Z Bartoszem Węglarczykiem o tym czy świat bez WikiLeaks byłby lepszy rozmawia Paweł Luty.

 

Bartosz Węglarczyk – (rocznik 1971) dziennikarz, prezenter, od 1989 roku w „Gazecie Wyborczej”. Przez cztery lata był szefem działu zagranicznego „GW”. Obecnie jest wydawcą portalu Wyborcza.pl. Od 2008 roku prowadzi „Dzień dobry TVN”. W 1999 roku zdobył nagrodę SDP im. Kazimierza Dziewanowskiego za artykuł „Przez pięć kręgów”, opisujący kampanię na rzecz wejścia Polski do NATO.

 

Co dobrego wynika z działalności WikiLeaks?

Dowiadujemy się jak wygląda, zamknięty zazwyczaj dla opinii publicznej, świat dyplomacji. Dzięki publikacji amerykańskich depesz debata publiczna jest bardziej otwarta, co jest z pewnością pozytywne. A niektóre depesze, które nie mają większego znaczenia, bawią nas. Jednakże, negatywne strony działalności WikiLeaks są poważniejsze od tych pozytywnych.

Jakie dostrzega Pan negatywy w działalności WikiLeaks?

Najważniejsze jest to, że widać wyraźnie, iż nikt nie jest w stanie kontrolować wycieku informacji z WikiLeaks. Upubliczniono 250 tys. depesz bez żadnego przeanalizowania ich, bez żadnego zastanowienia się. Ujawniono nazwiska osób, których nie wolno było ujawnić. Media donosiły o kilku takich przypadkach, ale ich było znacznie więcej.

Ujawniono np. nazwisko jednego z działaczy międzynarodowej organizacji humanitarnej w Birmie, który opisywał trudy swojej pracy i relacje z birmańskimi urzędnikami. Ten człowiek i ta organizacja prawdopodobnie już nic więcej w Birmie nie zrobią.

Ujawniono też nazwiska amerykańskich informatorów w Afganistanie. Nie ważne co myśli się o tej wojnie, czy się zgadza z działaniami Amerykanów czy nie, to ujawniając ich nazwiska naraża się tych ludzi na śmierć. Trudno, żeby ktokolwiek brał na siebie odpowiedzialność za coś takiego.

A sądzi Pan, że współpracownicy WikiLeaks stanowią zagrożenie dla dziennikarzy?

W jakimś sensie mieliby być zagrożeniem dla dziennikarzy? Że nas wypierają?

Tak. Są zagrożeniem w tym sensie, że być może po części zastępują dziennikarzy śledczych.

Nie zgadzam się z tym twierdzeniem. Czytałem gdzieś opinię, że oni wypierają poważne dziennikarstwo, ale to jest nieprawda. Bradley Manning – żołnierz, który wykradł depesze dla WikiLeaks – jest klasycznym przykładem osoby, którą określa się angielskim zwrotem „whistleblower” (osoba, który wyjawia sekrety – red.). Tacy ludzie byli zawsze i dziennikarze często korzystają z ich usług. Oni nie zastępują dziennikarzy.

W internecie pojawiają się też opinie, że WikiLeaks to „ostatnia ostoja wolnego słowa na świecie”. Zgadza się Pan z tym?

To bzdura. (śmiech) Jest rzeczą bardzo ludzką pożądać dostępu do wiedzy tajemnej. Gdyby ktoś do nas przyszedł i powiedział: „słuchaj, będę Ci do ucha szeptał co naprawdę dzieje się w Kancelarii Premiera i Kancelarii Prezydenta, będziesz wiedział o czym tam rozmawiają” to kto z nas nie chciałby tego słuchać? Wszyscy byśmy chcieli, czy jesteśmy dziennikarzami czy nie.

Prawdą jest także, że bardzo wiele ujawnionych depesz, bez poznania kontekstu, bez zrozumienia co się dzieje na świecie, jest kompletnie bezużytecznych i niezrozumiałych. Np. negocjacje ws. północnokoreańskiego programu atomowego są tak skomplikowane, tak wielopoziomowe, że możemy poznać jedynie ich fragment. To, że poznamy depesze amerykańskiego ambasadora w Korei Południowej nic nam nie da.

Ludzie, którzy nie rozumieją jak funkcjonuje świat dyplomacji nie zrozumieją o co chodzi w większości tych depesz. Spora grupa dziennikarzy i tzw. dziennikarzy obywatelskich – internautów, którzy uważają WikiLeaks za ostoję wolności słowa – nie rozumie, że nawet jeśli pod depeszą jest podpisany jakiś ambasador to niekoniecznie on jest jej autorem.

Jakiś czas temu miałem w ręku wyniki badań osoby chorej na raka. Pełno tam było liczb, danych i określeń, które kompletnie nic mi nie mówiły. Co z tego, że miałem je w ręku skoro ich nie rozumiałem? Podobnie jest z depeszami z WikiLeaks. Sporo osób ich po prostu nie rozumie.

To może wspólne działanie ludzi z WikiLeaks, którzy wyciągają depesze z zakamarków amerykańskiego Departamentu Stanu i dziennikarzy wyjaśniających ich kontekst z dbałością o to, żeby nie ujawniać danych, które mogłyby zagrozić czyjemuś życiu czy bezpieczeństwu jest czymś co ma pozytywne skutki?

Problem polega na tym, że dziennikarze nigdy nie mogą być pewni czy nie narażają czyjegoś życia, co jest skrajnym przypadkiem, czy jakiejś pożytecznej gry dyplomatycznej. Łatwo mi jest sobie wyobrazić, że ujawnienie depeszy zawierającej polskie stanowisko ws. emisji gazów cieplarnianych mogłoby skutecznie zniweczyć cały proces negocjacyjny, który mógłby zakończyć się czymś pozytywnym. My tego po prostu nie wiemy.

Dziennikarze przy publikacji każdego materiału muszą go bardzo dokładnie przeanalizować, wgryźć się w tę depeszę, porozmawiać o niej z osobami kompetentnymi, wysłuchać argumentów strony popierającej i negującej ujawnienie tej depeszy. Dopiero potem, mając świadomość kontekstu w jakim ta depesza powstała, można podjąć decyzję czy ją publikować czy nie.

Miałem tajne depesze w swoim ręku wielokrotnie, no może nie na taką skalę jak WikiLeaks, ale sporo. Każdorazowo musiałem podejmować decyzję czy ją publikować czy nie.

Pokusiłby się Pan o stwierdzenie, że świat bez WikiLeaks byłby lepszy?

Moim zdaniem rola WikiLeaks jest przeceniana. Świat bez WikiLeaks ani nie byłby lepszy, ani nie byłby gorszy.

Pytanie natomiast czy warto było publikować depeszę, która komuś złamała karierę, np. młodemu niemieckiemu dyplomacie, który rozmawiał ze swoimi amerykańskimi kolegami o kulisach rozmów koalicyjnych w Berlinie? Czy o to chodzi w WikiLeaks, żeby opublikować informację, że żona ambasadora Azerbejdżanu przeszła operację plastyczną i ma kłopoty z poruszaniem ustami, co jest dla dyplomatów z oczywistych względów ważne, a spotkało się z kpinami i poniżeniami ze strony internautów? Czy było warto coś takiego publikować?

No właśnie, Pana zdaniem warto było?

Zdecydowanie nie.

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl