Zaproszę do programu konserwatywnych dziennikarzy!

Z Janem Ordyńskim o jego programie „W samo południe” w radiowej Jedynce, o wywalaniu za poglądy i dziennikarskiej hipokryzji rozmawia Błażej Torański.

Jan Ordyński, do stycznia 2007 r. pracował w "Rzeczpospolitej" oraz współpracował z TVP i Polskim Radio. Przez dwa następne lata najpierw w Fundacji Shalom, a potem w PZU. Do mediów wrócił w 2010 r. Komentator "Przeglądu", współpracownik TVP, Polskiego Radia. Komentuje też w TOK FM. Wspólnie z Henrykiem Szlajferem autor wywiadu - rzeki z Mieczysławem F. Rakowskim "Nie bądźcie moimi sędziami".

 

 

Pamiętasz western z Garym Cooperem „W samo południe”?

Tak, ale przede wszystkim pamiętam plakaty z tego filmu, które „Solidarność” wykorzystała podczas pierwszych wolnych wyborów w 1989 roku.

W westernie było napięcie, walka, silne emocje. Wszystko, co charakteryzuje także dobry, dziennikarski wywiad. W Twoim programie o tym samym tytule w radiowej Jedynce nie ma nawet kontrowersji, ale co najwyżej intelektualna analiza.

Nie sądzę, żeby nie było kontrowersji. Weźmy rozmowę z ostatniej niedzieli. Wojtek Maziarski zdecydowanie nie zgadzał się z prof. Januszem Czapińskim i z Sewerynem Blumsztajnem. Wyrażał to w bardzo emocjonalny sposób. Nie ma natomiast w moim programie kłótni, które zwykle są niestrawne dla słuchacza. Staram się zapraszać najlepszych dziennikarzy do tematu, który wybieram. Zmierzam w tym kierunku, żeby ludzie coś sensownego z tych audycji wynieśli, a nie, żeby to były monologi przeplatane uwagami „ja panu nie przerywałem” albo kłótnią, uważaną u nas zwykle za różnicę poglądów. Chciałbym, żeby słuchacze mogli się czegoś dowiedzieć i posłuchać rzeczywiście rozmaitych poglądów.

Ale tak nie jest, bo pomijasz głosy nie-postkomunistycznej opozycji. Poglądy wyrażane w audycji są jednobrzmiące. Wśród gości nie ma Ziemkiewicza, Wildsteina, Pospieszalskiego, Semki, Sakiewicza, Janke czy innych prawicowych publicystów.

Ja pod tym kątem nie patrzę, czy ktoś ma lewicowe czy prawicowe poglądy. Staram się jednak dobierać ludzi, którzy mają coś sensownego na dany temat do powiedzenia. To jest program autorski.

Ale z doboru wynika, jakby wymienieni przeze mnie nie mieli nic sensownego do powiedzenia.

No dobrze. Spróbuję dobrać rozmówców i pod tym kierunkiem. Nie sądzę, bym miał jakikolwiek problem w rozmowie z Igorem Janke czy Piotrem Semką. Gorzej by pewnie było w rozmowie z Pospieszalskim czy Wildsteinem. Bronek w każdej sprawie od razu wchodzi na wysokie „C” i kończy się to awanturą.

W styczniu Komisja Etyki Polskiego Radia stwierdziła, że Twoje audycje nie mają charakteru rzeczywistej dyskusji, naruszają zasadę obiektywizmu.

Ja się z tym nie zgodziłem. Jedna osoba z komisji złożyła votum separatum. Rok temu „Gazeta Polska” zorganizowała przeciwko mojemu programowi akcję. Wydrukowali w Internecie arkusze, aby ludzie je wypełniali i masowo nadsyłali do Polskiego Radia. Teraz było podobnie. Dziwna zbieżność. Nie zapraszam do programu moich kolegów, tylko rzetelnych publicystów. Nie awanturują się i nikt im nie może zarzucić, że są spod ciemnej, dziennikarskiej gwiazdy…

Ale popierają tezy, które stawiasz. Nie masz takiego poczucia?

Nie mam. Bywa, że się ze mną nie zgadzają. Nikt swoich tez nie forsuje na siłę. Można się zawsze sprzeciwić, przedstawić swój pogląd. Nikt z tego powodu nie zostanie zrugany czy po raz kolejny nie zaproszony. Ale postaram się teraz poprawić i zaprosić też dziennikarzy, którzy nazywają się konserwatystami.

Mam nadzieję, że nie obawiasz się dyskusji o mgle smoleńskiej?

Oczywiście, że się nie boję. Ale nie chcę na tym poziomie dyskutować. Bo człowiek wykształcony i uczciwy, bez względu na to, jakie ma poglądy, nie może takich historii opowiadać. Do rozmów w telewizji zapraszałem Antoniego Macierewicza i ks. Stanisława Małkowskiego. Ten ostatni powiedział o katastrofie, że to był zamach. – Czyj – spytałem. – Ruskich przy udziale Tuska i Zachodu – odparł. Stwierdziłem, że będzie się z tego spowiadał. Usłyszałem, że to nie jest grzech, co powiedział, bo to jest „drugi Katyń”. Akurat w Katyniu zginęło trzech członków mojej rodziny, w tym dziadek. Dzięki Andrzejowi Przewoźnikowi żyję, bo powiedział, że może polecę 7, a może 10 kwietnia. Prosiłem, by mnie zapisał na 7 kwietnia, gdyż chciałem zobaczyć Putina. Było to dla mnie ciekawsze z dziennikarskiego punktu widzenia. Ale gdybym zginął, nikt z mojej rodziny nie powiedziałby, że zginąłem, jak mój dziadek, któremu enkawudzista strzelił w tył głowy. Na miły Bóg, nie możemy dyskutować na takim poziomie.

Jan Pospieszalski nie kryje, że jest katolikiem i ma prawicowe poglądy. Czy nie uważasz, że dziennikarz ma prawo do wyrażania swoich poglądów, zerwania z hipokryzją apolityczności?

Wszyscy dziennikarze mają poglądy. A jeśli ktoś nie ma, to znaczy, że nie myśli. Sterylny apolitycznie może być głupek, ale nie dziennikarz. Zgadzam się, że mówienie przez dziennikarzy o apolityczności jest hipokryzją.

Czy czujesz się Janem Pospieszalskim polskiej lewicy dziennikarskiej?

Nie, absolutnie nie (śmiech). Nie czuję się też prześladowany, choć wyleciałem z „Rzeczpospolitej”, wyrzucony przez prawicowych publicystów, i z telewizji przez Wildsteina. Ja bym mu tego nie zrobił. Gaudenowi odradzałem zwolnienie Bronka z gazety za wyniesienie listy IPN, chociaż to potępiam, bo wyrządził krzywdę wiele ludziom.

 

 


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl