Z Marcinem Wąsiewiczem z Polsatu o roli korespondenta, różnicach pomiędzy radiem i telewizją oraz o szkoleniu młodych dziennikarzy rozmawia Marek Palczewski.




Marcin Wąsiewicz. Rocznik 1976, współpracę z Radiem Łódź zaczął w LO, redagował radiowe Wolne Radio Szkolne. Później był reporterem, wydawcą, prezenterem porannych i popołudniowych audycji  w RŁ. Odszedł do łódzkiego oddziału RMF FM, po likwidacji lokalnych redakcji pozostał korespondentem rozgłośni. W 2005 r przeszedł do „Wydarzeń” Telewizji Polsat, tworzył na nowo łódzką redakcję stacji. Po uruchomieniu kanału Polsat News pozostaje korespondentem „Wydarzeń„ i PN.  


Co interesuje centralę Polsatu w Warszawie, jeśli chodzi o informacje z Łodzi i województwa łódzkiego?

Właściwie każda dziedzina życia, ale najtrudniej się przebić ze sprawami samorządowymi. To prywatną telewizję komercyjną najmniej interesuje, chyba , że sprawa dotyczy kwestii ogólnopolskiej, takiej  jak obrady sesji rady miejskiej, dotyczące przyszłości festiwalu Camerimage, kiedy młodzi ludzie blokowali salę obrad.

Co jeszcze się dobrze sprzedaje?

Tematyka zdrowotna, wszelkie ludzkie historie czyli ludzie, którzy są pozbawieni na przykład przez Narodowy Fundusz Zdrowia renty czy emerytury. Łódź jest postrzegana ciągle jako biedne miasto, słusznie czy nie, i myślę, że w świadomości moich kolegów warszawskich, jeżeli ma powstać temat o biedzie, to pierwsze skojarzenie jakie im przychodzi na myśl związane jest z Łodzią.

Czy zatem nadal dominuje i obowiązuje stereotyp Łodzi łowców skór, morderców dzieci, poćwiartowanych i ukrytych w beczkach, antysemickich napisów na murach domów, itd. ?

Myślę, że tak, chociaż staramy się pokazywać tę piękniejszą stronę naszego miasta. Ale pamiętam, ze w Polsacie czy wcześniej w RMF, gdzie pracowałem, gdy zdarzało się coś tragicznego w naszym mieście, to w słuchawkach, w rozmowach z centralą słyszałem: „znowu ta przeklęta Łódź”.

A czy od Ciebie jako korespondenta wymaga się, żebyś dostarczał materiały podbarwione, podkręcone sensacją, w stylu rozrywkowym, z koniecznym stand-upperem o charakterze komentarza?

Stand-upper jest bardzo pożądany, to przysłowiowa „kropka nad i” ale także okazja, żeby  pokazać się. To jest  około 10 sekund dla reportera, żeby nie był anonimową postacią, natomiast nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek naciskał jak materiał ma wyglądać,  owszem sugestie, rozmowy z wydawcą o kształcie materiału są, ale to ja decyduje jakie zrobimy zdjęcia, do kogo dotrę, kogo nagram, raczej mamy wolną rękę w przedstawianiu tematu. Wydawca sprawdza jedynie tekst „offa”, który towarzyszy obrazkom w telewizji. To od nas zależy jak daną historię pokażemy. Muszę pamiętać, że „Wydarzenia” to ogólnopolski program informacyjny, że historię trzeba pokazać w taki sposób, żeby zainteresować widza Polsatu gdzieś w Polsce. 

Trochę inaczej jest kiedy dostarczamy „surówkę”, a  temat przygotowuje warszawski reporter. W tym przypadku nie mamy wpływu na to jaki będzie ostatecznie kształt tego materiału. My odpowiadamy za to do kogo dotrzemy, jakie zdjęcia zrobimy, ale ostatecznie jak to będzie przedstawione już od nas nie zależy.

W jakim stopniu czujesz się autorem czy współautorem takich materiałów? Ostatnio widziałem Cię w materiale dotyczącym afery taśmowej ministra Sawickiego, gdzie dzwoniłeś przez domofon do łódzkiej siedziby pewnej firmy, o której nagle stało się głośno.

Do tego się moja rola sprowadziła. Poproszono mnie o to, żebym odwiedził miejsce, gdzie miała znajdować się spółka-córka firmy Elewarr i miałem właściwie nagrać dzwonek domofonu, otwierane drzwi, a jeżeli ktoś byłby w firmie i wpuścił nas do środka, to miałem zapytać kto pracuje, czym się firma zajmuje, ilu zatrudnia pracowników, co się w niej tak naprawdę dzieje, itd. Ale zatrzymałem się na drugich drzwiach, tzn. nie wszedłem do środka. Jeżeli dostajemy zamówienia na taką surówkę, to zwykle autor materiału o takie zdjęcia nas prosi, ma jakieś sugestie o co np. pytać, mówi co go konkretnie interesuje, bo ma jakieś wyobrażenie tego materiału. Na przykład jest w Łodzi premier czy minister i powstaje o tym materiał i trzeba zapytać o konkretną rzecz.

Przez wiele lat byłem dziennikarzem łódzkiej telewizji i często rozmawiałem z moimi kolegami-reporterami, którzy narzekali na centralę TVP w Warszawie, mówiąc, że są wykorzystywani, że materiały z Łodzi nierzadko nie były podpisywane łódzkimi nazwiskami, że właściwie ta praca korespondenta jest lekceważona i dotyczyło to nie tylko Łodzi, ale rownież innych ośrodków terenowych. Czy masz takie samo odczucie, jeśli chodzi o pracę dla Polsatu?

To jest duży problem, chociaż na szczęście to się zmienia na lepsze. Mogę powiedzieć, że mamy coraz większe szanse i możliwości robienia własnych materiałów pod własnym nazwiskiem, natomiast przez te 7 lat mojej pracy w Polsacie nie ukrywam, bywało różnie. Najczęściej mogliśmy pokazywać się w weekendy, trochę rzadziej w tygodniu, na to składało się wiele przyczyn. Teraz reporterów krajowych w Polsacie widać częściej. Myślę, że to dobry krok. Znów wracamy do tego, że jednak są ludzie w terenie, którzy potrafią zrobić materiał dziennikarski od początku do końca. Może jeszcze ustępuje temu samemu materiałowi, który powstaje w Warszawie, ale to wynika z tego, że ośrodek każdej telewizji  w regionie jest uboższy od centrali. Nie mamy na przykład bezpośredniego dostępu do archiwum, mamy tylko własne, które tworzymy, robiąc zdjęcia. U nas nie powstaje grafika do materiału, tylko jest zamawiana w Warszawie, ale też się zdarza, że pracujemy na „surówkach” z różnych miast i dostajemy  zdjęcia z Katowic czy Lublina i też je obrabiamy i wykorzystujemy w materiale.
Oczywiście jeżeli jesteśmy w centrum danego wydarzenia i jesteśmy najbliżej, to wtedy siłą rzeczy to my relacjonujemy, np. katastrofę kolejową pod Piotrkowem Trybunalskim trudno, żeby robił to dziennikarz z Warszawy.

Mówiłeś mi, że niedawno byłe na Pomorzu, to jednak kawał drogi od Łodzi…

Są takie miejsca w Polsce, gdzie Polsat nie ma jeszcze swoich ekip, mógłbym wymienić kilka takich białych plam, na przykład Konin, Kielce, Starachowice, Radom, tutaj ta Polska między Małopolską a Mazowszem. Moja praca nie ogranicza się do województwa łódzkiego i samej Łodzi, ale często podróżuję czy do Częstochowy, czy do Włocławka, czy Torunia. Na Pomorze pojechaliśmy, bo byliśmy najbliższą ekipą, która mogła tam dojechać (śmiech). Jest lato, są urlopy……….

No tak, bagatela, pięćset kilometrów…Zanim trafiłeś do Polsatu byłeś w RMF FM, a wcześniej w Radiu Łódź. Jak byś porównał tę swoją pracę jako korespondenta w różnych mediach, w radiu i w telewizji?

Jeżeli miałbym mówić o skali trudności w pracy, to myślę, że ona jest taka sama; zarówno od korespondenta radiowego, jak i telewizyjnego wymaga się dyspozycyjności, żeby był na bieżąco, poza tym oczekuje się od nas dużego uniwersalizmu, to znaczy każdy korespondent powinien znać się na wszystkim, o jakiejś dziennikarskiej  raczej nie może być mowy. Tak samo musimy znać się na sprawach sądowych, tak samo na lokalnej polityce, a jeszcze być na bieżąco z tym, co dzieje się w kraju.

A co dla Ciebie było najtrudniejsze kiedy przeszedłeś z radia do telewizji?

Dla mnie najtrudniejsze było przestawienie się z operowania dźwiękiem na obraz. Najtrudniej też było zrozumieć, że na materiał telewizyjny pracuje się cały dzień. Taka jest technologia. Trzeba nagrać jedną, drugą, trzecią osobę, itd. , natomiast w radiu mógłbym zrobić w tym czasie kilka szybkich, krótkich materiałów i kilka relacji. W tym, że trzeba być na bieżąco, śledzić wydarzenia, mieć kontakty, zdobywać informacje, wielkiej różnicy nie ma. W mojej pracy była jeszcze taka różnica, że ja znalazłem się w RMF FM, kiedy zaczynały być likwidowane lokalne programy i lokalne redakcje. Kiedy KRRiT zabrała rozszczepienie RMF-owi, ja zostałem z koleżanką, a potem stacja zredukowała miejsce do jednego reportera, więc byłem kompletnie sam i czy był dzień wolny czy nie, to musiałem być dyspozycyjny. Tutaj w telewizji mam ten komfort, że nie pracuję sam, że w mojej redakcji jest troje dziennikarzy, od czasu do czasu mam wolny dzień, i odpowiedzialność rozkłada się na trzy osoby a nie na jedną. To daje jakąś możliwość prywatnego życia.

Od paru lat wyjeżdżasz na obóz dziennikarski organizowany przez Tygodnik Angora dla młodzieży gimnazjalnej i licealnej. Tam szkolisz ich, prowadząc warsztaty radiowe i nadzorujesz młodzieżowe radio. Co ci daje ta praca i czego chcesz tych młodych ludzi nauczyć?

Może się zdziwisz, ale ja tu ładuję akumulatory (śmiech). To znaczy ci młodzi ludzie dają mi tyle energii - choć różnie bywa, bo jedni są bardziej zaangażowani w tę pracę, inni mniej – że, jeżeli trafi sią na takich, którzy chcą pracować, to jest to bardzo twórcze przeżycie. I łapię się na tym, że mnie się to nawet podoba. Ich entuzjazm młodzieńczy dużo mi daje - takiej pozytywnej energii. Bo myślę sobie, że każdego dziennikarza dopada rutyna, zmęczenie - moglibyśmy sobie ponarzekać jeszcze w ogóle na to, co się dzieje w mediach - a kiedy przyjeżdżam na ten obóz, to cały czas mam poczucie, że jest jakiś sens w pracy dziennikarskiej.

Co starasz się im przekazać?

Chcę ich trochę zarazić radiem, bo mimo wszystko to radio jest mi bliższe niż telewizja. W związku z tym ja się z nimi bawię w radio. Nie wymagam od nich dużego profesjonalizmu, raczej opowiadam o urokach tej pracy, co powinni robić, także dlatego, że wiem jak się edukuje dziennikarzy w Polsce i wydaje mi się, że to u nas kuleje. Te wszystkie szkoły dziennikarskie bardziej uczą teorii, z praktyką bywa różnie.  Moglibyśmy na palcach jednej ręki policzyć  ilu jest praktyków w każdej szkole, więc myślę sobie, że jeśli kogoś zarażę, jeżeli komuś się to spodoba, i będzie dziennikarzem, i przez te 2-3 tygodnie spróbuje tej pracy, to bardzo dobrze, bo gdzie ci ludzie mają się tego zawodu uczyć?





zdj. Agata Zielińska


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl