Nagroda SDP im. Kazimierza Wierzyńskiego za publikację o tematyce sportowej.

Z Mariuszem Kamińskim rozmawia Błażej Torański

Błażej Torański: Jeździ pan na motocyklu?

Mariusz Kamiński: Niestety, tylko samochodem.

Nie poczuł pan pasji jazdy motocyklem po reportażu „Wyścig”?

Mam dwa motocykle jawa z lat 60., ale stoją w garażu. Jedna należy do mojego taty, a drugą kupiłem z nadzieją, że kiedyś zrobię prawo jazdy na motocykl, ale do tego nie doszło. A teraz to już chyba za późno na przygodę z motocyklami. Samochód to wygoda, większe bezpieczeństwo i komfort jazdy. Na motocykl miło popatrzeć.

Bohater pana reportażu Stanisław Grześ mówi: „Mogę samochodu nie mieć, ale motocykl dla mnie to wszystko. Wiatr we włosy i … poszedł”.

Mój bohater zaczynał przygodę z motocyklami w latach 50., kiedy motocykl był głównym środkiem lokomocji obok roweru, a samochody rzadko jeździły po ulicach. Teraz proporcje się odwróciły.

W czym tkwi pasja jazdy na motocyklu?

Może w tym wietrze we włosach? W ryku motoru? W większej przestrzeni, którą postrzegamy z motocykla? Poczuciu większej wolności?

SDP nagrodziło pana za opowieść o facecie, który testował motocykle WSK i SHL, produkowane w Świdniku. Pochłonęły go rajdy i wyścigi. To fragment historii PRL-u.

Starałem się jak najwierniej odtworzyć klimat sportu w PRL-u. Pan Stanisław, wspaniały rozmówca, uczestniczył w wielu wydarzeniach, dostawał puchary, poznawał działaczy, którzy organizowali huczne imprezy po wyścigach. Zilustrowałem materiał dźwiękami motocykli, zawodów sportowych. W tle pojawiają się dźwięki radia czechosłowackiego, jakby słuchał go, jadąc na zawody.

Ale pokazał pan także prawdę o śmiertelnych wypadkach zawodników, o skorumpowanych działaczach sportowych, o bankietach po zawodach, na których lała się wódka, szampany, koniaki, stoły uginały się od tatarów, schabowych, śledzi.

To są obserwacje pana Stanisława. Nie mam prawa przypuszczać, że wszędzie tak było. Skorumpowani działacze czy wódka, to jest uniwersalne, nie tylko charakterystyczne dla PRL-u.

Niewątpliwie. Wystarczy popatrzeć na działacza piłkarskiego Zdzisława Kręcinę, który powiada, że nie trzeba go namawiać do alkoholu.

Nie jestem tak zorientowany. Rzadko zajmuję się sportem.

Szukając tematu do reportażu bardziej pociąga pana człowiek czy historia w tle?

Ostatnio zajmowałem się partyzantami i nie miałem wyboru: pokazywałem historię przez człowieka. Rejestruję, co on widział, czego doświadczał. Nie mam możliwości sprawdzenia indywidualnych przeżyć.

Czym jest dla pana radio: przygodą, pasją, spełnieniem marzeń?

Wszystkim po trochu. Zajmuję się od kilku lat historią. Radio jest więc i przygodą, i pasją, bo mogę poznać ludzi, którzy brali udział w ważnych wydarzeniach historycznych albo ważnych tylko dla nich. Docieram do miejsc na Lubelszczyźnie, których nigdy bym nie poznał, gdybym się nie zajmował tą tematyką. W ten sposób spełniam swoje marzenia.

Hannę Bogoryja-Zakrzewską najbardziej w radiu fascynuje , że może zaglądać w miejsca, w które normalnie by nie zajrzała. Mikrofon jej w tym pomaga. Jak to jest w pana przypadku?

Myślę podobnie. Tylko Hania zajmuje się współczesnymi tematami, a ja sięgam głębiej w historię. Daję swoim bohaterom, często dziewięćdziesięciolatkom, ostatnią w życiu szansę, aby mogli opowiedzieć do mikrofonu o tym, co przeżyli.

Ściga się pan z czasem?

Żałuję, że nie mogę się sklonować, bo moja praca polega na tym, że nagrywam czyjeś wspomnienia, a potem przez dwa tygodnie montuję. W tym czasie mógłbym nagrać kolejnych bohaterów. Potem mogę już nie zdążyć. A najważniejsi są świadkowie wydarzeń. Eksperci tylko mogą coś wyjaśnić lub dopowiedzieć.

Jaki temat wstrząsnął panem najbardziej w ostatnich latach?

Reportaż o zabijaniu. O tym, jak NKWD i UB aresztowali w 1944 roku żołnierzy AK i więzili na lubelskim zamku. Po półtoragodzinnych procesach skazywano ich na śmierć i wrzucano do cmentarnych dołów. Do dzisiaj nie wiadomo, jak ginęli. Wielu nie odnaleziono. Losy innego tematu, który realizowałem przez blisko dwa lata, zawiodły mnie na Słowację. Reportaż „Margita” jest historią słowackiej Żydówki, którą polska rodzina ukrywała pod Puławami przez rok. Odnalazłem syna tej rodziny, a potem, dzięki historykowi ze Słowackiej Akademii Nauk, siostrę Margity pod Bratysławą. Margita długo nie ujawniała, co przeżyła w Polsce. Jak dochodziły do niej wieści o śmierci jej rodaków, ukrywała się z myślą, że wkrótce umrze. Dzięki jej świadectwu polska rodzina spod Puław  dostała medal Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata.

Czego nauczyli pana bohaterowie? Przekonania o kruchości życia i potrzebie wykorzystania jego daru najlepiej, jak można?

Zgadzam się, co do kruchości i niepowtarzalności. Bohaterowie nauczyli mnie też pokory.

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl