Z Wojciechem Góreckim o kosmosie Kaukazu, wpływach Hanny Krall i Ryszarda Kapuścińskiego oraz potrzebie odciśnięcia własnej pieczęci rozmawia Błażej Torański.

 

Wojciech Górecki (rocznik 1970). Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Życiu Warszawy" i "Rzeczpospolitej”. Członek zespołu redakcyjnego "Tygla Kultury", stały współpracownik "Nowej Europy Wschodniej". Autor książek: „Łódź przeżyła katharsis” (1998), „Planeta Kaukaz” (2002, 2010), „La terra del vello d'oro. Viaggi in Georgia” (2009) i „Toast za przodków (2010)” . Tłumaczony na język włoski, uhonorowany Nagrodą Giuseppe Mazzottiego. W latach 2002-2007 dyplomata w Ambasadzie RP w Baku. Był ekspertem misji UE badającej okoliczności wojny w Gruzji w 2008 roku. Pracuje w Ośrodku Studiów Wschodnich im. Marka Karpia.

 

Znasz się na Kaukazie?

Tak, znam się. Mam z tego chleb, z tego żyję.

Hanna Krall napisała na okładce Twojej reporterskiej książki  o Kaukazie „Toast za przodków”: „ Zdaje się, że nikt się na nim nie zna; Lermontow się znał, ale go zabili”.

Rzeczywiście Kaukaz jest obszarem trudnym do ogarnięcia. Można się nim zajmować i wszystkiego nie wiedzieć, nie rozumieć. Ale jeżdżę tam od 20 lat, przeczytałem setki książek, przeprowadziłem tysiące rozmów. Rozumiem, co się tam dzieje. Hannie Krall chodziło o to, że Kaukaz jest wyjątkowo pogmatwanym regionem świata, odrębnym kosmosem.

Ale Kaukaz jest też targany ciągłymi konfliktami. Jest niebezpieczny. Stąd przykład Lermontowa.

No tak, Lermontow miał 26 lat, jak zginął na Kaukazie. Zabito go jednak w pojedynku. Tymczasem w sytuacjach zagrożenia, z jakimi się tam stykam, pamiętam o Ryszardzie Kapuścińskim. Mistrz reportażu stosował metodę „rozbrajania twarzy”. Otóż kiedy mogło go spotkać coś złego, gdy zatrzymywał go patrol albo zaczepiał uzbrojony bandzior, uśmiechał się. Nie miał innej broni, często nie mógł się nawet inaczej porozumieć.  W pierwszej chwili robiło się jeszcze groźniej. Twarze kamieniały, stawały się bardziej zacięte. Uzbrojeni sądzili, że reporter sobie z nich kpi. Ale po jakimś czasie uśmiech działał. Na zlodowaciałych twarzach pojawiały się ludzkie rysy.

Wykorzystałeś tę wiedzę?

Nie czułem się nigdy tak bardzo zagrożony, ale wielokrotnie stykałem się z ludźmi uzbrojonym, zwłaszcza na posterunkach. Może to naiwne, ale wierzę, że skoro mam czyste intencje, to nie może mi się nic złego przytrafić. Ufam też, że jeśli tylko będę mógł drugiemu człowiekowi spojrzeć prosto w twarz, to zawsze, jak Kapuściński, dam sobie radę. Bardziej boję się na Kaukazie przypadkowej, zabłąkanej kuli albo wypadku na fatalnej, górskiej drodze, gdzie kierowcy jeżdżą brawurowo. Im dłużej wędruję po Kaukazie, tym bardziej pęcznieje mój notes z kontaktami, telefonami. To jest moja najlepsza polisa ubezpieczeniowa! Rozpoznaję układy klanowe i już kilka razy wyratowało mnie to z opresji: zawsze mogę się powołać na kogoś ważnego w lokalnej hierarchii.  

Reporterska opowieść „Toast za przodków” jest nominowana do nagrody Nike. Czy masz poczucie, że nigdy nie powstałaby, gdyby nie Hanna Krall i Ryszard Kapuściński?

Może powstałaby, ale z pewnością tak by nie wyglądała. Oboje mieli na mnie wpływ na dwóch poziomach. Po pierwsze wychowałem się na ich książkach. Przeczytałem całą polską literaturę faktu, od Melchiora Wańkowicza i Ksawerego Pruszyńskiego po Małgorzatę Szejnert, nie licząc mojego pokolenia reporterów oraz młodszych kolegów.  Ale najbardziej ukształtowały mnie książki Kapuścińskiego i Krall. Po drugie: miałem szansę poznać ich osobiście.  

Jesteś uczniem Hanny Krall.

Poznałem ją w Łodzi, w 1989 roku, na spotkaniu autorskim. Miałem podziemne wydanie jej reportaży „Trudności ze wstawaniem”. Ciekawe, bo wszystkie te teksty ukazały się wcześniej legalnie w „Polityce”, ale autorka nie mogła ich wydać w książce! Zebrane w jednym tomie były nie do strawienia przez cenzurę. Jerzy Urban powiedział nawet, że z jej reportaży wychodzi „PRL bez portek”. Więcej tam było prawdy, aniżeli w niejednym tomie socjologicznym. W 1976 roku zniszczono skład książki Hanny Krall przygotowywanej do druku w „Iskrach”.

Podszedłem do niej z prośbą o dedykację. Spytała, dla kogo ma być. - Dla Wojtka Góreckiego, który chce być wielkim reporterem - odparłem. Popatrzyła na mnie wnikliwie i napisała „Wojtkowi Góreckiemu, z nadzieją, że będzie wielkim reporterem ( - cokolwiek to znaczy)”. Zaprosiła do „Gazety Wyborczej”, która mieściła się w byłym przedszkolu przy Iwickiej w Warszawie, gdzie kierowała działem reportażu.

Zawiozłeś jej reportaż i od razu zostałeś reporterem „Gazety”.

Napisałem tekst o zagryzionej przez psy dziewczynce z ośrodka szkolno-wychowawczego pod Łodzią. Usiedliśmy w „białym saloniku”, gdzie wcześniej była łazienka wyłożona białymi kafelkami. Hanna Krall wzięła długopis i zaczęła się pastwić nad tekstem. Czytała, skreślała, poprawiała, notowała uwagi na marginesach. Masakra. Nie zostawiła ani jednego całego zdania. Zrobiłem się zielony i pomyślałem, że to już koniec. Po godzinie skończyła. „Panie Wojtku, świetny tekst pan napisał”. Zbaraniałem.  „No jak to?” - wyjąkałem. „To nic, usłyszałem, takie drobne poprawki, żeby był lepszy rytm". I zaproponowała mi pracę w dziale reportażu.

Kapuściński nauczył cię unikać niebezpieczeństwa, a co zyskałeś – i wykorzystałeś w relacjach z ludźmi na Kaukazie – od Hanny Krall?

Na Kaukazie więcej zyskałem z Kapuścińskiego, jego teorii „reportera - tłumacza kultur”. Sam łapałem się często na tym, że nie tylko przechodzę z języka na język, ale zmieniam też kod kulturowy. Młodego Czeczena nie pytałem na przykład „Co sądzisz o tej sprawie”, tylko – całkowicie bezrefleksyjnie - „Co o tym sądzą starcy z twojej wsi”. Zadając w ten sposób pytanie dawałem mu sygnał, że znam, rozumiem i szanuję układ panujący w Czeczeni. Wzięło się to zresztą stąd, że kiedyś pewien starzec zapytał mnie tam, co o ich sytuacji sądzą starcy w Polsce? Zbiło mnie to z tropu, ale odpowiedziałem: „Martwią się i obserwują bieg wydarzeń”. Chodzi o to, żeby to wszystko „przetłumaczyć” polskiemu czytelnikowi.

Dzięki Hannie Krall natomiast poznałem test na prawdomówność. Opowiadała, jak była na mszy odprawianej przez ks. Adama Bonieckiego. Czytał fragment Ewangelii o tym, jak poganie szli do Jezusa, ale zanim do niego doszli, odwiedzili jeszcze kogoś i kogoś. Krall spytała Bonieckiego:  „Czy trudno było się dostać do Jezusa”. „Nie, każdy mógł podejść”.  „To dlaczego nie poszli od razu?”. „Nie wiem, ale pewnie myślisz, że to jest opowieść zmyślona?”. „Wręcz przeciwnie – powiedziała Hanna Krall – jakby ktoś zmyślał, to zachowałby logikę. Nie zmyśla się nielogicznie, więc wiem, że to się musiało wydarzyć naprawdę”. Takie bywa życie, zaskakujące, porwane, nielogiczne.

Sprawdziłeś ten test na Kaukazie?

Kaukaz jest krainą mitomanów. Jakby ich sprawdzać, to szybko by się okazało, że wszyscy chcą nas zrobić w konia. Ale ja jestem przekonany, że kłamstwo też wiele o człowieku mówi. Jeśli ktoś kłamie, to zastanawiam się, dlaczego chce mnie oszukać. Ale mieszkańcy Kaukazu mają na sprzedaż wizję samych siebie, z którą się tak silnie zrośli, że w nią uwierzyli. To są pewnie najbardziej mitomańskie ludy na ziemi. W swojej najnowszej książce, nad którą właśnie pracuję napisałem, że na Kaukazie jest sto narodów wybranych. Mity i bajki, którymi nas karmią trzeba przyjmować z dobrodziejstwem inwentarza. Tacy są. Każdy naród jest tam największy, najstarszy, najbardziej waleczny i najbardziej pokrzywdzony.

Ile w twoich książkach – „Planecie Kaukaz” czy „Toaście za przodków” -  jest z literatury Kapuścińskiego czy Hanny Krall?

Mam nadzieję, że coś od tych wielkich reporterów przejąłem, jestem dumny z tych wpływów, ale nie chcę też być jakimś epigonem. Zawsze chciałem mieć własny styl, po którym będę rozpoznawany. Staram się pisać po swojemu. Albański tłumacz Kapuścińskiego i Stasiuka Astrit Beqiraj po przeczytaniu „Toastu” napisał mi w e-mailu, że odebrał te książkę, jako coś pośredniego między Stasiukiem a Kapuścińskim.  Bardzo się z tego ucieszyłem, bo Andrzeja Stasiuka cenię za umiejętność plastycznego opisu, który mnie przychodzi z trudem.

Nie ma oryginalności zupełnej, absolutnej. „To, co jest, buduje się na tym, co było. Nic, co ludzkie, nie jest czyste”, napisał Ernesto Sabato.

To prawda. Często nawet nieświadomie kogoś cytujemy, czy przyjmujemy jego sposób argumentacji lub budowy zdania. Ale można odcisnąć też swoją pieczęć, wnieść swoją wartość dodaną i wtedy jest dużo lepiej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl