Z Pawłem Wrońskim o upadku mediów i o prawdzie w dziennikarstwie rozmawia Paweł Luty.

Paweł Wroński – (rocznik 1964) dziennikarz i publicysta „Gazety Wyborczej”, relacjonował m. in. wydarzenia w Iraku, publikował w takich tytułach jak „Słowo”, „Znak”, „Młoda Polska”, autor komentarza z piątkowego wydania (26.07.2011) „Gazety Wyborczej” pt. „Kto się zajmie prawdą”.

 

W komentarzu dla „Gazety Wyborczej” pisał Pan o „upadku mediów” i o tym, że media nie spełniają już roli weryfikowania prawdy. Jaka dzisiaj zatem jest ich rola?

 

Pisałem o „upadku mediów” w roli arbitra politycznego. Media nadal spełniają role informacyjną, choć moim zdaniem coraz częściej funkcja zabawiania przeważa nad funkcją informacyjną. Powstaje pytanie czy w tym kierunku media będą się rozwijać? Na ile będą w stanie tłumaczyć politykę, służyć opinii publicznej do podejmowania wyborów? Nie chcę oceniać wszystkich mediów en bloc, pouczać i stosować wielkich kwalifikatorów. Proszę zwrócić uwagę, że sam jestem człowiekiem mediów i wszystkie te zarzuty po części kieruje także do siebie.

 

Czym Pana zdaniem spowodowany jest „upadek mediów”, dlaczego funkcja rozrywkowa przeważa nad informacyjną?

 

Upadek to zbyt mocne określenie, choć padło ono w komentarzu. Tytuł też jest nie mój i chyba zbyt pompatyczny. Przewaga funkcji rozrywkowej nad informacyjną jest efektem metody dziennikarskiej, o której pisze. Tymi, którzy podają informację są politycy i tymi, którzy komentują tę informacją są politycy. Dziennikarze swoją rolę starają się sprowadzić do roli organizatora ruchu, bądź jak mówią złośliwi „podstawki do mikrofonu”.

Wywodzi się to z fałszywie rozumianej metody: „równouprawnionym sądem w debacie publicznej”. Przedstawiany jest sąd polityka A i nie jest on weryfikowany sądem polityka B.” Osąd należy do opinii publicznej. To prawda osąd zawsze należy do opinii publicznej, ale możliwa jest sytuacja, że polityk A mówi głupstwa, polityk B. mówi głupstwa, a opinia publiczna często nie ma dostępu do informacji. Z czego ma wybierać?

 

Dlaczego stosuje się taką metodę?

 

Media współuczestniczą we „wciskaniu kitu”, bo czasem jest im wygodnie. Pozornie zachowują obiektywizm. Jednak najczęściej są współuczestnikami tej gry. To staje się niebezpieczne. Poseł Wikliński komentując pozew PO przeciw PiSowi stwierdził, że o tym jaka jest prawda zadecydują wyborcy 9 października. Nie wiem czy jakiekolwiek fakty dadzą się przegłosować.

 

Wspomniał Pan o sprowadzaniu dziennikarzy do roli „podstawek pod mikrofony”, o tym, że tytuł Pana komentarza nie jest Pana autorstwa, jak rozumiem jego autorem jest jeden z redaktorów „Gazety Wyborczej”. Te dwa zjawiska mogą być przykładem innego procesu: uprzedmiotowienia dziennikarzy. Sądzi Pan, że dziennikarze nie są już podmiotem mediów a ich przedmiotem?

 

Sam zostawiłem tekst bez tytułu, więc ktoś go nadal. Nie mam o to pretensji. Nie wiem, czy to wynika z uprzedmiotowienia dziennikarzy. Sądzę, że raczej z upowszechniania pewnego złego wzorca. On zapewne służy zwiększenia emocji, podnosi oglądalność. To jest to świadomy wybór danego medium. To dziennikarz wybiera sobie taką rolę. Problem polega na tym, że gdy – ktoś mówi, że coś jest białe, a ktoś inny, że czarne nie ma pośrodku kogoś kto stwierdzi. A może jest szare?

 

Czemu Pana zdaniem dziennikarze nie mówią, że wszystko jest szare?

 

Czasami jest tak, że dziennikarz wstrzymuje się od głosu, ponieważ czegoś nie wie i nie chce się ośmieszyć. Nie powinno się to zdarzać, ale jestem w stanie zrozumieć, że się zdarza. Czasami jest też tak, że dziennikarz dobrze wie, że to co mówi mu polityk jest kompletną nieprawdą, ale woli sobie nagrać drugiego polityka wychodząc z założenia, że „on się w to nie będzie angażował”.

 

Na to nakłada się jeszcze inny proces, który jest procesem bardzo dotkliwym – upolitycznianie się mediów. Media mają swoje polityczne sympatie, co jest normalne, ale media także walczą ze sobą traktując tę walkę jako element sporu politycznego. Gazeta „POwska” walczy z „PiSowską”, gazeta „PiSowska” z „SLDowską” itd., itd. To rodzi zagrożenie, że każdy sąd dziennikarza można spostponować określeniem „propaganda”.

 

Nie jest to chyba wyłącznie polska specyfika?

 

Oczywiście, że nie. Niedawno Bartek Węglarczyk pisał o artykule Jaya Rosena – jednego z najwybitniejszych amerykańskich komentatorów politycznych –, który twierdzi, że winę za to co dzieje się w polityce amerykańskiej ponoszą także dziennikarze, którzy zaczęli traktować politykę jako grę dla wtajemniczonych. Sami starają się lepiej lub gorzej rozszyfrować zasady tej gry. Natomiast oceniają polityków na ile są w tej grze zręczni. Na przykład polityk może powiedzieć oczywistą nieprawdę, a my oceniamy na ile jego szanse wyborcze spadły czy się poprawiły.

 

Sądzi Pan, że zjawiska, o których rozmawiamy można wrzucić do jednego garnka o wdzięcznej nazwie „tabloidyzacja”?

 

Nie, broń Boże. Często mówimy o tym, że media się tabloidyzują, że wszystko ma być krótkie, że wszystko ulega spłaszczeniu, ale zawsze istniały mniejsze czy większe tabloidy. Nawet w średniowiecznym mieście był taki herold, który wykrzykiwał jakieś krótkie komunikaty składające się z paru zdań.

 

Są ludzie, dla których jest to wiedza wystarczają, są tacy którzy chcą więcej. Ja podobnie jak wielu dziennikarzy odczuwam brak tego „więcej”, czyli debaty politycznej. Ostatnio zresztą zaczyna nawet brakować nawet neutralnego gruntu, na którym politycy mogliby debatować.

 

Widzi Pan możliwość stworzenia takiego neutralnego gruntu?

 

Myślę, że z czasem media same zaczną źle się czuć w roli uczestnika sporu. Mówi się, że gorszy pieniądz wypiera lepszy. Ale ludzie jednak zawsze wolą mieć ten lepszą walutę, co widać na przykładzie franka szwajcarskiego. To odrobinę pocieszające.

Ostatnio zresztą, kilka dni po opublikowaniu mojego tekstu w jednej ze stacji informacyjnych, po całodziennym urobku informacji, zauważyłem audycję, emitowaną niestety późnym wieczorem, podczas, której przytaczano wypowiedzi prominentnych polityków i konfrontowano je z rzeczywistymi danymi. Nie uważam jej za spełnienie mojego postulatu, ponieważ każdy działa według swojego terminarza, ale pomyślałem sobie, że coś fajnego się dzieje.

 

Czyli jest jeszcze nadzieja, że tymi, którzy zajmą się prawdą będą dziennikarze?

 

Tymi, którzy zajmą się faktami. O prawdę Poncjusz Piłat pytał Jezusa i Jezus nie był w stanie mu dokładnie tego zagadnienia zdefiniować. Słowo „prawda” pada w moim komentarzu, ale pozostańmy przy skromniej brzmiących postulacie: fakty i dane.

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl