Głównym tematem tegorocznego kongresu Europejskiej Federacji Dziennikarzy w Budvie było „Wsparcie organizacji dziennikarskich jako rzeczników wzmocnienia praw pracowniczych dziennikarzy”. Jak wygląda sytuacja europejskich dziennikarzy jako pracobiorców?
AGNIESZKA ROMASZEWSKA-GUZY: Bardzo źle. Dziennikarze praktycznie przestali być pracownikami etatowymi. W większości przypadków należą do - to teraz modne słowo – prekariatu. Pracują w oparciu o różne umowy nie przewidujące płatnych urlopów, zasiłków chorobowych itd., czyli umowy nie gwarantujące bezpieczeństwa socjalnego. Tak jest właściwie w całej Europie, a niestety w Europie środkowo - wschodniej i południowo – wschodniej jest jeszcze gorzej.
Dlaczego na wschodzie jest gorzej?
Ta zła sytuacja związana jest m.in. z przemianami na rynku mediów. Pojawieniem się Internetu, spadkiem nakładów wydań papierowych, zawirowaniami na rynku reklamy, a w konsekwencji niejasnością jak w tej sytuacji media finansować. Natomiast na wschodzie problem dodatkowo polega na tym, że media poddane były tak jak inne sfery gospodarki dzikiej prywatyzacji i często trafiały w ręce oligarchów. Z natury silna pozycja wydawcy w stosunku do dziennikarzy jest w tej części Europy jeszcze silniejsza i często przejawia się nieprzestrzeganiem i tak niedoskonałego prawa pracy, a nawet elementarnych norm współżycia. Na zachodzie tak skrajne wykorzystywanie swojej pozycji pracodawcy nawet nie przychodzi do głowy, a na wschodzie wydawcom komercyjnym przychodzi do głowy właściwie wszystko.
To znaczy?
No choćby praca bez żadnej umowy. Dziennikarzy i innych pracowników mediów zatrudnia się po prostu na czarno i płaci „pod stołem”. W związku z tym pojawia się tzw. „dżynsa”. Słowo pochodzi od jeansów. „Dżynsa” to po prostu kryptoreklama za łapówkę. To powszechne zjawisko z powodu bardzo niskich płac. Ten upadek etyki dziennikarskiej dostrzegany zresztą przez naszych kolegów oraz oligarchizacja łączy nawet dość odległe kraje regionu. Występuje na Ukrainie, ale także w Chorwacji, Macedonii czy Serbii. Państwa nie tworzą w tym względzie odpowiednich regulacji, a słabe środowiska dziennikarskie nie są w stanie stworzyć skutecznych samoregulacji.
Spora część uchwał i oświadczeń kongresu jest poświęcona właśnie sytuacji na Bałkanach i na wschodzie Europy. Czy to znaczy, że przedstawiciele tych regionów tak skutecznie lobowali, czy też dziennikarze z zachodu wreszcie odkryli problemy w tej części kontynentu?
Przedstawiciele wszystkich organizacji wchodzących w skład Federacji mają takie samo prawo głosu, a siła tego głosu zależy w największym stopniu od ich aktywności, choć także od siły organizacji mierzonej wysokością wpłacanych na Europejską Federację składek. Kongres właściwie uchwalił wszystko co zostało w terminie zgłoszone i uargumentowane. Jak widać wschód i południowy wschód Europy wykazał tu chęć zaistnienia. I bardzo dobrze. Do tego dochodził pewien element kurtuazji, bo spotkanie odbywało się w Czarnogórze. Myślę, że ścisłe kierownictwo Federacji ma już świadomość, że dziś Europa to nie tylko kraje zachodu, ale chyba dopiero sobie uświadamia jak niesłychanie różne problemy mają dziennikarze na zachodzie i na wschodzie.
Uderzyła mnie rozbudowana uchwała o problemach mediów publicznych. Mowa jest tam o wielu krajach, również o Polsce i TVP. Czy to znaczy, że mamy do czynienia z ogólnym kryzysem w europejskich mediach publicznych?
Tak, i to gigantycznym, choć oczywiście nie obejmuje on na równi wszystkich krajów. Nie wiem co powiedzieliby sami Niemcy, ale moim zdaniem w porównaniu z nami to tam żadnego kryzysu akurat nie ma. No ale oczywiście wszystko zależy od układu odniesienia. Problem występuje w większości krajów, a szczególnie w tych, w których mamy do czynienia z kryzysem ekonomicznym, np. w Grecji czy w Hiszpanii. Trzeba tu jednak przyznać uczciwie, że akurat w tych krajach media publiczne były rozrośnięte do obłędu z budżetami, o których w Polsce nawet nie marzymy. O wsparcie do Federacji Europejskiej wystąpili też dziennikarze publiczni z Izraela, którzy mają podobne problemy do naszych.
My oczywiście też w dyskusji o sytuacji w mediach publicznych wzięliśmy aktywny udział wykazując się mile widzianą na tym forum jednomyślnością. Naszą wspólną z SDRP poprawkę do uchwały uwzględniającą polskie problemy zgłosił red. Bilik. Mam poczucie bardzo daleko idącego ekumenizmu w tej kwestii (śmiech), ale myślę, że w tej sprawie warto mówić wspólnym głosem.
Może w imię ratowania mediów publicznych warto by spróbować tego ekumenizmu na gruncie krajowym?
To jak wiadomo jest dużo trudniejsze. Dwóm osobom jest łatwiej się dogadać niż większej liczbie, zresztą bez tego, żebyśmy się dogadali, nikt nie słuchałby głosu Polski. Dobrze też porozumiewamy się z dwoma związkami ukraińskimi i w ten sposób jesteśmy poważną siłą. Pół żartem a pół serio lubimy mówić, że razem mamy więcej głosów niż ma Rosja.
Skoro doszliśmy do Ukrainy to w programie konferencji była specjalna sesja poświęcona dialogowi ukraińsko-rosyjskiemu. Istnieje jakiś dialog pomiędzy ukraińskimi i rosyjskimi dziennikarzami?
Federacja i wszystkie organizacje europejskie bardzo by chciały, żeby istniał natomiast to jest… szalenie trudna sprawa. Ja mam bardzo ograniczone zaufanie do związku rosyjskiego. W Europie wschodniej organizacje dziennikarskie są przedłużeniem organizacji z czasów komunistycznych. One w niektórych krajach się odnowiły, a w niektórych niespecjalnie. (Śmiech.) Rosja należy do tych krajów, w których właśnie „niespecjalnie”. W czasach pierestrojki rosyjski związek ulegał pewnej samonaprawie, ale w tej chwili na skutek znowu zwiększonej kontroli państwa nad wszystkim koledzy w tym związku znajdują się pod ścisłą kontrolą.
Czyli dialog rosyjsko – ukraiński jest oczekiwany przez Federację, ale w rzeczywistości na tej linii trwają „ciche dni”.
Coś takiego. Federacja namawia do dialogu i spotkań no to Ukraińcy, choć z oporami, ale się spotykają. Problem polega na tym, że Ukraińcy nie mają pretensji do rosyjskich delegatów tylko do systemu, który za nimi stoi. Chętnie by porozmawiali o wprowadzeniu jakiejś formy ostracyzmu rosyjskiego środowiska dziennikarskiego wobec najzagorzalszych kremlowskich propagandzistów, ale to jest nieprawdopodobne. Poza tym problemem jest fakt, że Narodnyj Sajuz Żurnalistów Ukrainy miał swoje odziały na Krymie, które zostały przejęte przez organizację rosyjską. W niektórych sprawach, np. uwięzionych dziennikarzy Rosjanie próbują interweniować i to oczywiście zawsze coś, ale zbyt wiele jest punktów zapalnych, by prowadzić normalny dialog.
Według mnie lepiej by było rozmawiać z przedstawicielami niezależnych rosyjskich dziennikarzy, ale tu jest problem, bo oni nie są zrzeszeni w jedynym związku należącym do Federacji.
Wracając do hasła kongresu: „Wsparcie organizacji dziennikarskich jako rzeczników wzmocnienia praw pracowniczych dziennikarzy”. Kto miałby te organizacje wspierać?
No sami dziennikarze, bo nikt inny tego za nas nie zrobi. Niestety nasz region cechuje niechęć do zrzeszania się. Zupełnie jakby nawet w 25 lat po upadku komunizmu nachalne wtedy zmuszanie ludzi do zrzeszania się ciągle owocowało niechęcią do takiej aktywności. Sytuacja dziennikarzy jest więc zła, a pieczętuje ją niechęć do samoorganizowania się.
Dobrze by było gdyby polskie stowarzyszenia dziennikarskie przygotowały np. wzorcowe umowy cywilnoprawne, zawierające pewne zabezpieczenia dla dziennikarzy, których dziennikarze mogliby się domagać, bojkotując różne inne, „śmieciowe” propozycje. Niestety to wymagałoby spełnienia kilku warunków. Po pierwsze SDP musiałoby zając się tak „przyziemną” sprawą jak umowy o pracę. Po drugie konieczne byłoby porozumienie w tej sprawie z innymi organizacjami i wreszcie niezbędna byłaby solidarność dziennikarzy. Niestety część z nas takiej potrzeby nie odczuwa, a inni z nas przyciśnięci do muru podpisują co im pracodawca zaproponuje. Dość łatwo wpaść na pomysł co trzeba zrobić, ale dość trudno wymyślić jak to realnie wprowadzić w życie.
