Z Tomaszem Laskusem, laureatem „Złotej Ryby”, Nagrody im. Macieja Rybińskiego dla Najlepszego Młodego Felietonisty.

BŁAŻEJ TORAŃSKI: Nie podoba się Panu „Dobra Zmiana” w mediach?

TOMASZ LASKUS: Nie mogę tak powiedzieć, bo przejęcie telewizji publicznej przełamało monopol na przekaz medialny. Żyliśmy wcześniej w sytuacji skrajnego monopolu, bo trzy największe stacje telewizyjne – TVN, TVP i Polsat –– serwowały jedną opcję światopoglądową. To było dysfunkcjonalne dla demokracji. Duża grupa wyborców nie była reprezentowana w tym przekazie. Nadal jednak w telewizji publicznej nie wszystko jest tak, jakbym to sobie wyobrażał. Ale nie czuję się kompetentny, aby już teraz rozliczać ludzi, którzy tę telewizję robią. Gdyby to ode mnie zależało, starałbym się bardziej modelować przekaz medialny pod odbiorcę centrowego, przeciągać go, przekonywać, aniżeli wyłącznie dowartościowywać żelazny, prawicowy elektorat.

Pogląd o skrajnym monopolu w TVP przed „Dobrą Zmianą” z pewnością oburzyłby Towarzystwo Dziennikarskie i Agnieszkę Kublik z „Gazety Wyborczej”. Dla nich to teraz nastąpił skrajny przechył.

Poprzednio to nie był przechył, tylko dominacja jednej opcji medialnej. Oczywiście były – i są – prawicowe tygodniki opinii, ale one nigdy nie będą miały takiej siły rażenia, jak telewizje. Gazety zwracają się do ludzi o ugruntowanych poglądach. Telewizja ma olbrzymią siłę oddziaływania na masową wyobraźnię. Wszystkie trzy telewizje grały do jednej bramki i partii opozycyjnej trudno się było przebić z własną narracją. Przez osiem lat PiS nie mógł tego zrobić. Trzeba było naprawdę dużej katastrofy, żeby to się udało.

A jednak skrytykował Pan „Dobrą Zmianę” w felietonie „Zamiana elit”. Brakuje Panu jakości. Kryterium jakościowego „na horyzontach myślowych polityków PIS-u nie widać nawet przez lornetkę (…) PiS i bliskie mu środowiska przesiąknięte są wąskim, partyjno-towarzyskim myśleniem, w wyniku którego zamieniają elity, zamiast je wymieniać, co czyni je niezdolnymi do wypracowania prawdziwie jakościowej zmiany w funkcjonowaniu państwa” – napisał Pan. Doszło do prostej podmiany dziennikarzy?

To nie jest proste, bo skąd prawica ma brać swoje elity i gdzie one mogą się uczyć.  Nie może więc to wszystko działać od razu i sprawnie. Kryterium jakościowego w wymianie elit jest za mało. PiS za bardzo działa w paradygmacie rewolucyjnym, lojalnościowym. Nie wiem jednak, jakie ma zaplecze kadrową, aby to rozgrywać inaczej.

Partia władzy pod jednym względem przypomina felietonistę: jest egocentryczna.

Chyba każdy felietonista jest egocentryczny, ale czy taki jest PiS? Zależy, co pan przez to rozumie.

Uważa się za pępek świata i nie akceptuje innych poglądów.

To nie jest zarzut wobec partii politycznej. Jeśli ma wizję zmiany świata, musi wierzyć, że warto ją wprowadzać, realizować.

Nie stawiam zarzutów, tylko stwierdzam. Pan, jako felietonista, czuje się egocentrykiem? Jak Maciej Rybiński, patron „Złotej Ryby”? Felieton jest przecież sposobem wyrażenia swoich myśli, poglądów na świat, na rzeczywistość. Ten gatunek dziennikarski jest bardzo związany z osobowością autora.

Egocentryzm postrzegam jako widzenie świata z własnej perspektywy i brak zdolności odnoszenia się do tego, jak ten świat widzą inni. Każdy, kto pretenduje do tego, aby być liderem opinii uważa, że jego pogląd jest na tyle ważny, wartościowy sam w sobie, żeby go popularyzować. Być może egocentryzm jest potrzebny do tego, aby swoją opinią wpływać na innych.

Czerpie Pan z dorobku Macieja Rybińskiego?

Świętej pamięci Maciej Rybiński był wzorem, mistrzem ironii i dowcipu. To było tak indywidualne, charakterystyczne, niczym odcisk palca, trudno to naśladować. Mogę tylko próbować się tym inspirować.

Kto jest dla Pana wzorem ze współczesnych felietonistów?

Nie mam wzorców. Felietonistyka musi być bardzo indywidualna. Mogę się inspirować analizą polityczną, ale nie uważam, aby dało się wypracować wzorzec pisania felietonów. Każda próba wzorowania się na kimś skończyłaby się tym, że chcąc nie chcąc kopiowałbym. Chcę tego unikać. Nie chcę, aby to zabrzmiało, jak wyraz zarozumialstwa. Nie uważam, że piszę najlepiej. Jednakże wzorując się na kimś nie nauczę się pisać felietonów, gdyż nie będą one moje, nie będę autentyczny.

Wybitni uczeni czy artyści, zanim stworzą coś wielkiego i nowatorskiego, skrupulatnie naśladują poprzedników. W felietonistyce nie jest tak samo?

Być może jest tak samo, ale nie można tego robić pod konkretnego autora. Można wiele czytać, czerpać z wzorów, szukać inspiracji, ale nie powielać konkretnego felietonisty.

To prawda. Jaka jest jednak Pana recepta na felieton? Maciej Rybiński miał taką: chodzi o to, żeby wziąć czyjeś poglądy, jakiegoś fantasty, nawiedzonego ideologa, czy hochsztaplera i wyciągnąć z nich logiczne wnioski.

Nie zastanawiałem się nad tym, czy w ogóle mam jakąś recepturę. Po prostu przychodzi taki moment, kiedy czuję, że mam coś do powiedzenia. W głowie układa mi się wizja tego, co chce przekazać i staram się to zrobić, zwracając uwagę na formę i treść. W mojej wizji jest to felieton polemiczny albo oratorski. Wyciągam w nim, co ktoś powiedział, krytycznie odnoszę się do jakiejś sytuacji. Robię to mniej więcej tak, jak Maciej Rybiński: biorę na warsztat poglądy i mierze się z nimi bardziej lub mniej poważnie. Ale nie siadam do pisania felietonu z jakimiś założeniami warsztatowymi. Wiem tylko, co chcę napisać, przekazać i co na dany temat myślę.

Czerpie Pan jednak z absurdów. Z zachowań wykraczających poza normy, dobre maniery.

Nie da się z tego nie czerpać, bo felieton jest z założenia formą lekką, dowcipną, ironiczną, zgryźliwą. Po tych cechach poznaje się najlepszych. Siłą rzeczy ten gatunek wymusza, sugeruje, żeby sięgać do absurdów i je komentować. Czasami dotyka się spraw poważnych – ja też to robię – i wtedy jest mniej miejsca na kpinę, więcej na refleksję.

Najłatwiej opisywać świat polityków. Jak w przypadku posła PiS Piotra Pyzika, który w Sejmie pokazał środkowy palec, a Pan go obśmiał. Ale to jest zadanie zbyt łatwe, bo polityka często przypomina kabaret. Sięga Pan do tematów spoza polityki?

Często piszę o sprawach społecznych. Ale czy marsze protestu należą już do świata polityki, czy jeszcze mieszczą się w obszarze aktywności społecznej? Opisuję osoby, które nie są politykami, a zabierają głos w dysputach społeczno–politycznych. Czy to już jest polityka? Według mnie – niekoniecznie. Dotykam wiec wielu spraw społecznych. Koncentruję się na szeroko rozumianej debacie publicznej. Tematach, które przewijają się w obiegu medialnym.

Odbierając Nagrodę „Złotej Ryby” powiedział Pan, że teraz już nie wypada Panu szczególnie chałturzyć. „Będę starać się, żeby tego chałturzenia unikać”. Czuje Pan presję tej nagrody?

Presję nagrody, przyznawanej pod patronatem Macieja Rybińskiego, będę odczuwał. Tyle tylko, że ja czuję presję po każdym felietonie, który ma większy odzew niż się spodziewałem. Za każdym razem wydaje mi się, że być może to mój ostatni tak popularny wpis i dalej będzie już tylko gorzej. Napisałem na Salonie24 ponad dwieście tekstów i nauczyłem się już z tym poczuciem walczyć. Teraz, po nagrodzie, jestem w nowej sytuacji, ale broni nie składam. Będę nadal pisać i mam nadzieję, że będę się rozwijał, nie zwijał.

Dostał Pan już jakąś ofertę pracy?

Rozmawiamy dzień po: oferty pracy nie dostałem.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl