Z Michałem Fajbusiewiczem o zagrożeniu i strachu, snajperach na dachu i bombie pod samochodem oraz ofiarach – zabetonowanej w beczce i zamurowanej w ścianie - rozmawia Błażej Torański.

Michał Fajbusiewicz, z wykształcenia politolog i pedagog. Przez 24 lata realizował i prowadził w Telewizji Polskiej magazyn kryminalny "997". Od lipca tego roku na portalu Onet.pl ma nowy program "Fajbusiewicz na tropie". Jest autorem książki "100 nie wykrytych zbrodni". Pasjonują go podróże, fotografia, ma kolekcję starych maszyn do pisania, liczącą ponad 600 eksponatów.

Czy nadal przebijają Panu opony w aucie, a na ulicy nazywają policyjnym psem?

Już nie, ale na ulicy nie ma okazji, bo bardzo rzadko chodzę po mieście. Podjeżdżam tylko w konkretne miejsca i załatwiam, co potrzebuję. Ostatnio nie spotykam się z brakiem życzliwości.

Dzięki magazynowi kryminalnemu „997” przez 24 lata zatrzymano ponad 250 groźnych przestępców, w tym seryjnych morderców. Grożono Panu śmiercią?

Bezpośrednio nie, tylko listownie. Emil Pasternak wysłał mi z więzienia w Płocku list, w którym groził, że się ze mną policzy. Zgłosiłem do prokuratury. Dostał za groźby karalne półtora roku więzienia. Wcześniej został skazany na 25 lat za zabetonowanie żywcem w beczce swego pracodawcy, właściciela firmy remontowo-budowlanej w Krakowie. Milicja zatrzymała Pasternaka w 47 minucie emisji programu „997”. Doniósł na niego kolejny pracodawca w Poznaniu – który zresztą wiedział, że zatrudnia mordercę – ale zadzwonił na milicję dopiero wtedy, jak zobaczył w telewizji zdjęcia, na których milicjanci rozpiłowują beczkę, z której wystaje ręka …

Nigdy się Pan nie bał, ujawniając brutalne zbrodnie?

Wystarczyło, że bała się moja rodzina. Matka mi tego wprost zabraniała. Kilka razy miałem ostrzeżenia z Komendy Głównej Policji, że nie są w stanie zapewnić mi bezpieczeństwa i wtedy się bałem. Kiedyś zdjąłem z anteny program o gdańskiej mafii. Wychodząc z pracy rozglądałem się, czy na dachu nie siedzi snajper, a pod samochodem sprawdzałem, czy nie przyklejono mi ładunku. Ale to było na początku lat 90., kiedy gangi ostro rządziły i policja nie mogła sobie z nimi dać rady. W następnych latach nie było żadnych sygnałów ostrzegawczych, więc się już specjalnie nie emocjonowałem.

Z perspektywy czasu ocenia Pan, że była to fobia, czy rzeczywiste zagrożenie?

Skoro dzwonili z Komendy Głównej Policji służbowo, a nie koleżeńsko, że jest zagrożenie, że nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa, że gangsterzy planują mnie wysadzić w powietrze lub odstrzelić, to jaka fobia?

Czy zdarzyło się Panu - na widok makabrycznych zbrodni - poryczeć lub zwymiotować?

Na początku realizacji programu nie potrafiłem się od tego odciąć. Na miejscach zbrodni pełniłem rolę pocieszyciela, niemal spowiednika rodzin ofiar. Matki, siostry czy żony zamordowanych wypłakiwały mi się w rękaw. Zakłócało mi to pracę, nie miałem czasu poświęcać swoich emocji, ale przecież nie mogłem ich odepchnąć. Starałem się, aby osoby, których dotknął dramat nie były na planie, ale nie mogłem im też tego odmówić. Zdarzało się więc, że ktoś zemdlał w czasie odtwarzania sceny morderstwa córki. W kolejnych latach przestałem się emocjonować, musiałem się odciąć, bo bym zwariował.

Zastanawiał się Pan nad podejmowanym ryzykiem?

Przed „997” miałem w telewizyjnej Dwójce, w latach 80., program „Stan krytyczny”. Pokazywałem w nim po raz pierwszy w polskiej telewizji kłucie się narkomanów czy nieletnią prostytucję. Pamiętam, realizowałem program o narkomanach w Kutnie. Weszliśmy do mieszkania, na szczęście z milicją. W pewnej chwili narkoman, który robił wrażenie śpiącego, zerwał się z łóżka i zaatakował mnie i operatora nożem. Był mocno naćpany i uratowali nas tylko milicjanci. Była to jednak moja wina, bo zdecydowałem się na wejście, na wydrę, do mieszkania, gdzie mogło się coś wydarzyć. Wtedy zastanowiłem się, czy warto ryzykować, ale potem emocje przeszły.

Już nie wróciły?

Raz rzeczywiście wszyscy rzygaliśmy na planie. We Wrocławiu rozmawialiśmy w więzieniu z pewnym narkomanem na głodzie, ledwie aresztowanym. Spytał „Dlaczego zajmujecie się tą sprawą, skoro od trzech lat w Warszawie, w mieszkaniu na Krakowskim Przedmieściu, leży trup zamurowany pod parapetem?”. Janek Płócienniczak, z którym wtedy realizowałem program, nie dawał temu wiary, ale powiadomił stołeczną komendę policji, a my zawinęliśmy nyską z Wrocławia do Warszawy. Weszliśmy do mieszkania, gdzie była para narkomanów. Ekipa policjantów rozpruła ścianę pod parapetem. I rzeczywiście były tam zwłoki zapakowane w dywan i folię. Jak to wszystko wypadło wybuchnął tak silny smród, że wszyscy rzygaliśmy, uciekając z tego mieszkania. Okazało się potem, że to nie była ofiara przestępstwa tylko ich kolega, który zszedł podczas ćpania. Tak bardzo się przestraszyli, że będą podejrzani o zabójstwo, że go zamurowali pod oknem, a potem spali obok trupa.

W lipcu wystartował Pan w Onecie z programem „Fajbusiewicz na tropie”. Czy są już pierwsze efekty?

Niestety nie. Liczyłem, że coś się wyjaśni po 11 emisjach, ale tylko w jednym przypadku mamy sygnały od internautów, w którym kraju ukrywa się zabójca.  Wydaje się, że są wiarygodne, ale trzeba go jeszcze namierzyć.

 


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl