Zdarza się to wyjątkowo rzadko: lubelska prokuratura skierowała akt oskarżenia przeciwko mężczyźnie, który pod jednym z artykułów na portalu gazeta.pl opublikował komentarz-zniewagę na tle rasowym i wyznaniowym. Czy jest to przełom w walce z mową nienawiści w internecie?

MIROSŁAW USIDUS: Jest to ciekawy przypadek, ale nie nazwałbym tego przełomowym momentem. Politycy prawicowej opozycji podejrzewali, że przepisy o mowie nienawiści są skierowane przeciwko komentatorom, którzy krytykują władzę. Teraz okazuje się, że człowiek, przeciwko któremu prokurator skierował akt oskarżenia, nie był prawicowcem. Lewicujący komentatorzy też nie przebierają w słowach.

Jaki związek ma chamstwo z prawicą czy lewicą?

Nie ma. Dlatego wypada się cieszyć, że prawo działa przeciwko chamstwu, a nie oponentom politycznym. Opozycja obawiała się, że te regulacje prawne wymyślono, aby ograniczyć wolność słowa. Kto wie, czy nie uderzą one rykoszetem w tych, którzy atakują prawicę, nazywając ją „oszołomami” czy też „ludem smoleńskim”.

W oskarżonym przypadku chodziło o komentarz pod tekstem mówiącym m.in. o przestępstwach dotyczących nienawiści. 26-letni Piotr P. z Lublina wyzwał ciemnoskórych wyznawców islamu i katolicyzmu od „brudasów", „katoli" i „katolickich oszołomów". Pisał m.in. o tym, że cywilizowana Europa nie chce takiej „chołoty", że „muzułmanie to mordercy". Przyznał się do przestępstwa, zapewnił, że zmienił poglądy i dziś takiego komentarza by nie opublikował. Powstrzyma to innych przed podobnymi wpisami?

Mam nadzieję, bo uważam, że internet nie różni się od realu, od normalnego życia. Trzeba przestrzegać cywilizacyjnych norm. Nie można, ot tak sobie, wyzwać kogoś publicznie od „katoli” czy „brudasów”, bo obrażony może złożyć pozew o zniewagę, zniesławienie. Nie uważam, aby sieć była wyjęta spod tych rygorów. Internet jest odbiciem życia i nie widzę problemu, by nie wprowadzać do niego tych samych przepisów. Gorzej, gdyby regulacje były jednostronne. Nie można krytykować mowy przeciwko homoseksualistom, a równocześnie tolerować gejów wykrzykujących „katole” czy „ciemnogród”, co też oczywiście jest zniewagą.

Buszuje Pan w sieci od ponad 20 lat. Czy w początkach polskiego internetu więcej było chamstwa w komentarzach aniżeli dzisiaj, czy mniej?

Patrzę na to hurtowo, gdyż konsumuję wiele treści internetowych. Uważam, że jest tego więcej. Więcej ludzi korzysta z internetu i więcej jest różnorodności. W czasach, kiedy rozpoczynałem swoją przygodę z internetem, niewiele osób z niego korzystało. Był on też bardziej anonimowy. Ludzie kryli się na rozmaitych forach. Posługiwali się specyficznymi kodami. Jeśli obrażali się, to były marginalne zjawiska. Teraz jest o wiele gorzej. Spopularyzowanie internetu obniżyło jego elitarny charakter. Do sieci wkroczył lud (śmiech). Jakość wpisów się obniżyła. Życie polityczne spowodowało zaostrzenie sporów. Zmieniły się obyczaje. Dominują pyskówki i przekleństwa.

Rzeczywiście politycy obniżają standardy. Obrzucają się wyzwiskami w studiach radiowych i telewizyjnych.

Bardzo szkodliwym facetem – jeśli idzie o jakość języka – jest np. Janusz Palikot. Jego wypowiedzi przekładają się na fora internetowe, na dyskusje, wchodzą do Facebooka czy Twittera. Mówię o politykach, bo to oni spolaryzowali Polaków. Polacy sami z siebie, tak silnie, się nie podzielili. To, co jest obecnie, zaczęło się w 2005 roku, przegraną Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej w wyborach. W postępowaniu z przeciwnikami politycznymi Donald Tusk stał się skrajnie radykalny. Rozpoczął wojnę. PiS odpowiedział po swojemu równie silnie, bo przecież w żyłach tych polityków też płynie krew, nie woda.

Źródła internetowej mowy nienawiści lokuje Pan w polityce?

Temperatura i siła konfliktu, jaki jest między dwoma głównymi obozami politycznymi przenosi się na inne dyskusje: o religii czy roli Kościoła w Polsce, o aborcji. Po „palikotyzacji” życia publicznego  mamy kolejną, brutalniejszą wersję, symbolizowaną przez Stonogę.

Zna Pan skuteczne sposoby na walkę w sieci z mową nienawiści?

Zaczęliśmy rozmowę od przykładu prawnego ścigania. Tę metodę zna cywilizowany świat. Przy pomocy paragrafów można bardziej lub mniej skutecznie walczyć z obrażaniem ludzi, poniżaniem ich, dyskryminowaniem. W silnie spolaryzowanej Polsce były obawy, że narzędzia prawne dotyczące mowy nienawiści będą wykorzystywane jednostronnie. Że będzie się ścigać za obrazę ludzi z jednego obozu politycznego, a patrzeć przez palce na praktyki innego. Akt oskarżenia lubelskiej prokuratury daje nadzieję na stosowanie obiektywnych kryteriów. Kilka nagłośnionych procesów i grzywien pomogłoby w utemperowaniu tego zjawiska. Jak w meczu piłkarskim, kiedy sędzia przy pomocy kartek – żółtej i czerwonej - dyscyplinuje piłkarzy. Liczę na mądrość wymiaru sprawiedliwości.

Czy może w tym pomóc technika? Kilka lat temu ówczesny minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski wytoczył procesy wydawcom „Wprost”, „Faktu” i „Pulsu Biznesu” za antysemickie wpisy na forach tych gazet, których padł ofiarą. Gazety zaczęły uważniej śledzić wpisy internautów i wprowadziły systemy automatycznej moderacji. Nie potrafią one jednak wyłapać wszystkich inwektyw.

Techniczne metody nie są zbyt skuteczne. Np. na stronach Facebooka można ustawić filtry. Ale inwencja ludzi nie zna granic. Zawsze brzydki wyraz można wykropkować. Rozwój sieci społecznościowych, które w zdecydowanej większości nie są anonimowe, zmniejsza obszary mowy nienawiści. Portale te pełnią rolę celebrycką, „lanserską”. Wiadomo, że jeśli ktoś chce się lansować, nie będzie anonimowy. Odchodzenie od anonimowości jest automatycznym narzędziem mitygującym jakość dyskusji. Ktoś, kto występuje pod imieniem i nazwiskiem wstrzymuje się z publikowaniem ostrych treści. Sam na siebie nakłada ograniczenia. Wzrost świadomości, że prawdziwa anonimowość w sieci nie jest możliwa, bo każdego można namierzyć, także narzuca ludziom autocenzurę. Łatwo na Facebooku zauważyć, że gdyby to była społeczność anonimowa, jatka byłaby większa.

Zamiast nazywać kogoś idiotą można oligofrenikiem lub Forrestem Gumpem polskiej polityki. To może chronić przed odpowiedzialnością, bo nie są to słowa uważane powszechnie za obraźliwe.

W pewnym sensie tak. Ale znana jest anegdota, jak przed wojną skazano kogoś za zniewagę, a użył – z zamiarem obrażenia – słowa … sufragan. Oczywiście można się uśmiechnąć, bo wiadomo, że sufragan to biskup pomocniczy. Ważna w tym procesie była intencja.

„Polityka” zacytowała przed laty kłócące się na bazarze przekupki. Jedna w desperacji powiedziała do drugiej: „Ty Reaganie!”. Było to po ataku Iraku na Kuwejt, słynnej operacji wojskowej „Pustynna burza”. Główna rolę w pokonaniu Iraku odegrały Stany Zjednoczone.

Bywają wypowiedzi eufemistyczne. Jeśli jednak kontekst jest obraźliwy, można szukać podstaw do satysfakcji prawnej. Wolałbym, aby nie ścigano tego jednak z urzędu, żeby państwo nie oceniało znaczeń semantycznych i kontekstów w komentarzach. Niech ludzie dochodzą do tego w procesach prywatnych. Ktoś, kto poczuł się obrażony, zaatakowany słownie, może złożyć pozew, niezależnie, czy chodzi o nazwanie go Reaganem czy sufraganem.

A jak skutecznie walczy się z mową nienawiści w mediach zachodnioeuropejskich?

Zdarzało mi się komentować w mediach brytyjskich, jeśli widziałem artykuł o Polsce, a wymowa jego była naiwna lub błędna. Szanujące się media nie dopuszczają anonimowych komentarzy. Trzeba być użytkownikiem zarejestrowanym, namierzalnym, pod adresem e-mail. Można się zalogować przez swoje konto na Facebooku. Takie metody stosuje się w mediach zachodnich dosyć powszechnie. Wykluczają one otwarte wejście w dyskusję i anonimowe wpisy. Ponadto, jeśli ktoś przesadza z używaniem obraźliwych wyrazów, podlega ostrej moderacji ze strony redakcji. Mowę nienawiści po prostu się wycina. Robią to programy, filtry albo ludzie, moderatorzy. Często też – i to jest kolejne narzędzie – zanim komentarz zostanie opublikowany, poddawany jest ocenie moderatora. Jest to rodzaj cenzury prewencyjnej.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl