Jestem, reżyserem „z awansu”, a dziennikarzem z wykształcenia, który robi filmy oparte na faktach – wyznałeś w Gdyni po projekcji Karbali podczas niedawno zakończonego, dorocznego festiwalu polskich filmów fabularnych…

Krzysztof Łukaszewicz: Ten film jest inspirowany faktami… Tak samo jak dwa poprzednie, które zrobiłem.

Przypomnijmy - zanim obejrzeliśmy Lincz, przez długi czas emocjonowaliśmy się nagłaśnianym w mediach dramatem na Mazurach, gdzie kilku mieszkańców Włodowa dokonało śmiertelnego samosądu na sąsiedzie, łobuzie terroryzującym wieś. Natomiast bohaterem białoruskiej opowieści był młody człowiek, opozycjonista reżimu Łukaszenki, którego autentyczne losy wzbudziły zachwyt za granicą, nie zaś w Polsce…

Na festiwalach zagranicznych Żywie Biełaruś cieszyło się sporym zainteresowaniem, od Indii aż po Bahama, dostaliśmy parę nagród, m.in. w Brukselii i Stambule…  A u nas film o demokratycznych białoruskich opozycjonistach został na wszelki wypadek „stłumiony”, także przy pomocy polityków, którzy się przestraszyli protestu białoruskiego ambasadora w przededniu premiery. Ten groził w 2011 roku, że rozpowszechnienie filmu zaburzy dobrosąsiedzkie stosunki między naszymi krajami. Polskie władze uległy. Na premierze, nikt poza Schetyną, nie pojawił się. A ja potem, kiedy Żywie Biełaruś jako jednego z nielicznych filmów Polski Instytut Sztuki Filmowej nie pokazał w Sejmie, po prostu zorientowałem, że oni mają „gdzieś” opozycję białoruską. Chodziło tu także o interes całej Unii Europejskiej, której kierownictwo było i jest raczej zwolennikami obłaskawiania reżimu dyktatora, a nie wspierania garstki mińskich „wolnościowców”. Przecież np. niemieckie MSW jeszcze niedawno szkoliło oficjalnie białoruski OMON, a ten potem ganiał i bił opozycjonistów na rozkaz Prezydenta Białorusi… Takie są fakty. Ludźmi, którzy w Mińsku, Grodnie, próbują myśleć niezależnie, nikt się już nie interesuje. Oni dla świata nie istnieją.

Inspiracji szukasz w faktach, one cię intrygują i nakręcają – dlaczego więc nie robisz tak oczekiwanych przez światową widownię filmów dokumentalnych?

Zdecydowanie preferuję fabułę, która daje dużo większe możliwości kreacji, a nie ogranicza się tylko do dokumentalnego odtwarzania rzeczywistości.

To dlaczego po skończonych przed laty studiach ekonomicznych w Szczecinie przyjechałeś na dziennikarstwo do Warszawy, nie zaś do Łodzi na studia reżyserskie?

Ekonomię wybrałem jako dziewiętnastolatek; niewiele można w tym wieku poszukiwań wiedzieć o sobie, o tym, czego się chce. W tamtych latach najmodniejsze były studia ekonomiczne i prawnicze. Myślałem o prawniczych, ale bałem się, że się wyłożę na wstępnym egzaminie z historii, która wydawała mi się trudna do ogarnięcia całościowo. Egzaminator na ustnym zawsze może wyciągnąć jakiegoś Traugutta, o którym wiesz tylko tyle, że walczył w powstaniu styczniowym, i nie za bardzo jest z czego rozwijać… Tak więc skończyłem tę ekonomię. Jednak czucie humanistyki było silniejsze. Długo by mówić, jak trafiłem na plan filmowy, do ekipy Jerzego Hoffmana kręcącego Ogniem i mieczem. Tam najpierw  byłem wolontariuszem i kierowcą, ale dość szybko zostałem asystentem organizującym i ustawiającym drugi plan filmu – w scenach bitew przygotowywałem a potem ustawiałem statystów, piechotę, koniarzy… Miałem niezłą zabawę, byłem zaangażowany, że dali mi takie ważne sprawy do rąk… Pod koniec Oniem… jak odszedł II reżyser, to już nikogo nie zatrudniali, tylko mnie dali p.o. „drugiego”… Dwadzieścia dwa lata, poklepują cię po plecach legendy filmu, to już jest coś…

Tymczasem znalazłeś się w mojej grupie jako student dziennikarstwa i już jako autor dwóch docenionych przez czytelników książek reporterskich z planów filmowych Ogniem i mieczem (Sto dni Hoffmana) i Quo Vadis (Igrzysko Kawalerowicza). Pamiętam, że jednak nie gwiazdorzyłeś wśród młodszego koleżeństwa płci obojga; przeciwnie…

Bo po takich „sukcesach” gwiazdorzenie byłoby w złym guście (śmiech). Zresztą ci, co zadzierają nosa, na studiach nie są lubiani. A grupa, mimo że zaoczna, była zgrana, niestroniąca od studenckich przyjemności. Wykłady zazwyczaj zaczynaliśmy i kończyliśmy w Harendzie… A ja chciałem się wzmocnić w teorii i praktyce obserwowania świata, podglądania go. Między innymi pan tego uczył, co komentowaliśmy w studenckim gronie w Harendzie, przy piwie i innych…

A ja przyznaję, że twoje poważne podchodzenie do zajęć, właśnie naprzeciwko Harendy, bardzo pozytywnie udzielało się grupie, w której, bądźmy szczerzy, większości studentów zależało głównie na zdobyciu „papierka”.

Ja już miałem „papierek” szczecińskiego uniwersytetu, więc szukałem czegoś więcej. A tak poważnie, to niektóre zajęcia, bardziej praktyczne, miedzy innymi pańskie, traktowaliśmy poważniej, z innymi bywało różnie...

Trochę dziś żałuję, że na ćwiczeniach z warsztatu dziennikarskiego nie wykorzystałem wtedy twojego potencjału intelektualnego i artystycznego. Przecież już mogłem nakłaniać cię do prowokujących dyskusji na temat reporterskiego obserwowania i zapisywania tego, co się wokół nas dzieje. A w twoim otoczeniu, na planach filmowych wielkich fresków historycznych działo się wiele i niebanalnie; wybitni reżyserzy, aktorzy, scenografowie, statyści- jak podglądać ich nastroje, humory, fanaberie, jak z nimi o tym rozmawiać.

Na studiach nigdy nie wiadomo, kto nosi buławę w tornistrze i co z kogo wyrośnie…

Czy już wtedy uważałeś się za beneficjenta dobrego losu i życiowego szczęścia?

Ani jedno, ani drugie. Natomiast czułem jakąś determinację, że z moimi wrodzonymi cechami też dałbym radę coś napisać, może nakręcić. Każda asystentura u kolejnego reżysera dawała szansę podciągnięcia się. Przełomowa w przejściu od funkcji „wspomagająco-organizacyjnej” do udziału już artystycznego była współpraca z Ryszardem Bugajskim. Warszawska Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych zaproponowała mu zrobienie filmu o generale Nilu - Fieldorfie, legendzie AK. Ryszard był wtedy zajęty innym projektem i nie bardzo miał czas, aby napisać scenariusz. W końcu jednak zaproponował: „Napisz może pierwszą wersję, będzie już konstrukcja, kształt, ja to potem uszlachetnię i zobaczymy…”. Za scenariusz Nila, razem z Ryszardem, dostaliśmy w 2009 roku nominację do prestiżowej nagrody Orłów. To już było dla mnie otwarcie ważnych drzwi, można było iść dalej i napisać tym razem coś dla siebie. Tak się też stało w przypadku mojego debiutanckiego Linczu.

No to pomówmy wreszcie o ostatnim dziele, o Karbali, dla którego podstawą scenariusza stały się reportaże z wojny w Iraku - Adama Zadwornego i Marcina Górki.

Jeden z tekstów traktował o kompanii kapitana Grzegorza Kaliciaka, broniącej podczas powstania szyickiego w kwietniu 2004 roku tzw. City Hall, ratusza, siedziby władz miejskich Karbali. Kaliciak, dziś już podpułkownik (w filmie występuje jako kapitan Kalicki, a gra go Bartłomiej Topa), został konsultantem filmu. Drugi reportaż opisywał losy sanitariusza z tamtej wojny, oskarżonego o tchórzostwo i niewykonanie rozkazu na polu walki. Obydwa teksty były tak obrazowo napisane, że można je było taktować prawie jako gotowe scenariusze.

I tak je potraktowałeś?

Wydarzenia z sanitariuszem miały miejsce trochę później niż obrona City Hall, ale ja je połączyłem w jedną fabułę. Chodziło o to, aby pokazać, jak krótka jest droga na wojnie od bohaterstwa do tchórzostwa. I z powrotem.

Już arcymistrzowie reportażu, Melchior Wańkowicz i Ryszard Kapuściński w teoretycznych rozważaniach dopuszczali możliwość takich zabiegów kompozycyjnych, by wzbogacić treść dzieła i zintensyfikować jego narrację…

Chodziło mi o to, by scenariusz, a potem film zbudować z autentycznych, niezmyślonych i mocnych „kawałków”. Relacje bohaterów, uczestników tamtych wojennych wydarzeń, ich przeżycia muszą potem łączyć te obrazy, „kawałki”; nazywamy je w języku filmowym „mostami”. Należało je oczywiście wzmocnić efektami psychologicznymi zachowań bohaterów, pogłębić sferę motywacji mentalnych i emocjonalnych.

Znakomitym i bardzo przejmującym momentem filmu jest sprzeczka dwóch braci (w rzeczywistości żołnierzy z Łodzi), którzy nieoczekiwanie znaleźli się obok siebie w tym kotle w rejonie City Hall. Starszy z nich nie wiedział, że młodszy nie posłucha jego zakazu oraz argumentacji i również zdecyduje się przyjechać do Iraku. Przyjechał jako szeregowy, uczestnik kolejnej, polskiej zmiany żołnierzy i przypadkowo znalazł się obok brata, starszego sierżanta, pod jego komendą… Tembr głosów w tej sprzeczce braci pokazuje wysoki ładunek ich przeciwnych emocji. Jeden z nich, starszy już doświadczył piekła walki, a młodszy, nieświadomy rwie się do wojaczki.

Młodszy chce udowodnić rodzinie i sobie, że nie jest gorszy od starszego. Dość szybko jednak dotyka dna piekła, traci nogi, staranowany na Check-Poincie przez ciężarówkę z miejscowym samobójcą…

Inna, znakomita scena -podporucznik (grany przez Tomasza Schuchardta) nagle przestaje strzelać – jego twarz nieruchomieje, wydaje się, że czeka na śmiertelny strzał ze strony atakujących Sadrystów…

To też jest obrazek wyjęty z reportażu o City Hall. Żołnierze, biorący udział w walkach, „zacinali” się, czyli zawieszali, w trakcie największego ognia, tracąc na skutek emocji kontakt z rzeczywistością. Takich wojaków ratowało przed śmiercią jedynie odciągnięcie ich w bezpieczne miejsce. O kilku takich przypadkach podczas obrony City Hall wspominał zresztą pułkownik Kaliciak… To „zawieszenie”, w ogóle sam epizod, ukazuje też, jak krótka jest droga od bohaterstwa do tchórzostwa.

Walka z wrogiem i własnym lękiem – tak w jednym z wywiadów określiłeś ideę filmu…

Walka z przeciwnikiem a nie z wrogiem…

Wypierasz się słowa „wróg”?

To kiepskie słowo w sytuacji naszego udziału w wielonarodowej, tak zwanej misji stabilizacyjnej w Iraku, nie na oficjalnej wojnie… Wolę słowo przeciwnik.

Dlaczego łagodzisz język?

Arabscy bojownicy, występujący przeciw naszym żołnierzom, też mieli swoje racje. To myśmy się tam znaleźli jednak jako obce wojska. Pamiętamy – jak dość szybko okazało się, że casus belli w Iraku, który Amerykanie podali dla usprawiedliwienia interwencji, to była fałszywka. Dlatego nasi, i nie tylko nasi żołnierze, musieli się zmierzyć w Iraku z silnym i zdeterminowanym przeciwnikiem arabskim. Weszliśmy tam w skórę okupantów. W tym miejscu warto przypomnieć historycznie, że Polakom nigdy nie było  wygodnie w tej skórze. Przypomnijmy chociaż przykład - podczas Napoleońskiej interwencji na Karaibach, na wyspie Santo Domingo na początku XIX wieku narzucona rozkazem cesarza Francuzów rola okupanta nie pasowała naszym do tego stopnia, że część żołnierzy Legionów przeszła na stronę tubylców.

Przyznajesz za autorami reportaży –Zadwornym i Górce – że trzydobowa, skuteczna obrona City Hall była największą akcją bojową polskich żołnierzy od II wojny światowej. Tymczasem Amerykanie zakazali nagłośniać fakt polsko-bułgarskiej obrony siedziby władz Karbali i przypisać ją Irakijczykom. Dlaczego nałożono tu klauzulę milczenia o rzeczywistych bohaterach, czyli dokonano manipulacji?

Z paru powodów – przecież nasi oficjalnie pojechali do Iraku z tak zwaną misją stabilizacyjną, nie zaś z wojenną interwencją. Jakby przyjęła polska i światowa opinia publiczna informację o ciężkich walkach w Karbali, jakie toczą polscy żołnierze? Jaki byłby odbiór takich codziennych, powiedzmy relacji z pola walki w kraju, gdzie co najmniej połowa społeczeństwa była przeciwna wysyłaniu wojsk polskich do Iraku? Histeria, demonstracje… Poza tym, co by czuły rodziny tych żołnierzy? Nasi więc nie informowali swoich bliskich w kraju o ciężkich walkach. Przynajmniej można było we względnym spokoju dosłużyć do końca zmiany…

Mała dygresja - dowódca Kalicki w znakomitej scenie rozmowy telefonicznej z żoną mówi w piekielnym otoczeniu, grożącym w każdej chwili wybuchem i śmiercią, że „tu wszystko w porządku… spokojnie”. Gada o pieniądzach i zakupach, których żona ma dokonać…

…Kontynuuję odpowiedź na pytanie: poprawność polityczna i taktyczna nakazywała Amerykanom przypisanie wojennego sukcesu obrony City Hall  irackim policjantom, współpracującym z miejscową „legalną” władzą, spolegliwą wobec Koalicji. Ci iraccy policjanci byli zresztą wyszkoleni przez Polaków i współdziałali z naszymi, acz, przed wybuchem walk, solidarnie dali nogę z City Hall. Jest jednak jeszcze jeden powód utajnienia naszego udziału w tej bitwie. Włączenie naszych żołnierzy do regularnych walk było przekroczeniem mandatu misji stabilizacyjnej.

Gdy zacząłeś myśleć o filmie po kilku latach od chwili rzeczywistych wydarzeń, które pokazałeś, to towarzyszyła ci refleksja, że oto kolejny raz nasze wojsko jest wykorzystywane do walki nie w interesie własnego kraju?

Miałem takie myśli od początku rozmów dokumentacyjnych z weteranami spod Karbali. Oni jednak uważali, że bez względu na uwarunkowania polityczne i wojenne tamtej misji polskim żołnierzom należy się szacunek i uznanie za osobiste męstwo i wykonanie rozkazu, utrzymanie pozycji nie do utrzymania, jakim był City Hall podczas tak zaciętych ataków przeciwnika... Tymczasem, gdy teraz wchodzimy do Internetu i czytamy komentarze na temat filmu, to niemało jest w nich mocno pejoratywnych ocen – że byliśmy okupantami, zbrodniarzami, którzy strzelali do kobiet i dzieci; że walczyliśmy przeciw bezbronnym powstańcom szyickim. Mimo wszystko uważam, że ten film należało zrobić, by pokazać zwykłych żołnierzy - ich przeżycia, chwile słabości, determinacji i to, że ryzykowali swoim zdrowiem i życiem w imię „mocarstwowej” polityki ówczesnych naszych władz, ale też nacisków amerykańskich…. I jeśli dziś część społeczeństwa nie chce, nie potrafi szanować weteranów z Iraku, to przynajmniej niech ich zrozumie. 

Nie powinieneś ostrzej zarysować, wyraźniej ocenić manipulację dotyczącą roli polskich żołnierzy i rzeczywistych powodów amerykańskiej interwencji?

Nie zamierzałem uprawiać czystej publicystyki. Karbala to gatunkowy film wojenny. Jeżeli stawia jakieś pytania, np. o sens udziału polskich żołnierzy w zagranicznych misjach, to ja nie podaję gotowych odpowiedzi. Widzowie muszą odpowiedzieć sobie sami…

I dlatego po sukcesie obrony City Hall na maszt jego dachu wciągnięto poszarpaną, nie zaś czystą i odprasowaną polska flagę?

Tak było w rzeczywistości. Taką flagę weterani z Karbali przywieźli do kraju.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl