Z Maciejem Bębenkiem o portalach społecznościowych, byciu w sieci i quasi-publicystyce internetowej rozmawia Adam Owczarek.

 

Maciej Bębenek. Inżynier i gadzeciarz. Z mediami związany od 15 lat. Kierował miesięcznikiem „Świat Telekomunikacji”. Tworzył dział nowych technologii na portalu Onet.pl. Od kilku miesięcy redaktor naczelny miesięcznika „Mobile Internet”.


 

Mówi się, że jeśli czegoś nie ma w internecie, to nie istnieje. Idąc tym tropem, to chyba każdy dziennikarz powinien mieć konto na portalu społecznościowym, zgadza się?

Dziennikarz dziennikarzowi nierówny. Jeden pisze o spóźnieniach pociągów, drugi o polityce gospodarczej USA, a jeszcze inny o wszystkim, do czego wydeleguje go naczelny. Dlatego o tym, czy chce uczestniczyć w wirtualnych spotkaniach powinien decydować sam zainteresowany. Tak jak w życiu, także wśród dziennikarzy mamy gwiazdy (samoistne i wylansowane), rzetelnych rzemieślników i zwyczajnych obiboków. Jednym konto na Facebooku posłuży do autopromocji, a innym do ciekawych dyskusji. Są też pijawki, które tylko zasysają informacje i publikują później jako swoje „odkrycia”.

Słyszałem, że w niektórych redakcjach posiadanie konta na portalach jest obligatoryjne...

Jako szef nie zamierzam nikogo zmuszać do zakładania profilu w portalu społecznościowym, chociaż siłą rzeczy przydatność takiego dziennikarza, np. w miesięczniku piszącym o nowoczesnych technologiach, jest nieco ograniczona. Jednak znając te ograniczenia, można nadal doskonale współpracować.

Takie konto może dziennikarzowi pomoc czy raczej zaszkodzić?

Użytkownicy serwisów społecznościowych dzielą się na dwie grupy: piszących i czytających. Sądzę, że ta druga grupa to ludzie, którzy nie do końca odnajdują się w społeczeństwie cyfrowym. I podobnie jest wśród dziennikarzy: dużo jest wśród nas przedstawicieli „Polski analogowej”, nierozumiejących świata wirtualnego, który niejednokrotnie jest bardziej realny niż ten, który nas otacza. Jeżeli działalność w serwisie społecznościowym może nas zdyskredytować w oczach czytelników lub potencjalnych pracodawców, to lepiej dać sobie spokój. Nie czujesz się na siłach, by napisać krótką notkę związaną z tym, nad czym teraz pracujesz? To lepiej nie pisz, niż masz pisać na siłę. Ale z drugiej strony na podstawie dyskusji na Facebooku można napisać bardzo ciekawy materiał i o polityce, i o gospodarce, i o komputerach. Więc… decyzję musi podjąć bezpośrednio zainteresowany.

Jedni Polacy nie mają konta na portalach, inni publikują tam zbyt wiele informacji. Gdzie jest tak zwany złoty środek?

Nie wiem, i tego nikt nie wie. Mogę jedynie opisać to, co widzę. Są dziennikarze, a głównie dziennikarki, które piszą, co zrobiły na obiad, jak się czuje ich dziecko i co powiedziała im kasjerka w hipermarkecie. Są tacy, którzy atakują wszechświat swoimi opiniami politycznymi, pokazując jak to przeciwnicy polityczni są be, ale są też wymienieni przeze mnie wcześniej ssacze, którzy nastawiają się tylko na odbiór. Tych ostatnich staram się eliminować z listy swoich znajomych. Jak chcą tylko czytać moje przemyślenia, niech kupują mój magazyn :-)

Co zatem można o sobie powiedzieć w takim wirtualnym świecie, a o czy lepiej nie wspominać?

Każdy portal społecznościowy ma swoje centrum zarządzania prywatnością, z którym warto się zapoznać. Lepsze czy gorsze, ale zawsze jest. Dzięki niemu ustawimy kto może czytać nasze posty, oglądać zdjęcia, pisać komentarze. Dobrze ustawione reguły w połączeniu z właściwą listą znajomych pozwalają naprawdę na dużo. Pewne zasady są jednak niezmienne: nie warto podawać adresu domowego, prywatnego e-maila, czy numeru telefonu. Ci, którzy mają znać te informacje i tak je znają, a obcy? Na potrzeby portalu załóżmy sobie konto, najlepiej tam, gdzie można przychodzącą pocztę przekierować na stale używane konto. W przypadku inwazji spamerów, konto po prostu zmienimy na inne. Podobnie przestrzegałbym przed podawaniem informacji np. cała rodzina wyjeżdża na miesiąc na wakacje. To, w połączeniu z adresem zamieszkania, idealna informacja dla złodzieja. Warto też zastanowić się nad zasadami dotyczącymi publikacji treści - nazwijmy je delikatnie – wrażliwych. Czy chciałbyś, żeby Twój szef przeczytał stek wyzwisk pod swoim adresem na Twoim profilu? Albo – ogólniej – żeby przyszły pracodawca zobaczył na własne oczy, że ma do czynienia z osobnikiem niezrównoważonym? To samo dotyczy zdjęć – pokażesz się całemu światu w sytuacji niedwuznacznej? Warto pamiętać, że coraz częściej internet służy nie tylko jako narzędzie do poszukiwania informacji, ale często też do sprawdzania ludzi, np. przyszłych pracowników.

Polaków ogarnęła prawdziwa mania na Facebooka. Publikują oni na swoich profilach informacje, czują się troszkę jak dziennikarze?

W Polsce nie zauważyłem takiego trendu. Raczej są to treści przeniesione z blogów czy forów. Quasi-publicystyka może rozpoczynać się okazjonalnie, na przykład można się jej spodziewać przy okazji październikowych wyborów.

Mamy blogi, portale społecznościowe, fora i grupy. Każdy może pisać publicznie. A inni to czytają. Kiedyś takie pisanie było zarezerwowane dla dziennikarzy. Gdzie jest zatem dziś miejsce dla profesjonalnego redaktora? Może nasz zawód powoli odchodzi do lamusa?

To jest bardzo ciekawy problem. Podobno internet wyprze wszystko co do tej pory mieliśmy: prasę, radio, telewizję… Tylko nie wiadomo, który internet: czy portale wertykalne, blogi, portale społecznościowe? A może za chwilę dostaniemy coś nowego, o czym nawet nie wiemy, i to „coś” wyeliminuje media klasyczne? Niewątpliwie postęp techniczny wypiera pewne zawody: jak przez mgłę pamiętam drukarzy pracujących przy linotypach i odlewaniu matryc w warszawskim DSP. Zniknęli wyparci przez offset i skład komputerowy, prawda? Tak samo kilkanaście lat temu woziłem przez całą Warszawę dyskietki ZIP do naświetlarni. Teraz mamy wysyłkę plików do drukarni na drugim końcu Polski przez sieć.

To ta strona bardziej techniczna, a autorzy?

Twórcy nie znikają. Nadal są pisarze, graficy, malarze czy fotograficy. Są też dziennikarze i, jeżeli nie pochodzą ze szkoły Ctrl-C Ctrl-V, to nadal ich praca będzie poszukiwana i opłacana. Działałem i działam zarówno w mediach klasycznych, jak i internetowych. Wielokrotne dyskusje z kolegami z internetu na temat końca prasy drukowanej zwykle kończyły się w taki sposób: zauważ, że nawet w tych największych portalach internetowych większość treści pochodzi ze „starych mediów”: agencji prasowych, gazet czy czasopism. Tworzenie kontentu jest niezależne od późniejszego nośnika dystrybucji informacji. Z kolei zalew informacji na blogach lub portalach można porównać do upowszechnienia fotografii cyfrowej kilka lat temu. Z faktu, że dziennie robionych jest miliard czy więcej zdjęć nie wynika, że zanika zawód fotografika. Po prostu trzeba nieco pracy, żeby z szumu informacyjnego wyłowić te prawdziwe perełki.

Oprócz profili dziennikarzy na portalach można także znaleźć profile rozgłośni, gazet i stacji telewizyjnych. To dobry pomysł? Przecież każde z mediów ma swoje strony www i tam mogłyby odsyłać widzów, słuchaczy i czytelników...

To już jest banalny powód: portal społecznościowy, w szczególności Facebook, pozwala w bardzo tani i szybki sposób na dotarcie do milionów – i tu mam kłopot – widzów czy czytelników :-) W internecie można podobno znaleźć wszystko. Problem w tym, że albo trzeba znać dokładny adres, albo mozolnie przekopywać się przez setki wyników wyszukiwania. W portalu społecznościowym jesteśmy w stanie zauważyć to, co już wcześniej znaleźli nasi znajomi. A samo kliknięcie w „lubię to” nie wymaga tracenia energii :-) Z drugiej strony coraz częściej słychać o handlu fanami. Miesiąc temu zapisałeś się do grupy zwolenników ekologicznej energii, a dziś okazuje się, że wspierasz odzież sportową znanej marki albo środek na przeczyszczenie. Z takimi metodami trzeba walczyć i społeczność internetowa to robi.


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl