Z Andrzejem Grygielem, laureatem nagrody SDP im. Erazma Ciołka , rozmawia Błażej Torański.

Gdyby nie napis „POLICJA” na tarczach pomyślałbym, że Pana czarno-białe zdjęcia – nagrodzone przez SDP – pokazują walkę uzbrojonego po zęby ZOMO z demonstrantami w stanie wojennym, a nie zamieszki przed siedzibą Jastrzębskiej Spółki Węglowej w styczniu 2015 roku.

Spotkałem się z taką opinią, przez jednych wyrażoną jako zarzut, przez innych z aprobatą. Ktoś nawet uznał, że jedno ze zdjęć – na którym policjanci używają armatki wodnej – przypomina podobny obraz sprzed Uniwersytetu Warszawskiego. Nie miałem zamiaru odtwarzać klimatu stanu wojennego, choć sugerowałyby to czerń i biel. Zależało mi na pozbyciu się kolorów rozpraszających uwagę i na skoncentrowaniu się na samych wydarzeniach. Jaskrawo kolorowe ubrania górników odciągałyby wzrok.

Pokazanie walki dwóch stron jest zaletą. Ponadczasową ilustracją starcia policji z demonstrantami. Równie dobrze mogło się to wydarzyć na kijowskim Majdanie.

Cieszę się, że tak to pan postrzega, bo starałem się nie opowiadać za żadną ze stron i szczerze mówiąc trudno byłoby mi ocenić, kto ma rację. Chciałem pokazać komplikację tych wydarzeń, tego, że żadna ze stron nie była bierna.

Jak udało się Panu znaleźć w tym miejscu i czasie? Tam, gdzie dramat i silne emocje sięgnęły zenitu.

W tym czasie przez Śląsk przechodziła duża fala strajków, protestów ulicznych i okupacyjnych. Przed Jastrzębską Spółką Węglową siedzieliśmy – my, fotoreporterzy – kilka, kilkanaście dni. Konflikt zaczął się od drobiazgów, ale wraz z rozwojem wydarzeń atmosfera zagęszczała się, silne emocje narastały, zwłaszcza ze strony górników, którzy postulaty stawiali na ostrzu noża. Złe nastroje kierowali nawet przeciwko dziennikarzom. Ważne, aby fotoreporter w takich przypadkach zachował zimną krew, dystans, ale także dostrzegł i wyłapał emocje. Tam nie było to trudne. Emocje fruwały w powietrzu.

Klimat, czerń i biel, emocje. Co jeszcze dało ten nagrodzony efekt?

Za każdym razem staram się spojrzeć z odmiennej pespektywy. Ale efekt można ocenić dopiero po fakcie. Nie wiem, czy byłby lepszy, gdybym się znalazł pod armatką wodną zamiast fotografować ją z oddali. Jedne zdjęcia robiłem z góry, jakby z dystansu, inne z bliska, jakbym się znalazł w oku cyklonu. Nie zawsze miałem możliwość wyboru miejsca. Tego się nie da przewidzieć.

Powiedział Pan, że górnicy kierowali przeciwko wam – dziennikarzom i fotoreporterom – złe emocje. Utożsamiali was z władzą?

Nie. W przypadku takiego konfliktu każda ze stron utożsamia nas ze stroną przeciwną. Dziennikarze zadawali prezesowi Jastrzębskiej Spółki Węglowej pytania niewygodne, jakich nie chciałby usłyszeć. Podobnie myśleli górnicy. Nie mogliśmy opowiadać się po żadnej ze stron, bo stracilibyśmy obiektywizm. Ale zawsze znajdzie się ktoś, kto w takich konfliktach ma do dziennikarzy pretensje. Taki nasz los.

Jest Pan fotoreporterem Polskiej Agencji Prasowej. Nie jest Pan przypisany do konkretnej tematyki. Wśród nagrodzonych prac widzę zdjęcia sportowców, pacjentów w szpitalu, niepełnosprawnych, bezdomnych czy wcześniaka na oddziale neonatologicznym. Jaka tematyka jest Panu najbliższa?

Nie potrafię odpowiedzieć. Czasami jestem zmęczony jakąś tematyką. Mam obowiązek i szczęście łączyć wszystko, staram się temu sprostać. Ale najważniejszy i tak jest człowiek, jego emocje. Na fotografiach architektury, nawet, jeśli go nie widać, też. Bo przecież ktoś te bryły zaprojektował i zbudował. Człowiek jest najważniejszy także z tego powodu, że interesuje innych ludzi.

Erazm Ciołek, patron nagrody SDP, jest Pana mistrzem?

Oglądam tysiące zdjęć, wielu autorów, ale staram się szukać własnych dróg. Erazma Ciołka nigdy nie miałem przyjemności spotkać, znam jednak jego zdjęcia, te słynne, ze Stoczni Gdańskiej i te mniej znane. Przemawia przez nie taka siła prawdy, że zostają w pamięci na dłużej.

Ale kto Pana warsztatowo ukształtował? Kto miał największy wpływ na Pana wrażliwość?
Nie potrafię wskazać jednego autora, czerpię z wielu. Zaczynałem jako fotoreporter w katowickim „Wieczorze”. Tak musiałem sobie radzić, żeby zrobić zdjęcie, ale i napisać tekst. Czasami oddzielnie fotografowałem i zbierałem informacje, ale to było rzadkie. Najczęściej szedłem na temat i przynosiłem kompletny materiał. Jak to robią dzisiaj w prasie lokalnej, realizując jeszcze filmiki video. Taka jest ekonomia i trudno mieć pretensje do wydawców, którzy każdy grosz obracają cztery razy. Podziwiam fotoreporterów lokalnych, że w takich warunkach potrafią czasami napisać dobry tekst i zrobić urzekające zdjęcie. 

Nad czym Pan teraz pracuje? Na kolejny konkurs?

Nie wiem, bo nie wyznaczam sobie tematów. Czekam, co życie przyniesie. Żadne z moich zdjęć nie powstaje też z myślą o konkursie. Za każdym razem, wybierając zdjęcia na konkurs - a nie wysyłam ich zbyt wiele - mam z tym kłopoty. Mam poczucie, że nie mam czego posłać. Że może akurat zdjęcia, które wybrałem nie są najlepsze. Prowadzę wewnętrzną dyskusję, przekonując się, że może jednak warto coś wybrać. Wybieram fajny kadr i światło, a potem okazuje się, że nie miało to najmniejszego znaczenia, bo nie przełożyło się na uniwersalną wartość.

 

Fot. Dominik Gajda

Udostępnij
Tagi:
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl