Z Jackiem Snopkiewiczem o nagrodzie za ciekawość świata i o chęciach polityków do ręcznego sterowania telewizją publiczną rozmawia Wiesław Łuka.
Jacek Snopkiewicz - reportażysta, dramaturg radiowy, laureat wielu nagród, wielokrotnie wyrzucany i przyjmowany do TVP.
Wydałeś ostatnio tom dokumentalnych słuchowisk radiowych („Rozwiązanie honorowe”), które napisałeś w ostatniej telewizyjnej przerwie w oparciu o własne dociekania archiwalne w IPN i w różnych archiwach państwowych. Słuchowiska zostały docenione na festiwalach Dwóch Teatrów w Sopocie. Co cię zafascynowało tym pograniczem dziennikarskiego dokumentu i radiowej kreacji dramaturgicznej?
To długa droga. Zaczęła się dużo wcześniej, gdy ponad trzydzieści lat temu wydałem tom reportaży wcieleniowych – „Człowiek w bramie” – i już wówczas niektóre z nich wykorzystałem jako dokumentalne tworzywo w pisaniu dla radia czy telewizji. Próbowałem różnych form i gatunków, wreszcie trafiłem na dramaturgię, ale żeby pisać dialogi, trzeba mieć kapitał składający się z ludzkich losów, spraw i tematów.
To prawda – w solidnie zdokumentowanym reportażu z wyraziście zarysowanym, ważnym konfliktem żyją jego niewymyśleni bohaterowie, którym nie jest daleko do radiowego mikrofonu, czy telewizyjnej kamery…
Przez lata byłem reporterem, jeździłem autobusem po Polsce, pracowałem w różnych zawodach. Szukałem też w archiwach. Siedziałem w IPN trzy lata, kiedy byłem ostatnio bez roboty. Wiedziałem, czego szukać i miałem dużo szczęścia. Bank na Jasnej, grupa likwidacyjna UB, nieznane relacje z powstania żołnierzy szturmbatalionu Dirlewangera. Albo Józef Różański, złowroga postać stalinizmu, symbol bezprawia i okrucieństwa. Pisałem już o nim w „Ludziach bezpieki” w 1990 roku, ale dopiero po latach dotarłem do dokumentów o jego pobycie w więzieniu, próbie samobójstwa i walce o uratowanie głowy. Tak powstał pomysł na słuchowisko i potem sztukę telewizyjną. Pointa jego losów, to esbecka inwigilacja. Wiedziano, co robi, co myśli i co pisze. Różański zaczął pisać, chciał ujawnić największe tajemnice bezpieki, prowokacje jak pogrom kielecki czy agenturę sowiecką. Sam zresztą był w NKWD i ma epizod związany z Katyniem. Trzeba wierzyć w siłę faktów, nie wymyśliłbym finału sztuki, w której esbecy katują Różańskiego w nocnym autobusie i rzucają w błoto. To niezwykłe doznanie, kiedy w archiwach czyta się dokument wchodzący głęboko w historię i ludzkie losy, a potem szukanie ludzi, którzy coś wiedzą. Reporter otrzymuje nagrodę za ciekowość, za badanie świata w jego rozmaitości i odcieniach.
Ta reporterska ciekawość świata kazała ci w latach siedemdziesiątych wcielić się w kilka ról – poznać m.in. pracę śmieciarza, dozorcy przedwojennej kamienicy, konduktora podmiejskiej kolejki, pielęgniarza pogotowia ratunkowego, a także zakosztować życia kanalarza, by opisać ich dramaty w książce „Człowiek w bramie”. Znajdowałeś się „na dnie”. Czy tamto reżyserowane „spadanie” pomogło ci przeżywać późniejsze, liczne realne „upadki” w twojej redaktorskiej i dyrektorskiej karierze pracownika mediów publicznych – telewizji i radia, o czym niejednokrotnie mówiłeś w wywiadach i pisałeś w książkach?
Reporter sam szuka przygód, tamto dziennikarstwo to był styl życia, luz i rozmach. To była energia, takie pisanie o parterach życia, aby obejść cenzurę. To była też walka o wydanie książki, pozycję reportera. Jako student dziennikarstwa potrafiłem rezygnować z wakacji, aby zebrać dokumentacje do reportażu w „Polityce” czy „Kulturze”. Zaciskałem zęby i wchodziłem do redakcji z ulicy mając tekst w kieszeni. Przebieranki, kiedy już pracowałem w „Kulturze” jako kierownik działu reportażu, to były skomplikowane przedsięwzięcia logistyczne. Rano pracowałem, po południu czytałem w redakcji teksty kolegów. Trwało to – jak w pogotowiu na Hożej – kilka miesięcy. Z przebieranek wracałem do normalnego świata. Natomiast potem, w stanie wojennym, po telewizyjnej weryfikacji, zarabiałem w parterach na życie; nie jest mi obce stolarstwo na ziemi mazowieckiej czy praca dekarza w Kalifornii.
Ile było tych realnych „upadków” od tamtego czasu? - nie ukrywasz, że dużo. Ile razy wyrzucano cię z telewizji?
To już nie ma znaczeni, właściwie trudno zliczyć, w różnych czasach w różnych okolicznościach – pięć, sześć razy. Upatruję w tym jednak dobre zrządzenie losu. Praca w telewizji wymaga oddania jej wszystkich sił. W zamian zyskuje się szansę uczestniczenia w wydarzeniach, programach na żywo, tak jak podczas traumy smoleńskiej, kiedy kierowałem TVP Info. Ale moim zdaniem – paradoksalnie - trudno się w niej rozwijać. Kapitał telewizyjny jest kruchy, kto dzisiaj pamięta, że z nieżyjącym Jackiem Maziarskim, wybitnym dziennikarzem, byliśmy gwiazdami telewizyjnego magazynu „Panorama”, póki nas nie odciął Szczepański? I Bogu dzięki. Wyjście poza telewizję rozszerza i wzmacnia fundamenty zawodowe. Prawdę mówiąc najlepiej mają się jej współpracownicy.
Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że w 1980 roku, gdy tworzyłeś w telewizji Zespół Reporterów i Dokumentalistów „Fakt”, czułeś się tak wolny jako dziennikarz, jak nigdy przedtem i nigdy potem. Uważasz, że tamten czas pierwszej Solidarności, był „okresem największej wolności w telewizji”?
Bez wątpienia tak. Do telewizji wróciłem tuż przed wybuchem Solidarności, kiedy próbowano oderwać się od propagandy sukcesu. Wracałem jako reporter do telewizyjnego reportażu. Skrzyknąłem do Zespołu Reporterów i Dokumentalistów „Fakt” najlepszych telewizyjnych reporterów – m.in. Macieja Szumowskiego, Krystiana Przysieckiego, Mariana Terleckiego, Ireneusza Englerta, Blankę Danilewicz, Łucję Klimas, pojawił się także młody Andrzej Fidyk. W programie „Blisko i Daleko” - a miał on ogromną oglądalność – podejmowaliśmy tematy dotychczas zakazane; m.in. o strajkach sierpniowych, wydarzeniach Grudnia ’70, poznańskiego Czerwca ’56. Kiedy zespół chciano zlikwidować po specjalnym pokazie na Uniwersytecie Toruńskim, przygarnął nas do Studia 2 Mariusz Walter.
Dlaczego wtedy nie zostałeś ukatrupiony?
Może dlatego, że uczestniczyłem w tej rewolucji, zostałem wybrany w wolnych wyborach do Zarządu Głównego SDP Stefana Bratkowskiego, byłem w strukturach poziomych PZPR, które powstały właśnie w Toruniu. W Radiokomitecie byliśmy silną grupą z Marcinem Wolskim i Stefanem Truszczyńskim. Doprowadziliśmy z Piotrem Mroczykiem, szefem „Solidarności”, do powstania Komisji Porozumiewawczej wszystkich organizacji. Bali się nas. Na wniosek SDP zwołano specjalne posiedzenie sejmowej komisji kultury w sprawie Radiokomitetu. Za zgodą SDP zostałem delegatem na nadzwyczajny zjazd partii (pisał o tej sprawie Maciej Iłowiecki). SDP atakowany był przez partyjny beton i na zjeździe doszło do publicznej awantury z Albinem Siwakiem, przeciwko któremu zabrałem głos podczas obrad plenarnych. Wybuchła afera, szarpali mnie za klapy, a potem przesłuchiwała mnie specjalna komisja. W stanie wojennym działaczy struktur poziomych ścigano równie bezwzględnie jak działaczy „Solidarności”, bo naszym celem było rozbicie aparatu partyjnego.
Do tej pory niektórzy internauci nie mogą ci wybaczyć „bycia towarzyszem” partyjnym…
Odpokutowałem za swoje złamaniem kawałka życia. Ale przyjmuję ich wpisy z pokorą i zrozumieniem, bo nie chce im się poznać tamtych czasów i tamtych wyborów. Ale byłem także w podziemnym SDP, przy Okrągłym Stole siedziałem jako ekspert po stronie „Solidarności”. Publicznie wyrażałem skruchę za błędy młodości. Dzisiaj mam wewnętrzny spokój i tematy do pisania.
Byłeś kiedyś szefem telewizyjnych Wiadomości. Podjąłeś misję przekształcenia Dziennika Telewizyjnego „z propagandowej tuby komunistycznej – to twoje słowa - w rzetelny program informacyjny”. Dlaczego to tak trudna misja? Główne programy informacyjne w telewizji publicznej są nieustannie krytykowane…
„Wiadomości” powstały w ciągu dwóch tygodni („Fakty” w TVN przygotowywane były prawie przez rok i nie bardzo się udało na początku). Kiedy wróciłem do telewizji w październiku 1989 roku, z grupą wyrzuconych w stanie wojennym, miałem świadomość uczestniczenia w historycznych przemianach. Od prezesa Andrzeja Drawicza dostaliśmy wraz z moim zastępcą, Kazimierzem Żórawskim wolną rękę w tworzeniu programu informacyjnego. To jakieś bajki, że ktoś coś nam kazał, że były jakieś instrukcje. Uważałem wówczas, że Telewizja Polska przypomina szpital zakaźny. Jedyna metoda, to wypalenie ogniem czyli opcja zerowa. Tak się nie stało, bo telewizja jako medium była potrzebna. Kiedy trzy lata temu pisałem dla „Forum” SDP o sytuacji TVP, zidentyfikowałem sześć wirusów toczących firmę, silnych i po latach zmutowanych. Diagnoza była więc trafna. W pierwszych „Wiadomościach” stawialiśmy na nową generację, wielu znanych dzisiaj dziennikarzy telewizyjnych zaczynało u nas.
Powiedziałeś kiedyś znamienne zdanie: „Politycy – ręce precz od telewizji”. Nie uważasz, że jest to „głos wołającego na puszczy”?
Ważniejszą myśl wypowiedział Andrzej Drawicz, prezes Radiokomitetu powołany przez premiera Tadeusza Mazowieckiego w miejsce Jerzego Urbana: „Legitymacje partyjne pozostawiamy w portierni”. Każdy ma swoje poglądy polityczne, ale one nie mogą decydować w mediach publicznych, o kształcie programu informacyjnego czy publicystycznego. Różnorodność poglądów, to najprostsza recepta. Żałuję, że prokuratura w IPN nie tak dawno umorzyła sprawę weryfikacji w stanie wojennym. Oczekiwałem, że wymiar sprawiedliwości powie jasno, że nie ujdzie bezkarnie wyrzucanie dziennikarzy za poglądy.
Rewolucyjno - pokojowa myśl, ale nigdy niezrealizowana, choć już mocna zbanalizowana…
To politycy złamali Ustawę o Radiofonii i Telewizji. Gdy powstawała w 1992 roku umieszczono w niej zapisy – rodzaj bezpieczników przed ręcznym sterowaniem mediami publicznymi przez świat polityki. Czas płynie, raz jest lepiej, raz jest gorzej. Uznano za normalność, że przy każdorazowym tworzeniu nowego składu KRRiTV obowiązuje jakiś parytet polityczny, nie tak bezczelny jak dawniej, ale parytet; jakieś porozumienie czy kompromis. Jedni wchodzą, inne opcje się wyklucza. Nie ma woli politycznej, aby to zmienić. Temat – media publiczne, czy dostęp do kultury jako siły cywilizacyjnej – w ogóle nie pojawia się w debacie przedwyborczej. Klasa polityczna się zdegenerowała.
Mamy kampanię wyborczą – czy jest szansa, że w jej trakcie telewizja publiczna zda wreszcie egzamin ze swojej misyjności i będzie utrzymywać owo zrównoważenie?
TVP stara się bardzo, by zachować równy dystans - stąd zapraszanie wszystkich komitetów ogólnopolskich do debat. Będziemy utrzymywać stały kontakt z komitetami wyborczymi, reagować na ich uwagi. Szkoli się dziennikarzy, bo najważniejsza są - świadomość i wiedza dziennikarzy. Największy skandal przedwyborczy w TVP wywołał przed laty całkiem świadomie dziennikarz rozmawiający na żywo z kandydatem na prezydenta, Marianem Krzaklewskim. Obowiązkiem mediów publicznych jest przekazanie przejrzystej wiedzy o programach wyborczych. Oceny dokona po wyborach KRRiT, są prowadzone niezależne monitoringi.
Czy wierzysz w apolityczność dziennikarzy? Jeden ze naszych znanych kolegów po fachu powiedział niedawno w wywiadzie: „Apolityczność dziennikarzy jest hipokryzją”.
Proces wiązania się dziennikarzy z polityką jest równoległy do procesów politycznych, zachodzących w kraju. Podział społeczeństwa jest wyraźny; wszyscy to widzimy, zwłaszcza po katastrofie smoleńskiej. Podziały te nie powinny prowadzić do wrogości i wzajemnego wyniszczania, do czystek, do wyrzucania. Fundament dziennikarstwa jest przecież jeden. Może zakończenie wyborów nowych władz SDP powinno być momentem sensownego porozumienia i określenia wspólnych celów takich jak – wolność słowa, ochrona niezależności dziennikarskiej, odbudowa koleżeństwa i solidarności, również warunki socjalne czy płacowe.
Pozostaje najważniejsze pytanie – co dalej?
Ostatnio kolaudowałem w telewizyjnej Dwójce ważny film Moniki Sieradzkiej, dokument pokazujący Norwegię po zamachu, po rzezi niewinnych ludzi. Prawdziwą wartością tego obrazu jest ukazanie, jak norweskie społeczeństwo zachowuje się po narodowej tragedii. Norwegowie nie ciskają oskarżeń na rząd, na policję, na partie, na siebie; nie pojawił się duch nienawiści. Nie podważa się zasad demokracji i nie zmienia stosunku na przykład do imigrantów. Jest jednoczący duch solidarności i protestu wobec zła.
…Nie zaś podniecanie do zła…
…To mądry dokument – jak można inaczej patrzeć na siebie i na swój kraj po wielkiej traumie.
