Z prof. Wiesławem Godzicem o debiucie „Gazety Polskiej Codziennie”, przyszłości prasy drukowanej, powadze tabloidów i triumfie dziennikarskiej młodości nad zawodową jakością rozmawia Aleksandra Głąb

Prof. dr hab. Wiesław Godzic – medioznawca, filmoznawca. Wykładowca polskich i amerykańskich uczelni. Twórca i redaktor naczelny kwartalnika naukowego „Kultura Popularna”. Autor i redaktor wielu publikacji (m.in. „Zrozumieć telewizję”, „Podglądanie Wielkiego Brata”, „Znani z tego, że są znani. Celebryci w kulturze tabloidów”). W pracy naukowej zainteresowany m.in. semiotyką i retoryką przekazów medialnych oraz problematyką nowych mediów – zwłaszcza telewizji i Internetu. Prowadzi badania nad widzem telewizji i kontekstem kultury popularnej. Wykładowca w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Prywatnie miłośnik muzyki poważnej i wędrówek po Tatrach.
9 września na rynku prasowym debiutuje „Gazeta Polska Codziennie”. Nowy tytuł ma szansę powodzenia?
Szczerze mówiąc, nie wiem po co ta gazeta debiutuje. Moim zdaniem to tytuł związany wyłącznie z wyborami. Jego profil nie pasuje do polskiego odbiorcy prasy, nie znajdzie się grupa, która będzie po niego sięgać. To kolejny tabloid, a półka z tabloidami jest już wypełniona. „Gazeta Polska Codziennie” ze swoim nastawieniem na lekkość, na sportowe treści to jedynie efemeryda nie będąca zagrożeniem dla istniejących tytułów. Podobny eksperyment kilka lat temu przeprowadziła „Agora”, chcąc publikować też coś lekkiego i to się jej nie udało. Myślę, że teraz będzie podobnie, bo „Gazeta Polska Codziennie” wchodzi na okupowany rynek, rynek dobrze obwarowany.
Piotr Lisiewicz pisał w ostatnim numerze tygodnika „Gazeta Polska”, że zapracowani Polacy potrzebują jednak czegoś ponad sensacyjność tabloidu, czegoś poważniejszego. Ale czy tabloid może być w ogóle poważny?
Tabloid jest poważną rzeczą, ale nie w formie. Jego treści są poważne, opowieści, gdzie króluje krew, gdzie są ofiary. Ale zapracowani Polacy w ogóle nie chcą czytać, a jeśli już, to darmowe treści w Internecie. Swoją wiedzę czerpią jednak głównie z telewizji, z filmów. Zapracowanym Polakom podobają się treści bezpłatne, oni lubią to, co już jest, czyli krew i sensację. A najlepiej, żeby było tego jeszcze więcej.
O pewnej dozie powagi może świadczyć ostatni krok „Super Expressu” i poszerzenie go o wtorkowy dodatek opinii „To Robić!”.
Tak jak mówiłem, tabloidy są poważne. One mają ogromną siłę. Mogą przeprowadzać rozmaite akcje, mobilizować do działania, bo mają świetny sposób emocjonalnego oddziaływania na czytelników. Bulwarówki mówią językiem codzienności, wpasowują się w nasze zamiłowanie do szybkiego formułowania opinii. A jeśli pojawia się do tego negatywny bohater, to tabloid jest już całkowicie w swoim żywiole. Ten rodzaj prasy tworzy doskonały klimat do konstruowania łatwych ocen. I dodatki takie jak „To Robić!” są w tabliodach potrzebne, żeby budować ludzkie losy, żeby innych pchać do przodu. Poważne tygodniki opinii odwołują się do czynności intelektualnych, zaś tabloidowe to przede wszystkim emocje. I dzięki temu manewrowi uczuciowego związania z gazetą mogą wiele zyskać, o ile będą postępować umiejętnie. W tygodnikach opinii dołączanych do tabloidów potrzebny jest rozsądek, a nie dydaktyzm Kubusia Puchatka.
Ekspansja Internetu stawia przed światem mediów pytanie o przyszłość prasy drukowanej, wieszcząc jej zniknięcie. Może jednak scenariusz nie będzie taki czarny? Mówiliśmy o dodatku do „SE”, nowym dzienniku „Gazety Polskiej”, w połowie września ma wystartować też konserwatywno-liberalny tygodnik „Wprost przeciwnie”. Wcześniej sukces odniosło „Uważam Rze”.
Trzeba się oczywiście pocieszać - w 2012 r. prasa drukowana na pewno nie zniknie, ale nie da się powstrzymać upadku tej formy mediów, nie da się zahamować odejścia od papierowych gazet. Uderzenie w prasę drukowaną pochodzi z dwóch stron. Po pierwsze – tablety. Ludzie zaczynają się coraz bardziej przekonywać do treści elektronicznych, do czytników gazet. Po drugie – Internet. Już 56% Polaków korzysta z Internetu, czyli także z treści publikowanych w sieci, bo chcą mieć teksty za darmo, pod ręką, natychmiast. Z czasem zniknie zwyczaj posiadania swojego numeru dziennika, co najlepiej widać po studentach. Ja się łapię na tym, że oni nie czytają gazet. A to nie jest jakaś tam zwykła czynność, to jest cała czynność kulturowa – wstaję rano i z prasy drukowanej, z papierowej gazety chcę się dowiedzieć, co myśleć o świecie. Dzisiaj nie ma się ulubionego tytułu, rynek prasowy spada, wszystko jest do siebie podobne, a w ludziach zanika pewna mentalna czynność. Maleje krąg Polaków, dla których lektura gazety codziennej jest czynnością „na dzień dobry”.
Telewizja za to nie narzeka na brak odbiorców. Stacje wystartowały właśnie z jesiennymi ramówkami, gdzie króluje przede wszystkim rozrywka. Widzowie nie potrzebują więcej?
Dobrym prawem stacji komercyjnych jest konieczność zarabiania pieniędzy. Tam musi królować rozrywka i to ta najwyższej jakości, rozsądna. Ja mam natomiast pretensje do telewizji publicznej, która stara się walczyć z konkurencją i produkuje programy typu talent show (a wcześniej docu-soap), upowszechniając bylejakość. Telewizja publiczna nie ma swojego i tylko swojego miejsca w medialnej przestrzeni. Ona nie powinna być jedną ze stacji komercyjnych – ona ma być najlepsza, ma być wzorcem dla innych nadawców. A zamiast tego co mamy? Pat. Telewizja publiczna nie wykona żadnego ruchu sama, tylko podąża za regułami gry narzucanymi przez inne stacje.
A może widzowie wybierają rozrywkę, bo informacja ich zawodzi? Bo jest nieobiektywna, tabloidowa, albo w ogóle jej nie ma? Marek Pyza pisał w nowym wydaniu „Uważam Rze”, że codziennie znajdują się informacje, które media przemilczają.
Telewizja jest sztuką rozrywki i to nie jest wina ludzi, ale takiego układu medialnego. Moje doświadczenia z badaniem informacji telewizyjnej pokazują, że w telewizji ona musi być połączona z rozrywką. To jest taki rodzaj medium, który wymusza istnienie infotainmentu. W telewizji nie można pokazać rozmowy, w której przez 15 minut nic się nie dzieje w obrazie. Dzisiaj to już nie jest najlepsze medium do przekazywania informacji. Jeśli jakiś news pojawia się w telewizji, to w tym newsie wcale nie chodzi o informację, ale o poczucie, że jest się lepiej poinformowanym niż osoba, która tego newsa nie obejrzała – a nawet, że jest się lepszym obywatelem. Poza tym, do ludzi trafiają łatwiej mrożące krew w żyłach tabloidowe treści, choć potrzebna im jest też poważna debata w stylu talk show. Ale musi ona przyciągać ich nie w obszarze prostej sensacyjności. Ona powinna być intelektualnie ekscytująca. Do tego potrzebni są jednak znakomici dziennikarze.
No właśnie – Dom medialny Pan Media Western przedstawił ostatnio wyniki swojego cyklicznego raportu, w którym zestawił przychody reklamowe telewizji pod kątem najbardziej „dochodowych” dziennikarzy. W czołówce byli m.in.: Jarosław Kuźniar, Beata Tadla, Grzegorz Miecugow, Tomasz Sianecki czy Elżbieta Jaworowicz. Ta „dochodowość” idzie w parze z jakością, z bogactwem warsztatowym?
Ten raport pokazał, że dzisiaj dominują 30-40-latkowie ze stacji komercyjnych (program redaktor Jaworowicz to populistyczny wyjątek). Poza tym, Kuźniarowi pomogły ostatnie występy w programie rozrywkowym. Dla mnie osobiście łączenie poważnego dziennikarstwa z rozrywką jest dość dziwne, ja w to po prostu nie wierzę. Raport Pan Media Wester to dowód na to, że ludzie wskazują poszczególnych dziennikarzy nie tylko ze względu na ich profesję i to, co w jej zakresie robią. U nas jest inaczej niż w USA – my nie lubimy starszych dziennikarzy, wolimy osoby młodsze, które będą nas bawić, nie będą za długo mówić i zanudzać nas wielokrotnie złożonymi zdaniami. Raport najbardziej „dochodowych” dziennikarzy to raczej triumf młodości, a nie jakości dziennikarskiej. To dobrze świadczy o Polsce, w której dopuszcza się do głosu ludzi młodych, ale źle świadczy o mediach, bo dojrzałe media to na ogół dobre media. A dojrzałe media, to media 50-latków jako anchorów, głównych prezenterów. Dzisiaj natomiast nie wiek i doświadczenie się liczą. Dzisiaj zbiera się punkty za sposób pojawiania się na ekranie.
