Z Jerzym Modlingerem, szefem „Teleexpressu”, o formule i fenomenie programu rozmawia Marek Palczewski.
Jerzy Modlinger (rocznik 1952), absolwent Uniwersytetu Warszawskiego (1978). W 1981 członek redakcji „Tygodnika Solidarność” oraz „Niezależności”. 1989-2001 redaktor, szef działu, korespondent i wydawca „Wiadomości” w TVP. Od 2001 właściciel firmy Jerzy Modlinger Media. Od 2011 szef „Teleexpressu”. Członek SDP i Stowarzyszenia Wolnego Słowa.
Jaki jest pański sposób na Teleexpress?
Wziąć świetnie sformatowany program i znakomity zespół ludzi po czym niczego nie zepsuć, a ludziom dać pracować. Proste, a jakże skomplikowane.
Skąd czerpiecie materiały do Teleexpressu, które - co widać gołym okiem - są różne od tych, które ukazują się w Wiadomościach czy w Panoramie?
Odwróciliśmy proporcje. Na kolegiach w zwyczajnych programach informacyjnych wydawca rozdziela tematy polityczne, ekonomiczne, ważne społeczne, wreszcie zagranica, a potem któryś z reporterów zaproponuje coś ciekawego. U nas ten ostatni punkt jest najważniejszy i w programie zajmuje najwięcej miejsca. Reporterzy wyłażą ze skóry, szukając ciekawych tematów. Często koledzy z ośrodków nie proponują nam swoich tematów, lecz od nas dostają zlecenia na tematy z ich terenu.
Będzie Pan coś zmieniał w formule programu?
Lepsze jest wrogiem dobrego, a ja jestem wrogiem zmian dla zmian, więc nie spodziewajmy się zasadniczych zmian w formule.
Skąd się bierze fenomen Teleexpressu?
Program trafił w swój czas a potem nadążał za nim. Był powiewem świeżości w ponurych i nudnych czasach słusznie minionych, a teraz pozostał enklawą inteligentnego dystansu do rzeczywistości, poczucia humoru, poprawnego lekkiego języka, sprawnie wyrażającego "co pomyśli głowa".
