BŁAŻEJ TORAŃSKI: Nie zazdrości pani swojej bohaterce, która porzuciła Warszawę dla wsi Wyczółki na Podlasiu?
ALICJA GRZECHOWIAK: Dwa dni spędzone u Aldony Skirgiełło, bohaterki reportażu, przypomniało mi piękne wakacje, jakie spędzałam u mojej babci, także na podlaskiej wsi miała domek kryty strzechą. U Aldony znowu poczułam zapach drewna, zrelaksowałam się.
Taka jest teraz moda: ludzie uciekają od zgiełku i stresu miast. Aldona Skirgiełło opowiada, że dla rodziców „miała być damą”, a „zamiast na salony trafiła do stajni z widłami w rękach”. Żyje z mężem, angielskim Romem, i córką w domu krytym strzechą, z piecem kaflowym opalanym drewnem, nie ma telewizora, prądu, bieżącej wody. Tak wygląda szczęśliwe życie?
Aldona tak to sobie wymarzyła. Miała dosyć i Warszawy, i Anglii, gdzie uciekła na emigrację, ale nie była szczęśliwa. I jakby wróciła do rodzinnych korzeni, bliżej Kresów, skąd pochodzą Skirgiełłowie, wywodzący się z Giedyminowiczów. Zresztą to jest historia na oddzielny film. Kiedy nagrywaliśmy ją miałam wrażenie, że spełnia swoje marzenia. Nie wiem, czy równie szczęśliwy jest jej mąż, bo padają słowa, że marzyłby o żonie z rozpuszczonym włosami, w sukience, z pomalowanymi paznokciami. Poza kamera Aldona zwierzyła mi się, że „czuje się bardziej mężczyzną”, bo jej mama, będąc w ciąży, była przekonana, że urodzi syna. Urodziła się dziewczynka, ale z dużym pierwiastkiem męskim. Rozważała nawet, aby zaciągnąć się do wojska. W tym małżeństwie Aldona gra pierwsze skrzypce, podejmuje decyzje. Jest silną kobietą, jak wszystkie kobiety w jej rodzie. Jej mąż Frederic, to ciepły, spolegliwy człowiek, wpatrzony w swoją żonę.
Reportaż „Dona” ze świetnymi, poetyckimi zdjęciami plastycznie opowiada historię. Pani lubi opowiadać w reportażach historie ludzi?
Absolutnie tak. Ludzie są bardzo ciekawi. W Krakowie, jeszcze będąc na studiach, poznałam dziewięćdziesięcioparoletnią wówczas Gizelę Wiktorię Winiarską, studentkę Freuda, osobę o niesamowitych zdolnościach. Miała dar jasnowidzenia. Powiedziała mi, że każdy człowiek jest, jak książka. Tak mi te słowa utkwiły w pamięci, że teraz, mając możliwość realizowania reportaży, szukam ciekawych ludzi. Często nie są to ludzie z pierwszych stron gazet, raczej z drugiego planu, ale warto po nich sięgnąć. Tworzenie portretów fascynujących ludzi - to najbardziej pociąga mnie w reportażu telewizyjnym.
Czego się pani uczy od swoich bohaterów?
Dona Skirgiełło uzmysłowiła mi, że warto być skoncentrowanym na celu. Wtedy wcześniej czy później się go osiąga. W Anglii Dona marzyła, że wróci do Polski, kupi gospodarstwo i w ten sposób spełni swoje marzenie. Ja też mam swoje marzenia i wiem, że trzeba na nich skoncentrować całą swoja energię. Po reportażu „Milionerka”, filmie o Polce, która zrobiła karierę w Nowym Jorku, postanowiłam nakręcić historie kobiet wracających z emigracji. Wiele z nich rozpoczyna życie od nowa. Kolejna, po Donie, jest Tamara. Po 23 latach życia w Nowym Jorku osiadła w prawosławnej wsi Soce, została radną, sołtysem i walczy o to, aby wieś była estetyczna i zachwycała turystów. Portretuję silne, mądre, zdeterminowane kobiety, które osiągają swoje cele. To mi imponuje.
A jakie pani ma marzenie zawodowe?
Nie mam konkretnych marzeń zawodowych, ale chcę nadal namawiać kolejne ciekawe postacie na reportaże. Teraz krążę wokół pewnego tenora, który żyje inaczej, aniżeli jego koledzy, ale więcej nie zdradzę.
Na ile dotyka panią kryzys dziennikarstwa, zwłaszcza telewizyjnego?
Od osiemnastu lat pracuję na umowy o dzieło. Co miesiąc podpisuję kolejne. Jak pomyślę o emeryturze, ogarnia mnie smutek i niepokój. Nie mam poczucia bezpieczeństwa i spokoju, ale zaraz przychodzi inna myśl: ja to tak lubię, ze nadal chce robić reportaże.
Czy nagrody dziennikarskie dają pani siłę wewnętrzną?
Na co dzień satysfakcję dają mi ludzie, którzy na rynku warzywnym rozpoznają mnie i komentują: „Fajne reportaże pani robi o tych zwykłych/niezwykłych ludziach”. Dzięki nagrodom dziennikarskim wierzę, że to, co robię, ma sens, bo decydują o nich koledzy, którzy znają się na warsztacie. To miłe, że Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wyławia wartościowe prace z małych ośrodków.
