Z Piotrem Pytlakowskim o związkach dziennikarzy z gangsterami i o wywiadach z killerami rozmawia Błażej Torański.

Piotr Pytlakowski (rocznik 1951), dziennikarz„Polityki”, autor książek reporterskich, scenarzysta filmowy. Zajmuje się dziennikarstwem śledczym i problematyką kryminalną. Laureat nagrody Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze(1999). Wydał m.in. „Republika MSW”, „Czekając na kata. Rozmowy ze skazanymi na śmierć", „Alfabet mafii" (wspólnie z Ewa Ornacką) oraz trzy książki z Sylwestrem Latkowskim: "Olewnik. Śmierć za 300 tysięcy", „Wszystkie ręce umyte. Sprawa Barbary Blidy”, „Agent Tomasz i inni. Przykrywkowcy”.


 

Polska mafia ma na usługach dziennikarzy?

Nic na ten temat nie wiem. Ale czasami mafiosi chwalą się, że mają swoich dziennikarzy. Twierdzą, że dają im informacje w zamian za łagodne, wybielające potraktowanie w tekstach. Jest takie zeznanie gangstera. Stwierdził, że sam dzwonił do dziennikarki. Ale to jeszcze nie oznacza, że mówił prawdę.

Konfabulował?

Nie tyle konfabulował, co interpretował. Sam korzystam z informacji od gangsterów. Szukam ich, dzwonię. Dla dziennikarza jest to jedno z wielu źródeł, którego nie należy unikać.

Zdarza się, że dziennikarz nie wie, a jest wykorzystywany?

W latach 90. był taki przypadek dziennikarza z Warszawskiego Ośrodka Telewizyjnego. Nie wiem, czy był człowiekiem „Pruszkowa”, czy też „Pruszków” wykorzystał jego pozycję zawodową, znaną twarz i nazwisko przy promowaniu salonu gier „Zielone Bingo”, który gangsterzy chcieli uruchomić w Katowicach. Pamiętam też, jak jeden z dziennikarzy został użyty do skompromitowania warszawskiego policjanta. Akcja rozgrywała się przed domem, w którym mieszkał ukrywający się wtedy gdzieś w Polsce „Masa”. Policjant miał być pijany i domagać się od rodziny „Masy” łapówki za pomoc w ucieczce. Dziennikarz zaprzecza, aby wziął kasę od pewnego powiązanego z gangiem biznesmena za sfilmowanie nietrzeźwego policjanta. Z innych źródeł wynika, że dostał pieniądze. Problem w tym, że policjant był trzeźwy, a sąd po dziesięciu latach procesu uniewinnił go prawomocnie od zarzutu wymuszania łapówki.

A świadkowie koronni. Nie ściemniają? Nie manipulują dziennikarzami?

Wielu świadków koronnych szuka kontaktów z dziennikarzami. Chcą coś ugrać, na przykład skompromitować konkurencję. Do takich opowieści zawsze trzeba podchodzić ostrożnie, ważyć, czy brzmiąca sensacyjnie historia może komuś zaszkodzić, czy nie.

Zdarza się jednak, że dziennikarze pomagają świadkom koronnym w ich dramatycznych sytuacjach. Pamiętam, jak jedna z prokuratur rejonowych nadała gangsterowi status świadka koronnego - wtedy jeszcze nie decydował o tym sąd - a prokuratura apelacyjna mu odebrała. Przywieźli go do Warszawy, wysadzili w środku miasta i pozostawili samemu sobie. Był przekonany, że grozi mu niebezpieczeństwo. Bał się, jak cholera. Chodził po redakcjach, trafił i do mnie. Nie mógł się pogodzić z faktem cofnięcia mu ochrony. Uważał, że to było celowe. Zeznawałem potem w jego sprawie.

W niedzielę włoski dziennik "Corriere della Sera" ujawnił, że mafia rekrutowała statystów do serialu o walce z Cosa Nostrą na Sycylii. Załatwiła nawet catering na planie, organizację zdjęć, transport ekip i aktorów. W Polsce to niemożliwe?

Aż tak nie. Używa się naturszczyków przy kręceniu filmów kryminalnych i może się przytrafić ktoś „nienaturalnie naturalny”. Był przypadek, że do programu 997 zgłosił się morderca, który na planie wszedł w swoją rolę. Jeśli dobrze pamiętam zabił dziennikarza muzycznego na warszawskiej Pradze. W Stanach często reżyserzy zatrudniają chłopców z ferajny i te sceny są znakomite. Oni nie grają, są sobą. Ale nasi gangsterzy nie są równie światli, cyniczni i groźni, jak na Zachodzie.

Masz porównanie?

Na użytek tekstu, który właśnie piszę, przeczytałem wszystkie książki o mafii wydane w Polsce w ostatnich latach. Począwszy od encyklopedii amerykańskiej mafii, przez „Gomorrę” Roberto Saviano, „Europę mafii” Jurgena Rotha, „McMafię” Mishy Glenny, po „Polską mafię” Sylwka Latkowskiego. Wszyscy są znanymi dziennikarzami, a nie autorami kryminałów. Nie konfabulują, tylko dostrzegają problem nowej, odradzającej się mafii. Dokładnie opisują struktury mafii serbskiej, macedońskiej, czarnogórskiej, litewskiej, rosyjskiej, nawet czeskiej czy węgierskiej. Ale polskiej mafii, poza książką Sylwka, tam nie ma. Roth co prawda opisuje przypadek Riccardo Fanchiniego, znanego przed laty w Polsce jako Marian Kozina, ale uważa go bardziej za Niemca niż Polaka. Saviano w jednym zdaniu pisze o Polsce. Nie ma tam jednak żadnego konkretu. Pamiętam, jak przed laty ekscytowaliśmy się zeznaniami „Masy”. O tym, jak „Słowik” był żywym zastawem za kokainę, którą „Pruszków” kupił w Kolumbii. Z żalem stwierdzam, że Roberto Escobar, księgowy kartelu narkotykowego kierowanego przez jego brata Pablo, w książce Davida Fishera nawet nie zauważył „Słowika”. Nie handlował z nim i pewnie go nie znał.

Jak weryfikujesz opowieści gangsterów, z którymi rozmawiasz?

Z założenia staram się nie wierzyć w to, co mówią. Potwierdzenia można szukać tylko w aktach spraw, lub rozmawiając z innymi uczestnikami zdarzeń. Pamięć policjantów bywa w znacznej mierze fabularna, to raczej nie poparta dowodami wiedza operacyjna typu jeden powiedział to, a drugi tamto. Ale przyznam, że czasem godzę się na inscenizację. Kiedy jeden gangster wypowiada opinię o drugim, to go cytuję, bo to jest smaczne. W „Alfabecie mafii” „Masa” obrażał swoich byłych kolegów, a oni – niejako w rewanżu - nazywali go „śmieciem”. Barwny dialog.

Od lat buszujesz w mrocznym świecie mafii, gangsterów, rozmawiasz z mordercami. Przed laty wydałeś zbiór wywiadów ze skazanymi na karę śmierci.

Mówisz o książce „Czekając na kata”. Rozmawiałem o karze śmierci z ludźmi, którzy usłyszeli wyrok w czasie moratorium. Pytałem czy kara śmierci powinna być w kodeksie, czy nie. Niektórzy, pamiętam, byli zwolennikami kary śmierci. Jeden nawet dla siebie, ale pozostali „dla gorszych od siebie sprawców”. Bo każdy sobie wyobrażał, że są jeszcze gorsi. Teraz mam pomysł na kontynuację tej książki. Planuję cykl rozmów z killerami, którzy nie zabili dla rabunku czy z miłości, tylko dlatego, że ktoś im za to zapłacił albo wykonywali wyroki mafii. Wynajęci mordercy. W polskich więzieniach siedzi wielu takich ludzi. Jeżeli uzyskam ich zgody, a kilka już mam, to napiszę książkę nie o karze śmierci, tylko o zabijaniu. Ale nie o tym, jak się zabija, tylko jak się żyje ze świadomością, że z tak przyziemnych powodów pozbawiło się kogoś życia. Krótko mówiąc o tym, ile warte jest ludzkie życie.

Spotkałeś gangstera, który miałby wyrzuty sumienia?

Tak górnolotnie to oni nie myślą. Ale spotkałem takich, którzy mają poczucie swoistej uczciwości. Wiedzą, że sami popełniali przestępstwa, jednak uważają, że za bardzo nie szkodzili, bo nie bili, ani nie mordowali. Za to źle oceniają przestępstwa kolegów po fachu. Jeden z moich informatorów ma zamiar zupełnie bezinteresownie donieść policji na swojego kumpla, że ten przed laty zabił człowieka. Wyznał mu to po pijaku i ten do dzisiaj nie może pogodzić się z myślą, że pił wódkę z mordercą.

Nie boisz się?

(po chwili wahania) Nie.

Nie spotkało Cię nic groźnego?

Nic tak spektakularnego, aby o tym mówić. Dostałem kiedyś list anonimowy z ostrzeżeniem, abym „ostrożnie jechał na swoją wieś”. Zaniepokoiłem się, bo to jest moje najbardziej intymne miejsce. Tydzień później jechałem szosą krakowską, a za mną, wyraźnie siedziała mi na tylnych kołach furgonetka renault na wrocławskich numerach. Kierowca próbował mnie zepchnąć z drogi. Uratowało mnie CB-radio. Zacząłem krzyczeć do kierowców, że atakuje mnie szaleniec. On to usłyszał, bo też miał CB, i odjechał. Do dzisiaj nie wiem, czy to był jakiś wariat, czy działał z premedytacją.


 


 


 


 


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl