo cytatów bliskich mu osób. Chciałam zachować żywiołowość, emocje, oryginalność tych wypowiedzi, a także ich styl i słownictwo. Wprowadzić osobę Maćka także poprzez jego słowa, wspominany przez bliskich sposób bycia, wygląd i przyzwyczajenia, dać czytelnikowi iluzję jego obecności.

Przyznam, że nie odczuwałam jakiejś spiżowej posągowości jego postaci. Raczej cały czas miałam wrażenie, że mam do czynienia z kimś żywym, ciepłym, bo tak był przedstawiany w relacjach rodziny, przyjaciół i znajomych.

Takiego Macieja Łukasiewicza zresztą zapamiętałam. To był po prostu serdeczny, miły człowiek, a jego dokonania były jakby niewidoczne w zetknięciu z nim. Nie odczuwało się tego, że ma takie duże zasługi i jest kimś bardzo znaczącym.

Jakie źródła, jakie wypowiedzi były dla Pani szczególnie cenne w czasie pracy nad tą książką?

Niezwykle cenną była książka Łukasiewicza „Weryfikacja” („Weryfikacja. Z notatnika stanu wojennego 1981-1982”, Oficyna Wydawnicza MOST, 1994 – red.) Chciałabym podkreślić, że szczególnym walorem jest to, że pisał swój pamiętnik prawie codziennie. Łukasiewicz traktował opisywanie tamtych wydarzeń jako substytut zajęć zawodowych. Narzucił sobie taki rytm pracy, żeby przypominał zajęcia w redakcji. W tej książce jest cały on. Jest też świat stanu wojennego, widać zmaganie się dziennikarzy z represjami tamtego okresu.

Ta książka była mi bardzo pomocna, często ją cytuję. To było jedno, bardzo ważne źródło. A drugim były te relacje, o których już wspominałam, relacje bliskich, rodziny i przyjaciół. Trzecie źródło to archiwalia pozostałe po Macieju. To, co rodzina mi udostępniła. Małgosia (młodsza córka Leny i Macieja Łukasiewiczów – red.) pokazała mi zachowane po ojcu pamiątki oraz dokumentację gromadzoną przez Łukasiewicza – notatki, które robił do artykułów, szkice wystąpień na zjazdach SDP, podziemne bibuły, listy. Trudno powiedzieć, co było najważniejsze. Ważny jest zarówno świstek papieru z plamą, pochodzącą od piwnicznej wilgoci, gdzie były ukrywane bibuły, jak i oryginały listów czy dyplomy.

Wszystko jest tak samo ważne, a jednak trzeba było dokonać selekcji…

Tak, i to było bardzo trudne.

Czym się Pani kierowała w wyborze materiałów?

Jedną z większych trudności było ustalenie chronologii, dlatego że dokumenty najczęściej nie były datowane, więc musiałam dochodzić - na podstawie kojarzenia jednych dokumentów z innymi - z jakiego okresu pochodzą.

Czym się kierowałam w wyborze? Wybierałam to, co było związane ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich, bo pisałam sylwetkę osoby zasłużonej dla SDP. Moim kryterium wyboru były związki Łukasiewicza ze Stowarzyszeniem; z podziemiem, opozycją, z dziennikarzami pozbawionymi pracy, a później z działaniami na rzecz SDP i jego wkładem w tworzenie nowej rzeczywistości.

Czytając Pani książkę rzeczywiście miałem takie wrażenie „zrośnięcia”, pewnej jedności Łukasiewicza i SDP, że nie można mówić o Łukasiewiczu bez SDP i o SDP bez Łukasiewicza.

W pewnym okresie tak było.

A czy w pracy nad tą książką odkrywała Pani stale coś nowego o bohaterze swojej narracji?

Tak, oczywiście. Przede wszystkim jego zamiłowanie do kultury. Byłam wierną czytelniczką „łososia”, czyli „Plusa Minusa” (dodatek kulturalno-literacki „Rzeczpospolitej” – red.) redagowanego przez Łukasiewicza. Odnosiłam wrażenie, że to było jego „ukochane dziecko” pracy dziennikarskiej. Później to moje przeczucie potwierdził Janusz Drzewucki, sekretarz redakcji „Plusa i Minusa”. Ale Łukasiewicza tak otwartego na sprawy kultury nie znałam. Jakkolwiek wiedziałam, że był archeologiem śródziemnomorskim, co było mi bliskie, bo jestem filologiem klasycznym, to jednak nie zdawałam sobie sprawy, że był aż tak zaangażowany w środowisko i problemy kultury, i że tak głęboko traktował te sprawy.

Myśmy drukowali poezję, teksty literackie, dbaliśmy o to, żeby wprowadzać na nasze łamy ludzi świetnie piszących – mówił mi Drzewucki. Odkryłam Łukasiewicza jako doskonałego organizatora, człowieka od konkretów, realistę, a jednocześnie człowieka, który dba niezwykle o język, o literaturę z górnej półki i rozwój intelektualny. Chociaż przestał pisać wiersze, pozostał poetą.

Czy to były te cechy, które decydowały, ze Łukasiewicz był traktowany jako autorytet, że cieszył się taką charyzmą?

Tak, ale jeszcze na tę charyzmę składał się jego stosunek do ludzi. Potrafił ich nagradzać i uhonorować. Jeśli nie było pieniędzy, to było przynajmniej dobre słowo dla najlepszych dziennikarzy za redakcyjne teksty. Poza tym pomagał ludziom w sprawach zawodowych i życiowych, w zwykłych ludzkich sprawach. Miał dobroć w sobie.

Od jego śmierci upłynęło kilka lat. Jak Pani sądzi, czy ten testament, który zostawił po sobie Łukasiewicz, testament dla dziennikarzy, jest dziś realizowany?

Myślę, że nie.

Dlaczego?

Wiele rzeczy zmieniło się na niekorzyść. Ale to jest osobny temat na dłuższą dyskusję.

Jeśli chodzi dziennikarski testament Łukasiewicza, to można spojrzeć na to z podwójnej perspektywy: krótszej i dłuższej. W krótkiej perspektywie, to jak wydaje mi się, niewiele z tego testamentu zostało. Nie dba się o autorytety. Dziś mamy inne media, wszedł Internet, mamy inny sposób pisania, są tabloidy, itd. Co się w końcu z tego wykluje, nie wiadomo. Mam nadzieję, że kiedyś nastąpi zwrot do wartości, które uznawał i praktykował Łukasiewicz, do przyzwoitości, do otwartości na odmienność poglądów i przedstawiania swoich racji różnym opcjom, wreszcie do większej dbałości o język przekazu i kulturę obyczajów wśród dziennikarzy, szacunek dla autorytetów i tradycji. Patriotyzm. Myślę, że te wartości będą w przyszłości ważne. Testament nie musi być przecież realizowany natychmiast.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl