Z Aleksandrem Z. Zioło o sile mediów, Andrzeju Lepperze, braku edukacji medialnej i szansach na sukces nowych tytułów prasowych rozmawia Paweł Luty.

 

Aleksander Z. Zioło – społecznik, analityk i szef zespołu Warsztatów Analiz Socjologicznych (www.warsztaty.org), gość programów publicystycznych: „Co z tą Polską?” (Polsat), „Debata” (TVP1), „Warto rozmawiać” (TVP2), „Miasto Kobiet” (TVN Style), „Kurier” (TVP3), „Tygodnik Polski" (TVP.Info), inicjator akcji „PilnujeMY Euro 2012”.


 

Po śmierci Andrzeja Leppera tabloidy spekulowały na temat różnych przyczyn jego zgonu, często odnosząc się do teorii spiskowych. Sądzisz, że media napędzają teorie spiskowe?

Myślę, że jest to dużo bardziej skomplikowane. Po pierwsze, Polacy nie wierzą władzy, nie wierzą w oficjalne komunikaty. Nie ma zaufania do państwa. Po drugie, śmierć Leppera była szokiem. Po trzecie, Andrzej Lepper był polskim wydaniem kariery „od pucybuta do milionera”, a bardziej od rolnika do bywalca salonów. Zaszła w nim wielka zmiana – od lidera protestów ulicznych w wyciągniętym swetrze do człowieka w garniturze o śniadej cerze. Trudno jest pogodzić się ze śmiercią osoby, która - co wynika z przekazu medialnego - była energiczna i silna.

Myślisz, że gdyby nie zainteresowanie mediów, to Andrzeja Leppera nie byłoby na polskiej scenie politycznej?

Media sprzedawały jego konkretny wizerunek. Nigdy nie rozmawiałem z Andrzejem Lepperem, więc trudno mi powiedzieć jaką był osobą. W mediach wyglądał na osobę z dużą charyzmą, werwą i siłą wewnętrzną – to było widać. Jako analityk mogę śmiało powiedzieć, że miał spore szanse dostać się do Senatu w nadchodzących wyborach ze swojego jednomandatowego postpegierowskiego okręgu, właśnie ze względu na siłę oddziaływania na wyborców.

A czy może nie jest jednak tak, że specyfika polskich mediów, ich tabloidyzacja, tania sensacyjność nie przyczyniły się do wzrostu popularności Andrzeja Leppera?

Narzekamy na media, na ich przekaz, jako inteligenci uważamy, że jest on za prosty, zbyt powierzchowny, ale nie edukujemy ludzi do odbioru mediów. W szkole podstawowej, w gimnazjum, w liceum nie uczymy krytycznego stosunku do informacji. Nie uczymy jak ją czytać i weryfikować. Pokutuje przeświadczenie, że jak coś pokazano to tak jest.

Dotyczy to szczególnie ludzi mniej wykształconych, ale nie tylko, ponieważ na studiach też jest tak, że studenci uczą się regułek na pamięć, wyklepują jakieś formułki, coraz mniej piszą, coraz mniej pytają i coraz częściej szukają odpowiedzi. Ludzie, którzy pytają nie są raczej premiowani, tylko raczej są sekowani. Nie uczymy odbioru mediów i stąd bierze się ich tabloidyzacja.

To samo dotyczy wszystkich mediów: prasy, radia, telewizji, internetu?

Informacje w internecie rozprzestrzeniają się błyskawicznie, lecz ludzie nie są nauczeni jak z nich korzystać. To nie jest tak, że można usiąść przed telewizorem, czy ekranem komputera i bezkrytycznie przyjmować wszystkie informacje. Trzeba znać instrukcję obsługi, a Polacy nie lubią ich czytać.

Z drugiej jednak strony, media są podstawowym źródłem czerpania wiedzy o świecie. Jeszcze 20 lat temu było tak, że wiedzę czerpało się głównie od rodziców, to oni stanowili przykład. Stało się inaczej, ponieważ wzrosło tempo życia i dzisiaj rodzice nie mają już czasu, np. na wspólną lekturę prasy z dziećmi i dyskusję o tym, co się przeczytało. Ludzie coraz mniej czytają. Dziś młodzi ludzie czerpią informacje z internetu i uczą jego obsługi swoich rodziców.

Oznacza to, że media mają dzisiaj władzę większą niż kiedykolwiek i mogą od początku do końca stworzyć i zniszczyć gotowy produkt polityczny, czy społeczny lub w znaczącym stopniu decydować o ludzkich wyborach?

Słyszałem ostatnio o badaniach dotyczących korzystania z internetu przez młodych i starszych ludzi. Zgadnij skąd starsi ludzie najczęściej czerpią wiedzę o internecie?

Od swoich dzieci i wnuków.

Nie, z telewizji. W telewizji pokazano im, że w internecie można spotkać pedofila, że ludzie w internecie oszukują, że można kupić coś, czego nie ma. Oni czerpią tę wiedzę z telewizji zupełnie bezkrytycznie. Gdy zapytano czy spotkali się z takimi sytuacjami to odpowiedź często była taka: „nie, ale w telewizji o tym mówili”.

Wspomniałeś też o tak twardej kwestii jak wykreowanie i zniszczenie polityka. Media są narzędziem, z którego politycy muszą korzystać. We współczesnym świecie nie ma już miejsca na prowadzenie salonowej polityki kuluarowej. Siłą polityka jest np. umiejętność budowania zespołu, ale też to, co zaprezentuje w mediach. Na przykład Grzegorz Schetyna, który uchodzi za twardego politycznego gracza, uległ presji i zrobił sobie piękne hollywoodzkie zęby, bo uznano, że musi być ładniejszym produktem.

Ale myślę, że to nie jest podstawowy problem. Ważniejsze jest ilu mamy w państwie obywateli, czyli ludzi, którzy potrafią rozliczać polityków, są wymagający, poszukują u polityków czegoś trwalszego niż uśmiech czy kąśliwa riposta. Szukają kogoś więcej niż tabloidowi politycy. Takich obywateli nam brakuje. Mamy wspaniałą inteligencje, która wspaniale narzeka, ale nie mamy ludzi, którzy edukują.

Sądzisz, że pośród dziennikarzy jest więcej tych, którzy edukują czy tych, którzy narzekają?

Myślę, że tu nie jest ważna ilość, lecz siła oddziaływania. Może i tych edukujących jest więcej, ale ich nie widać. Kiedy Stefan Bratkowski mówi o etosie dziennikarskim, to ma na myśli pewien etos związany z misją edukacyjną, z odpowiednim przygotowaniem do zawodu. A teraz jest tak, że dziennikarz to zawód jak każdy inny.

Każdy, kto choć trochę zna się na mediach wie, że teraz tak naprawdę dziennikarz nie jest najważniejszy, jego głos się nie liczy. Najważniejszy jest wydawca – ktoś kogo nie widać, lecz decyduje o tym jakie treści są przekazywane. I nie zależy mu na tym, żeby edukować odbiorcę, żeby wzbudzać w nim nawyk krytycznego myślenia.

Jak wpływa to na funkcjonowanie mediów?

Dobrze to widać na przykładzie gazet: ich ogólna sprzedaż spada, lecz tabloidy trzymają się nieźle. Nie widać zjawiska, żeby najpoważniejsze tytuły takie jak „Gazeta Wyborcza”, czy „Rzeczpospolita” wpływały na ich język. Wręcz przeciwnie, to te „wielkie” gazety przejmują nawyki od tabloidów – artykuły są coraz krótsze, jest coraz więcej taniej sensacji. Jeśli nie nauczymy ludzi jak weryfikować i oceniać dostarczane informacje, to faktycznie może być tak, że media będą się zachłystywać swoją mocą tworzenia polityków.

Chociaż sądzę, że taki polityk i tak w pewnym momencie zderzy się z rzeczywistością. Uważam, że media nie są w stanie na sto procent kogoś wykreować. Na początku lat 90. było wielu lokalnych przywódców protestów, ale to Andrzej Lepper miał to coś, co pozwoliło mu się wybić. Potrafił grać z mediami, uczył się mediów oraz miał charyzmę. Nie z każdego można zrobić polityka.

Jak Twoim zdaniem w dość pesymistycznej rzeczywistości, którą nakreśliłeś, gdzie odbiorcy nie są uczeni krytycznego myślenia, gdzie tabloidy nadają ton, odnajdą się nowe tytuły, które pojawią się jesienią na naszym rynku – tygodnik „Wprost przeciwnie”, tabloid polityczny „Gazeta Polska Codziennie”, czy dwutygodnik ekonomiczny „Bloomberg Businessweek Polska”?

Jeśli, jak zapowiadają ekonomiści, w Polskę uderzy niedługo ogromny kryzys gospodarczy, to jest to najlepszy moment do wejścia na rynek. Kryzys najmocniej uderzy w te tytuły, które są największe i przez to mało mobilne biznesowo. One także nie przygotowały ludzi na kryzys, więc ludzie będą szukali odpowiedzi na rzeczywistość, która ich dotknie, będą szukali nowych alternatyw politycznych, społecznych i medialnych.

Chińczycy mawiają „obyś nie żył w ciekawych czasach”. Obawiam się, że będziemy żyli w ciekawych czasach, że kryzys zmieni bardzo dużo rzeczy się na świecie, w tym w świecie mediów. Jak mnie nauczyła Jadwiga Staniszkis, kryzys jest zawsze szansą. Jeśli nowe pisma będą umiały te szansę wykorzystać, to odniosą sukces.


 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl