Z dr. Andrzejem Rostockim o dziennikarstwie stadnym, przewidywalności, braku poważnej debaty publicznej w mediach oraz o problemach polskiego czytelnictwa rozmawia Aleksandra Głąb
Andrzej Rostocki, dr nauk humanistycznych, socjolog, pracownik Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, specjalizuje się m.in.: w metodologii badań sondażowych, etyce badań społecznych, prywatności oraz teorii i praktyce public relations. Od 1992r. analityk i publicysta polskiego rynku książki, autor list bestsellerów w „Exlibrisie”, „Rzeczy o książkach” („Rzeczpospolita”) i „Notesie Wydawniczym” oraz felietonów w „Tygodniku Powszechnym” i „Dzienniku Łódzkim”. Pisał także społeczno-polityczne felietony w obywatelskim dzienniku Wiadomości24.pl. Obecnie – jak sam o sobie mówi – na „publicystycznej emeryturze”, pisze jedynie dla „Notesu Wydawniczego”. W roku 2005 nominowany do nagrody Polskiej Izby Książki – „Złotego PIK-a” za najciekawszą prezentację książki w mediach w kategorii Prasa.
Czy ma pan ochotę „wyrzygać się na głowy redaktorów naczelnych”, o czym pisał pan swego czasu w felietonie „Instynkt stadny w dziennikarstwie” na portalu Wiadomości24.pl ?
Nie, to był objaw chwilowej frustracji oraz chęć sprowokowania dyskusji. To wrażenie wywołała we mnie w owym czasie debata wokół więzień CIA w Polsce. Wydawało mi się wtedy, że media nie mają żadnych dowodów empirycznych i stwarzają problem, który Aronson i Pratkanis nazywali faktoidami. Miałem wtedy odczucie, że media stają się kreatorami rozmaitych faktów. Zresztą ja jestem konstruktywistą, a więc mam mocno relatywistyczne poglądy dotyczące prawdy i owszem - uznaję kreacyjny charakter mediów, ale jestem wychowankiem Denisa McQuail’a i uważam, że media powinny w sposób odpowiedzialny budować debatę publiczną. A współcześnie zbyt często zajmują się sensacją, a nie są w stanie przez długi okres interesować się sprawami rzeczywiście ważnymi. Najlepszym przykładem w tej chwili – już bez odruchu wymiotnego – jest sprawa elektrowni Fukushima.
Dlaczego?
Przez kilka tygodni o tym się mówiło jako o katastrofie, a większość mediów nie podjęła poważnej debaty dotyczącej rozwoju energetyki światowej, co jest niesłychanie ważne. To jest realne poczucie zagrożenia. Po drugie, ten temat został kompletnie zignorowany w debacie publicznej w Polsce, a przecież nasza energetyka opiera się głównie na węglu brunatnym i kamiennym i jeśli zasoby się skończą, może dojść do dramatu. Dlatego mój felieton był prowokacją. Ja mam krytyczny stosunek do mediów, bo w zbyt małym stopniu zagospodarowują przestrzeń debaty publicznej.
Żalił się Pan na dziennikarstwo stadne. Że wszyscy piszą tak samo i o tym samym. To wciąż obowiązuje?
To pojęcie funkcjonuje od wielu lat w Polsce. Ta stadność może mieć dwojaki sens. Z jednej strony są sprawy ważne i wtedy to, że wszystkie media o tym piszą nie jest niczym szczególnym. To jest dla mnie coś pozytywnego. Ale dziennikarstwo stadne polega na tym, że jest sprawa klastycznie tabliodalna, taka, która jest sensacyjna, ale niezbyt ważna dla debaty publicznej, dla stanu naszego społeczeństwa. I nagle o tym zaczyna się pisać w sposób niezrozumiały - to jest właśnie ta stadność. Dziennikarstwo stadne połączyłbym z pojęciem tabloidyzacji mediów – jeżeli jedno medium wykryje coś sensacyjnego, to inne media nie chcą pozostawać w tyle i podchwycają ten problem. Szczególnie jak widzą, że publiczność jest tym zainteresowana.
A jak jest teraz, w przypadku debaty w mediach na temat walki z chuligaństwem stadionowym? To pozytywna czy negatywna „stadność”?
Nie, tego nie określiłbym dziennikarstwem stadnym. To jest problem bardzo ważny, od dawna zresztą. Ale w przypadku tak zwanego chuligaństwa stadionowego, a co ja określam generalnie jako chuligaństwo, to stadne są sposoby opisu problemu. W zasadzie nie pojawiła się żadna oryginalna wypowiedź, poza wypowiedzią Jerzego Dudka, świetnego polskiego bramkarza, który sformułował stanowisko bardzo mi bliskie i o którym ja od wielu lat mówię – po prostu trzeba stadiony w ogóle zamknąć. Bez piłki nożnej Polska może żyć. Są ważniejsze problemy. Polak bez piłki nożnej wytrzyma kilka miesięcy. A walka z kibolami – zarówno sposób artykulacji problemu przez rząd i sposób takiej standaryzowanej, stadnej artykulacji tej sprawy przez media jest czymś, czego ja jako socjolog nie mogę zrozumieć.
W jednym z kwietniowych wydań tygodnika „Wprost” Marcin Król zarzucił mediom, że walczą z czasem, że zasypują odbiorców lawiną newsów, bez analitycznego podejścia do zebranych informacji, bez wyciągania wniosków. Podpisałby się pan pod tą opinią?
Ja się z tym zgadzam tak samo, jak z wieloma innymi tezami prof. Króla. Powiedziałbym, że nasze dziennikarstwo, poza kilkoma osobami, jest mało kreatywne, powtarzalne. Poza tym, ta przewidywalność dotyczy jeszcze czegoś innego.
Czego?
Że jeżeli biorę tekst Rafała Ziemkiewicza, to doskonale wiem, o czym to będzie; jeżeli czytam tekst Joanny Lichockiej, to wiem, czego on będzie dotyczył; jeżeli biorę tekst nawet Piotra Zaremby, którego bardzo cenię, to – w mniejszym co prawda niż u Ziemkiewicza stopniu – mogę określić nie tylko o czym będzie pisał, ale również jakich argumentów użyje. To nie jest dziennikarstwo, to jest dziennikarski rytualizm. Ta powtarzalność staje się nieznośna.
Da się z nią walczyć?
W Polsce zdarzają się jeszcze ludzie twórczy, ale im trzeba dostarczać problemów do rozwiązywania, a nie rytualnych formułek. A w tej chwili jesteśmy na etapie takiego odklepywania. Dobre wydawałyby się te pióra, a tak przewidywalne. I to „rzyganie”, o którym kiedyś pisałem było też próbą złamania przewidywalności dziennikarzy. Dzisiaj również wznoszę do nich modlitwy, żeby przestali być tak łatwi do rozszyfrowania.
Ale obok informacji i debaty na wysokim poziomie, odbiorcy – w myśl zasady „chleba i igrzysk” – potrzebują też rozrywki. Obecna w polskiej telewizji na szeroką skalę rozrywka jest formą dobrej zabawy czy raczej okrucieństwa?
Teraz w zasadzie są same igrzyska. Ja zawsze byłem przeciwny reality show, bo uważałem, że to jest zniesienie bardzo ważnej granicy dla każdej kultury, obowiązującej między sferą publiczną i prywatną. Ale doświadczenie pokazało, że ludzie mają do tych programów rozrywkowych stosunek czysto hedonistyczny. Ludzie chcą się bawić i - odwołując się do Umberto Eco - uciekają się do „mechanizmu pocieszycielskiego”. Niestety, życie nie polega tylko na samej pracy, na wyrzeczeniach. W życiu człowiek zasługuje również na relaks i bawi się zgodnie ze swoimi potrzebami. Jestem daleki od głoszenia proroctw, że świat od tego zginie, że hedonizm zgubi ludzi.
A nie uważa pan, że obecne formaty telewizyjne obniżają jakość programów, ogłupiają widzów?
Jeżeli miałbym użyć terminu, że rozrywka obniża jakość telewizji, to tylko w takim sensie, że telewizja – niesłychanie ważne medium – przestaje być elementem debat publicznych, że kompletnie lekceważy, świadomie ignoruje to, że w jakimś stopniu odpowiada za przedstawianie ludziom problemów. Problemów społecznych, które nas czekają w ciągu najbliższych kilku lat. O tym w telewizji się właściwie nie mówi.
Co w zamian za to otrzymujemy?
Materiały, w których nie ma pasji, nie ma poczucia, że to jest dla nas ważne. A ja tę pasję widzę wśród prowadzących programy rozrywkowe, oni dają z siebie wszystko, a dziennikarze informacyjni – poza wyjątkami – raczej tego nie robią. Jest wyraźna asymetria między tą funkcją informacyjno-kreacyjną w budowaniu debaty publicznej i mniej poważnymi sprawami, wiążącymi się z hedonistycznymi potrzebami człowieka. Tutaj tkwi źródło mojego rozczarowania.
Może zamiast siedzieć przed telewizorem powinniśmy sięgnąć po książki? Chociaż z drugiej strony – czy to możliwe w społeczeństwie, gdzie 50% obywateli nie ma z czytelnictwem nic wspólnego, a dodatkowo na książki nałożono 5-procentowy VAT, obowiązujący od maja?
Warto tu odwołać się do opinii prof. Przemysława Czaplińskiego z Uniwersytetu Adama Mickiewicza, świetnego krytyka literackiego. On zwrócił uwagę, że w Polsce brakuje w rodzinie socjalizacji ku książce. Z jego informacji, jak również z danych Instytutu Książki i Czytelnictwa wynika, że w tych rodzinach, w których książka jest stałym elementem przestrzeni rodzinnej, jest obecna fizycznie, intelektualnie, emocjonalnie, i dzieci po nią sięgają. Lenistwo rodziców, którzy wolą sadzać dziecko przed komputerem już na nocniku sprawia, że zostaje ono wyłączone ze świata języka pisanego. A mówi się, że jedna półka książek więcej w domu, to jest krok przybliżający dziecko do literatury.
A co z VAT-em?
Uważam to za posunięcie idiotyczne, bez względu na racje ekonomiczne, jakie niesie to za sobą. W społeczeństwie, w którym połowa obywateli przyznaje się do braku kontaktu z książką w ciągu roku, jest to działanie samobójcze w odniesieniu do intelektualnej przyszłości Polaków. Prędzej czy później to się obróci przeciwko nam. Dlatego trzeba działać od początku, jak zwrócił na to uwagę prof. Czapliński – trzeba socjalizować, budować potrzebę książki w rodzinie. Moja wnuczka, kiedy zobaczyła moją bibliotekę, powiedziała, że jak będzie dorosła, też będzie miała tyle książek. I to jest najlepszy komentarz pokazujący, czego w Polsce brakuje.
Ale z książkami też mamy problem. Kiedy na rynku pojawiła się biografia Lecha Wałęsy czy książka Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim to mówiono, że nie wolno o nich źle pisać. Nie radzimy sobie z rozliczaniem historii, istnieją jakieś niepisane sfery, w które nie powinno się wkraczać?
Ja jestem zdecydowanym przeciwnikiem pisania hagiografii, biografii tworzonych „na kolanach”. Uważam, że książka Domosławskiego o Kapuścińskim była zupełnie porządna, ale pomylono w niej sprawy epistemologii reportażu. Przecież reportaż nie jest tekstem, który jest w stanie prawdziwie opisać świat. Język naturalny nie daje nam żadnych możliwości obiektywizacji świata, bo został stworzony do jego subiektywizacji. A co do biografii Wałęsy, to w zasadzie nie mam zdania. Lech Wałęsa uparcie, w sposób czasami dziwny, broni niektórych obszarów swojego życia, nie rozumiejąc, że jako osoba publiczna i bohater „Solidarności”, powinien odsłonić tajemnice przeszłości.
W jakiej kondycji jest zatem polska biografistyka?
Sądzę, że polska biografistyka jest na bardzo dobrym poziomie. Na przykład to, co zrobił Andrzej Franaszek, pisząc biografię Czesława Miłosza jest czymś rewelacyjnym. To jest monumentalna książka i niesłychanie ważna. Dzieło Domosławskiego uważam za dzieło również dobre, ale popękane, pełne niepotrzebnych napięć. To, że pisał o romansach Kapuścińskiego nie zwiększyło wartości książki. Biografia Wałęsy pisana była zaś z negatywną premedytacją, ale tego typu dzieł jest w polskich zbiorach mało. U nas na ogół pisze się bardzo porządnie.
