Ewa Łosińska: Redakcja „Arcanów” świętuje właśnie 20-lecie pisma, choć tak naprawdę ukazuje się ono nieco dłużej, bo już od 1995 roku. Z czego jest Pani najbardziej dumna?
Zuzanna Dawidowicz: Nie tylko z tego, że wydaliśmy już 126. numer „Arcanów”, a wydawnictwo może się poszczycić 307 tytułami opublikowanych cennych książek. Udało nam się stworzyć środowisko ludzi zaprzyjaźnionych z „Arcanami”, historyków, literatów, filmoznawców, plastyków i wielu innych. To osoby, które dla nas piszą, z którymi się spotykamy np. przy stole wigilijnym, zawsze możemy na nie liczyć. Tak samo jak na wiernych czytelników. Nawet jeśli nakład pisma to dziś 1200 egzemplarzy (wcześniej bywało 2,5 tysiąca), to czytelnicy upominają się o kolejne numery, bo – jak piszą – „nie mają co czytać”.
Na urodzinach, które redakcja świętowała 12 marca w Klubie Dziennikarzy „Pod Gruszką” w Krakowie było m.in. dwóch ministrów – były naczelny „Arcanów” Krzysztof Szczerski – dziś w Kancelarii Prezydenta i Wojciech Kolarski, także minister współpracujący teraz z głową państwa. Czy to miara sukcesu Waszego środowiska?
- W pewnym sensie tak, choć nie o stanowiska chodzi. Nawet jeśli tę listę można by wydłużyć – nasz obecny naczelny prof. Andrzej Waśko też był już wiceministrem edukacji, a najdłużej kierującego pismem prof. Andrzeja Nowaka jego zwolennicy widzieli nawet jako kandydata w wyborach prezydenckich. Najważniejsze, że jesteśmy czytani, ciągle chcemy wydawać pismo i mamy coś ważnego do powiedzenia.
Czy założyciele „Arcanów” uważają, że zmieniliście Polskę?
- Na pewno przyczyniliśmy się przez lata do pewnej zmiany mentalnej w myśleniu Polaków. Kiedy zaczynaliśmy, nie było konserwatywnych tygodników czy portali, nie było dodatków historycznych do pism, których tyle jest dziś na rynku. W debacie publicznej dominowało środowisko „Gazety Wyborczej”, Unii Wolności i skupionych wokół nich osób. My podważaliśmy tę „obowiązującą” narrację. I nawet jeśli wielu osób, które to robiły razem z nami, już w redakcji nie ma, to chętnie się do nas przyznają i publikują w „Arcanach”. Jest też łączność intelektualna i duchowa, bo części współpracowników nie ma już w Krakowie.
Macie poczucie misji?
- Nie przepadam za słowem „misja”. Cenię za to ciężką pracę, ambitne teksty, wartościowe książki. To jest nasz wkład i nasza misja. Choć kosztuje to wiele wysiłku, bo ciągle brakuje nam pieniędzy. Historia i literatura nie sprzedają się tak dobrze jak pisma popularne.
A widzi Pani na rynku jakichś młodych następców, którzy wydawaliby równie ambitny periodyk literacko-historyczny jak „Arcana”?
- Niestety, nie. Za to my mamy młodych współpracowników, którzy chcą kontynuować to, co przed laty narodziło się w Krakowie.
Bywały w historii „Arcanów” momenty kryzysowe, związane nie tylko z brakiem funduszy. Które przetrwać było najtrudniej?
- Choćby ataki na Andrzeja Nowaka, po publikacji przez nas książki Pawła Zyzaka o Lechu Wałęsie czy proces, jaki córka historycznego przywódcy „Solidarności” wytoczyła wydawnictwu. Przetrwaliśmy jednak i nadal pracujemy. A publikowanie w „Arcanach” to wciąż prestiż.
Rozmawiała Ewa Łosińska
Fot. Ewa Łosińska
