BŁAŻEJ TORAŃSKI: Jakie były Pana pierwsze kontakty z cenzurą?

ANDRZEJ PACZKOWSKI: Założenie było takie, że z cenzurą rozmawia wydawca, nie autor. Autor był poza grą. Wydawnictwo składało do urzędu cenzury egzemplarz, a ten robił uwagi – jeśli miał – i przedstawiał je redakcji. Wtedy redaktor kontaktował się z autorem. W rezultacie sam autor rzadko miał do czynienia z cenzorem. Ale podam panu przykład pewnej dosyć skomplikowanej operacji nad tekstem, która nie była cenzurą sensu stricto.

W końcu lat. 60. napisałem trzeci tom Historii Prasy Polskiej – obejmujący okres międzywojenny. Wydawało Państwowe Wydawnictwo Naukowe na zlecenie Instytutu Badań Literackich, a redaktorem serii był prof. Jerzy Łojek. Gorączkowo czytałem stosy gazet. Na przełomie 1977/78 tekst był gotowy. Łojek złożył go do PWN.

Wtedy Pana publikacja przeszła przez sito pięciu kolejnych cenzorów! Najpierw czytało ją dwóch starszych radców w łódzkiej delegaturze cenzury i ich dyrektor. Następnie tekst przesłali do konsultacji w Głównym Urzędzie Kontroli Publikacji Prasy i Widowisk, gdzie zastrzeżenia zgłosiło kolejnych dwóch.

Zaczęło się od cenzorów łódzkich bo w tamtejszej drukarni i oddziale PWN książka była wydawana. W tajnej notatce z lutego 1978 roku, na którą jeden z kolegów natrafił po latach w archiwum, Janusz Buchalski, dyrektor zespołu cenzorskiego zarzuca mi, że nie przedstawiam ani „programów politycznych poszczególnych partii czy orientacji”, ani nie przeprowadzam „głębszych analiz postaw społecznych i politycznych danych ugrupowań i ich organów prasowych”. Tytuły i nakłady pism II Rzeczpospolitej, wskazują – jak podkreśla – „na ogromne wpływy prawicy społecznej różnych odcieni, na b. duży zasięg i znaczenie prasy katolickiej podporządkowanej bezpośrednio episkopatowi, na dużą popularność prasy nacjonalistycznej i antysemickiej, przy proporcjonalnie niewielkim zasięgu prasy lewicy”. „Autor omawia tylko prasę ukazującą się legalnie, nie ma więc obrazu podziemnej prasy komunistycznej” – pisze cenzor. Kiedy prezentuję prasę powstania warszawskiego tytuły i nakłady „wskazują na ogromne wpływy i zasięg oddziaływania prawicy”, bez próby ustosunkowania się przeze mnie do przyczyn tego stanu. Odrębny akapit Janusz Buchalski poświęcił wymienianym nazwiskom redaktorów i współpracowników poszczególnych pism. „Bardzo wielu z nich – w książce ocenianych pozytywnie – albo nie wróciło do kraju, albo zeń wyjechało po wojnie i związało się z działalnością antykomunistyczną. Zastosowanie w tym przypadku obowiązującego wymogu cenzorskiego dodania informacji o ich politycznej postawie po wojnie mogłoby – ze względu na ilość nazwisk – wywołać wrażenie, że najzdolniejsi publicyści (często w okresie międzywojennym o orientacji lewicowej) nie znaleźli dla siebie miejsca w Polsce socjalistycznej”. Zarzucał mi też, że podaję „nazwiska ludzi, którzy mieszkając w kraju, angażują się w ostatnich latach w różnego rodzaju  akcje polityczne, wykorzystywane przez wrogie ośrodki emigracyjne”. Wreszcie konkluduje: „Omawiana książka stanowić będzie zasadniczy podręcznik do nauki historii prasy polskiej na kierunku dziennikarskim uniwersytetów i pomocniczy do historii politycznej lat 1918-44, zachodzi więc obawa, czy w zaproponowanej wersji spełni ona to zadanie w sposób należyty”.

Po tak miażdżącej opinii prezes Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, Stanisław Kosicki, przerwał prace cenzorskie nad Pana publikacją.

Cenzorzy doszli do wniosku, że za wiele mają wątpliwości - za mało w maszynopisie marksizmu i walki klasowej – w sumie przekracza to ich kompetencje. Może Stanisław Kosicki nie chciał brać na siebie odpowiedzialności, w każdym frazie wysłał czterem towarzyszom z Komitetu Centralnego PZPR poufną notatkę. Pisał: „Ze względu na charakter tej książki i rodzaj zastrzeżeń, jakie jej lektura nasuwa, uważam, że należy przerwać prowadzoną nad nią pracę cenzorską, a wydawca winien poddać ją ocenie instytucjonalnej historyków i prasoznawców cieszących się autorytetem, upoważniającym do kompetentnej oceny merytorycznej jak i metodologii zastosowanej przez autorów”. Krótko mówiąc – niech się martwi KC. 

Wśród adresatów notatki byli dygnitarze: Jerzy Łukaszewicz, sekretarz KC PZPR odpowiedzialny za prasę i propagandę; Kazimierz Rokoszewski, członek KC, kierownik Wydziału Prasy, Radia i Telewizji; Bogdan Gawroński, kierownik Wydziału Kultury i Jarema Maciszewski, znany historyk, wtedy kierownik Wydziału Nauki i Oświaty.

Nie wiem, kto w KC wyznaczył jako recenzentkę docent Bożenę Krzywobłocką, partyjną, o poglądach, o ile pamiętam, „partyzanckich”, doświadczoną badaczkę historii Polski międzywojennej. Przestudiowała maszynopis, napisała kilkunastostronicową recenzję merytoryczno-polityczną. Jestem pewien, że PWN jej za nią zapłaciło. Myślę, że za darmo by jej nie zrobiła: przeczytać kilkaset stron i jeszcze napisać swoje uwagi. To kupa pracy. Dostarczono mi jej recenzję i poproszono, żebym ustosunkował się na piśmie, ale nie pamiętam, czy to zrobiłem. W każdym razie odbył się seans w stylu „kto się boi Virginii Woolf?”. Przy stole zasiedli: Bożena Krzywobłocka, dwaj dyrektorzy z PWN, Stanisław Puchała i Rafał Łąkowski (notabene kolega o rok niżej na studiach) i ja. Każdy miał maszynopis. Przez wiele godzin omawialiśmy stronę po stronie. Nie podobała im się metodologia. Zarzucali mi, że za mało marksistowska. Że na równych prawach traktuję prasę komunistyczną i nacjonalistyczną. Że za mało jest o prasie rewolucyjnej, a za dużo o burżuazyjnej, do której zaliczono także gazety Polskiej Partii Socjalistycznej (śmiech). Że za często piszę o Józefie Piłsudskim, a w dodatku wciąż używam tytułu marszałka,  wystarczy raz na stronę. Że w reprodukcjach stron gazet, jakie wybrałem do zilustrowania książki, są antykomunistyczne artykuły. Trochę ustępowałem, trochę się broniłem. Starałem się z tego wybrnąć meandrując. Tego sabatu nie oceniam, jako cenzurowanie sensu stricto, tylko raczej jako „pracę polityczną” nad książką. Gdy wniosłem zmiany cenzura nie miała już uwag, ale jednak ją jeszcze raz przestudiowali, bo np. zakwestionowali jedną z reprodukcji.

Cenzurze właśnie chodziło o to, aby wciągnąć  autorów i redakcje w grę wzajemnych ustępstw, aby wzięli na siebie odpowiedzialność za system kontroli wolności słowa w PRL. Dał się Pan wessać?

 

Przy tej książce na pewno tak. Przy innych, jakie ukazywały się w PRL, nie miałem takich sytuacji.  Nie budziły one zastrzeżeń cenzorów, bo nie dotyczyły tematów, które mogłyby bulwersować. Pisałem o prasie ruchu ludowego, o prasie polonijnej, o gazetach polskich we Francji, o dziennikach warszawskich, ale zawsze tylko o wychodzących do 1939 roku. Nic późniejszego. To był mój świadomy wybór. Zaraz po studiach, na początku lat 60., próbowałem zająć się peerelem, prasą PSL–u Mikołajczyka, ale szybko doszedłem do wniosku, że to bez sensu: nie dostanę się do archiwów, ani nie będę mógł pisać tego, co chcę, bo cenzur wyrzuci do kosza.

 

Doktorat obronił Pan w 1966 roku u dygnitarza komunistycznego prof. Henryka Jabłońskiego, wtedy ministra szkolnictwa wyższego, potem przewodniczącego Rady Państwa.   

 

To za jego radą cofnąłem się do II Rzeczpospolitej. „Przenieśmy się do okresu międzywojennego, który nie budzi takich kontrowersji. Będzie bezpieczniej” – powiedział.

 

Miał Pan poczucie, że są mury, których przeskoczyć się nie da?

 

Oczywiście. Przecież wiedziałem, że nie napiszę prawdy o Katyniu. Wiedziałem, że nie przejdzie, jak napiszę, że Adolf Warski był wstrętnym komuchem. A jeśli napiszę, że był wybitnym działaczem ruchu robotniczego, to przejdzie. A był rzeczywiście wybitny (śmiech). Dokonywałem ustępstw wobec systemu i cenzury, wybierałem tematy bezpieczne. „Historia Prasy Polskiej 1918-39” jest jedyną moją książką, przy której wszedłem w grę z cenzurą. Tyle włożyłem w nią pracy przez lata, że żal mi to było zmarnować. Jerzy Łojek też mi mówił: „Panie Andrzeju, niech pan się z nimi dogada, bo kto to teraz napisze? Seria nam się zawali”. No to się dogadałem. Machnęli ręką. Mam jeszcze gdzieś w piwnicy tekst Bożeny Krzywobłockiej, ale nie mógłbym go już chyba odnaleźć w szpargałach.

 

Czy recenzja książki Nicholasa Bethella „Gomułka, his Poland and his communism”, za którą w 1974 roku wyleciał Pan z pracy w Instytucie Badań Literackich, mogła ukazać się oficjalnie w PRL-u?

Pewnie jakaś recenzja ukazać się mogła. Nicholas Bethell swoją książkę pisał za zgodą władz PRL-u, przyjeżdżał do Polski. O ile wiem z Gomułką nie rozmawiał, ale spotkał się z Zenonem Kliszką. Książka opublikowana została w Anglii, ale ja jej recenzję pisałem z powodu wydania francuskiego.

Napisał Pan ją dla kwartalnika naukowego „Revue Comparative l’ Est – l’ Ouest”.

Na przełomie 1972 i 1973 byłem na 10-miesięcznym stypendium we Francji. Od 1968 roku znałem się z Paryża z Jerzym Mondem, emigrantem politycznym, który współpracował z tym kwartalnikiem. Recenzję – dosyć krytyczną, na kilkanaście stron – napisałem w Paryżu. Mond poprawiał mi ją, bo pisałem bardzo kiepsko po francusku. Zwrócił mi uwagę, że może to za ostro pisać o „władzy przyniesionej na sowieckich bagnetach”. Książka była bardzo pozytywna wobec Gomułki, a było już po grudniu 1970 roku i nie było żadnego powodu żeby go chwalić.

Recenzja ukazała się, był Pan już w Polsce.

Rok po powrocie do Polski, w maju lub czerwcu 1974 roku, nagle wzywa mnie szef, kierownik Pracowni Dziejów Czasopiśmiennictwa Polskiego w IBL-u i mówi, że jest jakiś problem ze mną i grozi mi zwolnienie z pracy. Nie wiedział dobrze, o co chodzi. Potem wezwał mnie zastępca dyrektora Instytutu Stefan Treugutt, świetny teatrolog, który często robił wprowadzenia do spektakli Teatru Telewizji. Wręczył mi wypowiedzenie. Z rozmowy wynikało, że nie bardzo wie dlaczego, ale Instytut dostał takie polecenie. Chyba z I Wydziału PAN, tego od humanistyki. A oni dostali z KC, ale od kogo? Mam jakieś domysły, ale bez dowodów. Zresztą – jakie to ma znaczenie. Nie ten, to inny.

Dyrektor IBL-u Teresa Skubalanka, która podpisała się pod decyzją o zwolnieniu z pracy, wcześniej wydała o Panu opinię: „Ze wszystkich obowiązków wywiązywał się należycie, pracował szybko, dokładnie i wydajnie”.

Treugutt chciał przeczytać tę recenzję, aby wiedzieć, za co mnie wyrzuca. Dał mi wypowiedzenie, ale zaraz potem dzięki niemu dostałem pracę w Bibliotece Narodowej. Miękko wylądowałem. Zaraz się jednak okazało, że cenzura wprowadziła zapis na moje nazwisko, który obowiązywał chyba przez dwa lata. Oznaczało to, że nie mogło ukazać się nic pod nazwiskiem Andrzej Paczkowski. W tym czasie miałem złożoną do druku pracę habilitacyjną „Prasa i społeczność polska we Francji w latach 1920-1940”, do której cenzura wcześniej nie miała żadnych zastrzeżeń, ale po owym zapisie rozsypano nakład. Opublikowałem ją dopiero pięć lat później w „Bibliotece  Polonijnej”, wydawanej przez Uniwersytet Jagielloński. Redaktorem serii był prof. Hieronim Kubiak, późniejszy członek Biura Politycznego KC PZPR. Powiedziałem mu, że mam książkę odrzuconą przez cenzurę, ale zakaz już minął. PRL był czasem paradoksów. Teraz to wydaje się zabawne, ale wtedy było smutne.

Prof. Tomasz Szarota, badacz historii XX wieku, wspominając swój pierwszy kontakt z cenzorem napisał: „ciekawe, że w ogóle nie przyszło mi wówczas do głowy, żeby nie iść na żaden kompromis i zrezygnować z druku książki”. Szliście na kompromisy?

Z reguły tak. Nie mam pojęcia, jak częste były ingerencje, ale wiedzieliśmy, jakie są dopuszczalne granice, co można napisać.

W stanie wojennym publikował Pan już w podziemiu, w „Tygodniu Wojennym” i „Tygodniku Mazowsze”. W 1985 r., w emigracyjnym kwartalniku politycznym „Aneks”, Aleksandra i Eugeniusza Smolarów, opublikował Pan tekst zdjęty przez cenzurę z „Więzi”.

Z „Aneksem” współpracowałem pod pseudonimami „Jakub Andrzejewski” i „Andrzej Jakubowski”. Kiedy pokazałem Smolarom tekst „Uwagi o roli tradycji w polskiej kulturze politycznej” stwierdzili, że ciekawy. „Ale chyba już teraz dasz go pod nazwiskiem, bo przecież cenzura wie, kto napisał ten tekst” (śmiech). I ukazał się pod moim nazwiskiem, a tuż obok opublikowali moją recenzję z książki Jerzego Holzera "’Solidarność’ 1980-1981. Geneza i historia” podpisaną Jakub Andrzejewski (śmiech). To już nie była gra z cenzurą, tylko świadoma od niej ucieczka.

Rozmowa jest fragmentem książki o cenzurze, przygotowywanej przez autora. © Wszelkie prawa zastrzeżone.

Fot. Piotr Gajewski, IPN

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl