Z prof. Stanisławem Mockiem o tym, czy dziennikarze mają pilnować samych siebie rozmawia Wiesław Łuka.
Prof. dr hab. Stanisław Mocek, prorektor ds. dydaktycznych Collegium Civitas, medioznawca, autor wielu książek i publikacji prasowych.
„ Kto pilnuje strażników? ” - zechce pan profesor rozszyfrować tytuł waszej najnowszej książki, którego drugi człon brzmi:„Odpowiedzialne dziennikarstwo w demokratycznej Polsce”. Zajmujecie się strażnikami więziennymi? A co ma wspólnego z nimi dziennikarstwo?
Nawiązujemy w tytule do dziennikarstwa jako czwartej władzy, która ma pilnować m.in. polityków – strażników zasad demokratycznych w naszym kraju. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę, że określenie czwartej władzy jest umowne. Ponad dwa wieki temu w brytyjskim parlamencie nazwano dziennikarzy, siedzących na galerii, czwartym stanem Królestwa, a potem pojawiło się pojęcie czwartej władzy.
Powstaje pytanie: dlaczego „odpowiedzialne dziennikarstwo…”, nie zaś po prostu dziennikarstwo? Jako zespół pracujący nad tą książką, opartą na naszych badaniach, chcieliśmy zrobić zastrzeżenie, że interesuje nas nie dziennikarstwo w ogóle, także nie dziennikarstwo brukowe, ale to – że się tak wyrażę – z wyższej półki, opiniotwórcze, nie zaś rozrywkowe.
Wynika z tych badań, że dziennikarze cieszą się dużym zaufaniem społecznym (74% wskazań), większym niż księża, a dużo większym niż politycy…
Z badań i to wynika, że są postrzegani głównie przez pryzmat telewizji jako medium współtworzącego kulturę masową. Kojarzą się ludziom, jako: I - osoby przeprowadzające wywiady w telewizji i radiu, II - reporterzy tych dwóch mediów, III - prezenterzy telewizyjni lub radiowi. A dopiero na czwartym miejscu jako autorzy artykułów prasowych…
Czytelnictwo jest w odwrocie…
Mistrz Ryszard Kapuściński na pewno przewraca się w grobie…Ciekawa jest również opinia badanych, że dziennikarz, to osoba zajmująca się głównie polityką (68%), na drugim miejscu - aferami, na trzecim – skandalami obyczajowymi, na czwartym – życiem znanych osób publicznych…
A gdzie się sytuują poważni publicyści, komentatorzy, reportażyści?...
Potwierdza się przekonanie o postępującej tabloidyzacji mediów. One należą do kultury masowej, z nią głównie kojarzą się dziennikarze – coraz mniej jako ludzie kształtujący opinię publiczną w ważnych sprawach, jako współtworzący społeczeństwo obywatelskie, a coraz bardziej jako celebryci i jako… politycy. Media sklejają się z polityką. Wytwarza się paradoksalna sytuacja: dziennikarze - jako czwarta władza – mieli pilnować polityków, a tymczasem w społecznym odbiorze sami się nimi stają. Czy zatem mają pilnować sami siebie? Pojęcie czwartej władzy dezawuuje się.
Jeden ze znanych dziennikarzy obarczył niedawno publicznie dziennikarzy winą za to, co się dzieje w polityce – czy pan się zgadza z taką opinią?
To jest przede wszystkim wynik brutalizacji polityki. Część mediów w tym uczestniczy wykorzystując to, co jest w polityce nadnaturalne. W debacie politycznej naturalną rzeczą w demokracji jest spór, ale nadnaturalną są kłótnie, skandale, afery i ekscesy. Często media elektroniczne, zwłaszcza telewizja, w walce o widza tak dobierają przed kamery uczestników dyskusji, by już w pierwszych wypowiedziach nastąpiła eksplozja emocji.
Przykłady - Janina Paradowska w Super Stacji prowadzi dyskusje, w których dominują argumenty, a Bogdan Rymanowski w TVN 24 od początku rozmowy prowokuje do przekrzykiwania się polityków, współtworzy jarmark polityczny…
W tym sensie dziennikarze rzeczywiście są współodpowiedzialni za atmosferę debat.
Pisze pan, że od lat media „stają się łupem różnych sił politycznych i partyjnych”. Czy widzi pan szansę na ich odpolitycznienie?
Dwa lata temu wydawało się, że obecny przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji odpolityczni ją, że znajdą się w niej ludzie reprezentujący środowiska naukowe, medioznawcy, wybitni twórcy. Tymczasem nic takiego nie nastąpiło i straciłem wiarę, że kiedykolwiek nastąpi. Nie można odpolitycznić radia publicznego i telewizji publicznej, skoro każda partia chce mieć na nie wpływ delegując według parytetów swoich przedstawicieli do Krajowej Rady. Twierdzę, że telewizja publiczna znalazła się - mówiąc ogólnie - w kręgu niemożności finansowej i braku formuły konkurowania ze stacjami komercyjnymi.
Kilka lat temu wyraził pan opinię: „Media coraz częściej nie pokazują rzeczywistości, ale ja tworzą. Człowiek ma do czynienia z rzeczywistością wirtualną”. Czy ten proces wirtualizacji rzeczywistości pogłębia się?
Z pewnością tak. Kiedyś podstawową funkcją mediów było informowanie. Teraz ono nie wystarcza. Potężna siła telewizji powoduje, że coraz częściej ważniejsze od treści staje się tzw. opakowanie podawanej informacji czy komentarza, ich forma przekazu. Ważniejsze także stają się osoby - prowadzącego program i jego uczestnicy, którzy, by przyciągnąć telewidza, muszą dobrze się prezentować. Przez to zyskują jego zaufanie i sympatię, a nawet identyfikację. W ten sposób właśnie politycy i dziennikarze stają się celebrytami.
W zjawisko wirtualizacji wpisana jest kreacja rzeczywistości – karmienie widza, słuchacza i czytelnika brukowców tzw. faktoidami. W redakcji jednego z tabloidów utworzono dział do wymyślania faktów – sensacyjnych, szokujących newsów.
Gorzej, jeżeli redakcje stają się narzędziem rywalizacji, często manipulacji partii politycznych, ich tubą. Często mamy do czynienia z wzajemnym oddziaływaniem na siebie, wzajemną presją polityków i dziennikarzy – ci pierwsi wywierają nacisk na sympatyzujące z nimi media, a równocześnie pewna magia mediów działa na polityków, którzy zabiegają, by się w nich pokazywać, wypowiadać, udzielać wywiadów. Najbardziej wymownym przykładem na skalę europejską, by nie powiedzieć światową, jest postać Silvio Berlusconiego – włoskiego premiera, który w ciekawym filmie Videokracja powiedział szczerze, że dla niego jest wszystko jedno, czy występuje w roli właściciela wielkiego koncernu medialnego (70% włoskiego rynku medialnego), czy właściciela renomowanego klubu piłkarskiego w Mediolanie, czy też szefa rządu jednego z czołowych krajów europejskich. Dodajmy, że kilka stacji telewizyjnych, pod kontrolą Berlusconiego, to niekończąca się rozrywka na najniższym masowym poziomie. Nasza programy rozrywkowe, np. teleturnieje, to szczyty intelektu i dobrego smaku.
Mówimy o tabloidyzacji mediów, ale …
Właśnie chciałbym uniknąć posługiwania się stereotypami. Nie wrzucajmy wszystkiego do jednego worka. Mamy tematyczne kanały telewizyjne na przyzwoitym poziomie, a na kanałach ogólnych jednak wiele programów trzymających poziom. Obok tabloidów i tygodniowej prasy kolorowej mamy codzienne gazety i periodyki dla wymagającego widza, słuchacza i czytelnika. Czwarta władza w naszym wydaniu mimo wszystko spełnia dość przyzwoicie funkcję kontrolną w stosunku do władzy politycznej. Zachowuje jednak standardy rzetelności, uczciwości i wiarygodności. Niezbywalną wartością naszego pluralizmu jest możność kupienia „Gazety Wyborczej” i „Gazety Polskiej”.
Jakich granic dziennikarzom i mediom nie wolno przekroczyć?
Uważam, że są przypadki przekraczania wszelkich granic. Tabloid pokazał przed laty zwłoki zabitego reportera wojennego, Waldemara Milewicza; to był bezwzględnie naganny wyczyn gazety. Ale pocieszające było to, że większość tytułów i dziennikarzy wyraziła oburzenie z powodu tego „wyczynu” i złamania wszelkich norm etycznych.
We wstępie do książki „Kto pilnuje strażników?’ poddaje pan w wątpliwość sens „poprawiania standardów moralnych” różnych środowisk dziennikarskich i samych dziennikarzy. Czy tu nie pobrzmiewa nutka w „głosie wołającego na puszczy?”
Odnoszę wrażenie sztuczności pisania tych kodeksów. Jest ich około dziesięciu. Mają je stowarzyszenia dziennikarzy oraz poszczególne rodzaje mediów. W 2002 roku powstał projekt ustawy o zawodzie dziennikarza i dość szybko wylądował w koszu. Oczywiście, spisane kodeksy nikomu nie szkodzą, ale płonne są nadzieje, że one uregulują podstawowe problemy etyki zawodowej. Żaden kodeks nie uwzględnia sytuacji granicznych, nie przewidzi ich, a dziennikarz bardzo często ma do czynienia z sytuacją ekstremalną. Musi zatem być wyczulony na uniwersalne wartości etyki i moralności. Dwie z tych wartości są podstawowe – nie krzywdzić tych, których problemami się zajmujemy oraz zawsze zachować się przyzwoicie.
