Z prof. Januszem Adamowskim o tym - kto, kogo bardziej potrzebuje: politycy mediów, czy media polityków – rozmawia Wiesław Łuka

 

Prof. dr hab. Janusz Adamowski, dziekan Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, członek Rady Naukowej Instytutu Studiów Politycznych  PAN, członek Rady Nadzorczej Polskiego Radia, autor wielu publikacji na temat systemów medialnych państw Europy oraz USA i Kanady. 

 

 

Przed kilku laty stawiał pan profesor przed studentami retoryczne pytanie: czy media to IV, czy I władza?  Jaka jest teraz pańska odpowiedź? Media ugruntowały się na pozycji „lidera”?

W Polsce umocniły swoją pozycję jednak. I stają się niekiedy pierwszą władzą. Jeżeli popatrzymy na siłę rażenia czerwonego paska na ekranie telewizyjnym,  niektórych gazet i czasopism, a także różnego rodzaju sondaży, to mamy coraz więcej dowodów na to, że polityka, niczym muchę można łatwo zabić gazetą.

Na czerwonych paskach nie ma ferowanych wyroków, tam jest tylko  gorąca informacja, natomiast wyroki wydają trzy pierwsze władze? 

Ale one przy ferowaniu swoich wyroków są zapatrzone i zasłuchane w to, co pokazuje i mówi władza IV. To mnie przeraża, ponieważ media nie powinny spełniać żadnej władzy, lecz realizować funkcje im przynależne – informować, edukować, kontrolować…

Jeśli się kontroluje, to się ocenia, a jeśli się ocenia, to siłą rzeczy wydaje się wyroki…

Nie - dziennikarz nie powinien dyktować, co ma być zrobione, a co nie, lecz kontrolować, czy zostało coś zrobione zgodnie z konstytucją i innymi przepisami prawa – to jest misyjna funkcja zawodu dziennikarskiego.

Jako znawca systemów medialnych zna Pan odpowiedź na pytanie: czy na Zachodzie media też wyrokują?

Nie chciałbym powiedzieć, że tam jest normalniej, ale powiem, że tam jest to od wielu lat lepiej poukładane niż u nas. W młodej polskiej demokracji te relacje między poszczególnymi rodzajami władzy jeszcze się nie umościły należycie. Tymczasem stara demokracja brytyjska wypracowała pewne standardy - media mają wyraźnie określone miejsce w demokratycznym porządku społeczno -politycznym kraju, znają swoją ugruntowaną rolę. Podobnie jest w Stanach Zjednoczonych.

Czy jednak media w tych krajach przed dziesiątkami lat nie przeżyły  okresów młodzieńczej „burzy i naporu”?

One, już dość dawno temu, uniezależniły się od świata polityki, a stało się to za sprawą odkrycia własnego źródła zasilania finansowego z reklam. Wcześniej rzeczywiście były uzależnione od różnego rodzaju - nazwijmy to, dotacji, nie-dotacji…Krótko mówiąc - politycy korumpowali środki masowego przekazu. Nakłady gazet i czasopism były wówczas stosunkowo niewielkie i sprzedaż egzemplarzowa nie zaspokajała potrzeb finansowych redakcji i samych wydawców. Choć trzeba powiedzieć, że w USA już w latach trzydziestych XIX wieku pojawiają się tytuły wysokonakładowej prasy popularnej - nie tabloidy, te pojawiły się na początku wieku XX – co sprawiło stopniowe, ale zdecydowane uniezależnianie się prasy od świata polityki. W zachodniej Europie ten proces rozpoczął się trochę później. Wówczas też politycy zaczęli bardziej potrzebować mediów, niż media polityków.

Zna Pan również system medialny w Rosji, a u nas stosunkowo mniej się do niego odwołujemy…

Nazwałem go kiedyś modelem państwowo – korporacyjnym, z naciskiem na słowo „państwowy”. W tak rozległym kraju naprawdę masowymi środkami przekazu są media elektroniczne, zwłaszcza telewizja. One też  są szczególnie mocno  kontrolowane przez państwo. Nawet formalnie komercyjną stacją NTW faktycznie włada państwo. Jej właścicielem jest co prawda potężna firma Gazprom, ale on właśnie w dużym stopniu jest kontrolowany przez państwo. Podobnie rzecz się ma z innymi stacjami komercyjnymi – STS, REN.  Czyli państwo rosyjskie świadomie wpływa na politykę programową mediów elektronicznych, przez co kontroluje opinię społeczną. Losy Władimira Gusinskiego i Borisa Bierezowskiego z lat 2001 – 2002, pokazują, że tam nawet największych magnatów medialnych można szybko sprowadzić do pozycji nieomal zerowych. Rozprawienie się z tymi oligarchami było sygnałem, że nowy prezydent Rosji, wówczas Władimir Władimirowicz Putin, będzie państwo centralizował, będzie trzymał krzepką ręką różnego rodzaju sznurki i zakładał wędzidła zbyt ambitnym jednostkom i grupom. Pluralizm rosyjski jest pozorny i silnie koncesjonowany; również w prasie. Choć w tym segmencie jest nieco więcej swobody - mamy pismo Nowaja Gazieta, ewidentnie antykremlowskie, publikujące teksty nawet odważnie demaskatorskie. Ale ono posiada mały, zwłaszcza jak na rosyjskie warunki, nakład. Dociera, praktycznie rzecz biorąc, do niewielkiej grupy czytelników, głównie w Moskwie i Sankt Petersburgu.

Przejdźmy na nasze podwórko - obserwujemy narastający proces upolitycznienia, a nawet upartyjnienia mediów, co nam coraz mocniej doskwiera…

A równoczesny proces mediatyzacji polityki jest także powszechnie widoczny. Początek dały mu telewizyjne debaty amerykańskich kandydatów na prezydenta – Nixona z Kennedym. One wyraźnie pokazały wielką siłę telewizji. Każdy mąż stanu…

Ale papież Jan Paweł II także…

No właśnie…każdy przywódca będzie dążył do tego, by jego myśli dotarły jak najszybciej do jak największej liczby widzów i słuchaczy; to rzecz naturalna. Natomiast niedobrym procesem jest nadmierna polityzacja mediów, wciąganie ich i dziennikarzy w orbitę różnych wpływów…

Wielu politologów oraz medioznawców bije z tego powodu na alarm, co jednak przypomina przysłowiowe głosy wołającego na puszczy.

To jest nie tylko efekt ludzkich słabości – że dziennikarze zaczynają zdradzać ambicje pozornego wzmacniania swoich pozycji zawodowych, chęci znacznego podniesienia swoich zarobków i prestiżu. Jest to również proces wyrastający z różnego rodzaju ambicji politycznych. To także politycy chcą wpływać na media, kontrolować ich przekaz polityczny; szczególnie w okresach przedwyborczych.

Niektórzy wołający na puszczy – w tym także politycy, zwłaszcza ci z ugrupowań opozycyjnych, zapewniają, że znają sposoby leczenia choroby upolitycznienia mediów…ale – skarżą się -  nikt ich nie chce słuchać…

Gdy zdarzy się, że oni dochodzą do władzy, błyskawicznie i kompletnie zmieniają własny punkt widzenia; natychmiast starają się zawłaszczyć jak najwięcej mediów. Dziś opozycja polityczna dużo krzyczy o naciskach Platformy Obywatelskiej na środki masowego przekazu, zwłaszcza elektroniczne, ale sama nie lepiej się zachowywała, gdy doszła do władzy. Pamiętamy, jak Prawo i Sprawiedliwość w ciągu jednej nocy dokonało zamachu na media publiczne. Dziś pani Elżbieta Kruk mówi z przejęciem i zgorszeniem o zawłaszczaniu ich przez Platformę. Brzmi to śmiesznie w ustach osoby, która przez PiS była namaszczona na przewodniczącą KRRiT.

Panie  profesorze kilka dni w Wielkiej Brytanii wybuchł skandal w redakcji  "News of the World" (najstarszego tabloidu na świecie, 168 lat na rynku), bo wykryto w niej praktyki podsłuchu m.in. rodziny królewskiej. Podsłuchiwano dla pozyskiwania tajemnic życia znanych osobistości wyższych sfer, by je później upubliczniać i tym sposobem podnosić sprzedaż. Jak by Pan, znawca tamtego systemu medialnego, skomentował tę sensację?

Dla znawców mediów brytyjskich ta sprawa nie jest szczególnie zaskakująca, albowiem  o tego rodzaju nielegalnych podsłuchach mówiono w środowisku dziennikarskim na Wyspach już wiele miesięcy wcześniej. Sprawa „wybuchła” co prawda dopiero po opublikowaniu rezultatów śledztwa dziennikarskiego prowadzonego przez renomowany dziennik „Guardian”, ale skandal ten „dojrzewał” od dłuższego czasu, i – jak sądzę  - tego rodzaju praktyki stosowane były również przez inne tabloidy. Nie jest to, z pewnością sprawa, która przynosi chlubę brytyjskim mediom i samemu dziennikarstwu… A i właściciel  gazety„News of the World” także zapłaci za to, co się wydarzyło, zapewne sporą cenę….

Czy Pan profesor, wieloletni członek Rady Nadzorczej w radiu publicznym, zna skuteczny sposób na walkę z chorobą nadmiernej polityzacji radia i telewizji?

W mediach prywatnych jest łatwiej o ograniczenie tej choroby, pod warunkiem, że ich właściciele są odporni na wpływy polityczne, nie są uwikłani w układy z siłami rządzącymi, nie zabiegają o dotacje budżetowe, reklamy od firm i instytucji państwowych, a także o odnowienie koncesji. Jeśli zaś chodzi o media publiczne - tu tylko nowa ustawa medialna mogłaby je powoli emancypować z bieżącego życia politycznego.

No właśnie – środowisko dziennikarskie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich od lat dopomina się o taką ustawę, ale jego głos jest klasycznym przykładem wołającego na puszczy. A czy w Europie są  przykłady  publicznych mediów skutecznie odpolitycznionych?

Są - w krajach skandynawskich pełnią one rolę misyjną - w pełnym tego słowa znaczeniu. Realizują trzy podstawowe funkcje według triady Johna Reitha – informowanie, edukowanie, dostarczanie rozrywki, ale raczej w zakresie kultury wysokiej. Często jest przywoływany przykład brytyjski BBC, ale, moim zdaniem, to Skandynawii należy się palma pierwszeństwa w realizacji misji  publicznej. Tam zwyciężyła mądrość klas politycznych, które widzą, że tylko media odpolitycznione mogą zdobyć należny im autorytet oraz szacunek społeczeństwa. Z drugiej strony proszę popatrzeć na zjawisko tzw. italianizacji mediów – we Włoszech mamy do czynienia z chorą sytuacją. Właścicielem trzech znaczących koncernów medialnych jest premier kraju, Silvio Berlusconi, który ma także znaczący wpływ na media publiczne. On tak, jak chce wpływa na opinię publiczną…

Dlaczego inne kraje i my nie bierzemy przykładu ze Skandynawii?

To bardzo dobre pytanie…ja nie wiem, dlaczego nie uczymy się od najlepszych. Jednak po części rozgrzeszam naszą młodą demokrację. Wydaje mi się, że potrzebujemy jeszcze wielu lat na oczyszczenie się z totalitarnych nawyków poprzedniego systemu.

Użył Pan profesor słowa, które nabrało w ostatnich dniach aktualności w związku z wypowiedzią ks. Tadusza Rydzyka, dyrektora koncernu medialnego z Torunia.

Nie chciałbym komentować bardzo emocjonalnej, naznaczonej goryczą  wypowiedzi ojca dyrektora. Ona została zapewne spowodowana decyzjami odbierającymi mu pieniądze na jego działania – poszukiwanie wód geotermalnych. Ja nie postrzegam Polski demokratycznej jako oazy totalitaryzmu. Na pewno nie mamy się czego wstydzić, wypadamy bardzo pozytywnie zwłaszcza na tle naszych sąsiadów z obozu postsowieckiego.

Rozmawiamy o mediach centralnych – a jak Pan postrzega sytuację mediów regionalnych? Obserwujemy ich upadek – zwłaszcza regionalnych ośrodków telewizyjnych i radiowych…

Ubolewam nad znaczącym osłabieniem pozycji i roli mediów regionalnych. Proces ich degradacji pogłębia się. Kiedyś mieliśmy trzy, cztery gazety wojewódzkie, a dziś z trudem funkcjonuje na tych rynkach  jedna. Telewizyjne i radiowe oddziały mediów publicznych przeżywają także ogromne trudności finansowe. Spowodowane jest to w dużym stopniu upadkiem abonamentu.

Skąd powinien przyjść ozdrowieńczy impuls?

Przede wszystkim powinna być rozstrzygnięta sprawa abonamentu, który zwłaszcza dla radia regionalnego ma decydujące znaczenie. Niekiedy aż ponad 90% jego budżetu płynie właśnie z abonamentu. Wieszczę, niestety, śmierć w najbliższych latach regionalnych rozgłośni publicznych, jeśli nie zostanie w porę zahamowany ów spadek i gdzie obserwujemy również dramatyczny spadek wpływów z reklam.

Dlaczego władze rządowe i samorządowe wykazują w tej kwestii taką niemoc? Czy jest to celowa polityka?

Nie chciałbym tu spekulować. Ale wydaje mi się, że upadek abonamentu, to w dużej mierze efekt różnego rodzaju populizmów władzy centralnej. Zwolnienie z płacenia abonamentu ma niby przynieść ulgę budżetom domowym emerytom, rencistom i ludziom najuboższym.

Mówiliśmy o tendencjach do upolitycznienia telewizji publicznej. A radia? Jego sytuację obserwuje Pan od wielu lat z bliska jako członek jego rady nadzorczej już trzecią kadencję…

Radio jest jednak mniej niż telewizja poddawane różnego rodzaju naciskom politycznym.

Nawet za prezesury Krzysztofa Czabańskiego, tak bardzo silnie politycznie zorientowanego?

Sądzę, że nawet prezes Czabański miał świadomość, że radio jest instytucją na tyle spluralizowaną, że nie da się w nim wszystkiego upolitycznić. Co prawda obserwowaliśmy duże zmiany w radiowej Trójce, gdzie wielu prawicowo zorientowanych dziennikarzy dostawało prawa autorskie do prowadzenia własnych audycji, aby zrównoważyć dotychczasowy, rzekomy lewicowy przechył; to moim zdaniem był argument fałszywy. Radio publiczne jest trudniej spolityzować niż telewizję. Ono jest instytucją bardziej rozbudowaną. Funkcjonuje w nim pięć programów – cztery nadające na kraj, piąty dla zagranicy. Tu poczucie misyjności jest dużo silniejsze niż w telewizji. Trudno na przykład upolitycznić Dwójkę, która ma wyraźnie elitarny charakter, realizując program z zakresu kultury wysokiej. Trudno także nadmiernie upolitycznić Jedynkę, która posiada głównie profil informacyjny i edukacyjny.

Wielu dziennikarzy radiowych ciągle głośno narzeka na decyzje personalne  zarządu za prezesury Krzysztofa Czabańskiego. Wielu czuje się skrzywdzonych tzw. czystką personalną, którą obecnie były prezes nazywa odchudzeniem załogi w ramach walki z przerostem zatrudnienia…

Gdyby to było odchudzenie? Ale wówczas zwolniono kilkaset osób, które zastępca prezesa Czabańskiego, Jerzy Targalski nazwał „złogami gomułkowsko-gierkowskimi”. Na ich miejsce przyjęto znacznie więcej osób, tzw. swoich.

Jakie są relacje między Radą Nadzorczą, a Radą Programową radia?

Oczywiście nie mamy wielkiego wpływu na programy rozgłośni; to raczej kompetencje Zarządu i Rady Programowej.  W tej ostatniej zasiada też wielu znakomitych znawców radiofonii , z dużą praktyką zawodową. Ale w wielu sprawach konsultujemy się i  przekazujemy Radzie Programowej także nasze sugestie. Myślę, że tak dobra współpraca będzie kontynuowana, gdy zostanie wybrany nowy Zarząd Polskiego Radia SA. Musi być utrzymana ważna funkcja misyjności radia publicznego, co przecież sprzyja rozwojowi demokracji i społeczeństwa obywatelskiego. Mnożenie przeszkód dla tego rozwoju określam mianem społecznego szkodnictwa.

A dlaczego tak długo trwa wybór nowego zarządu Polskiego Radia ?  Ostatnia próba wyboru znów zakończyła się niepowodzeniem…

Wybór się zakończył a jego efektem stała się propozycja Rady Nadzorczej nowego składu Zarządu, skierowana do KRRiT, która nie została jednak w pełni zaakceptowana (chodziło o kandydaturę prezesa Zarządu spółki,  odrzuconą w głosowaniu przez Krajową Radę). Niemniej, dwoje członków Zarządu podjęło już swe obowiązki w dniu 13 lipca a prezes Polskiego Radia zostanie powołany w nieodległym terminie.

Dziękuję za rozmowę.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl