Siła marzeń może być większa od rozsądku?

Na pewno może być i tak było w przypadku braci Ejsmontów. Marzenia się spełniają, ale czasami trzeba za nie zapłacić ogromną cenę.

Piotr i Mieczysław Ejsmontowie zaginęli w 1969 roku na Przylądku Horn. Płynęli dookoła świat na jachcie „Polonia”. Przywrócił ich Pan pamięci zbiorowej na antenie Radia Olsztyn.

Cieszę się, jeśli mogę przywracać zapomniane nazwiska lub wydarzenia. Taki cel sobie stawiam. Ten reportaż jest szczególny, bo nazwisko Ejsmontów od lat próbuję utrwalić w świadomości nie tylko żeglarzy i mieszkańców Warmii i Mazur, ale - jeśli się uda - to i kraju.

Reportaż o niezwykłych przygodach, determinacji i pasji wolnych, legendarnych żeglarzy z Mazur realizował Pan - z przerwami - od
kilkunastu lat.

Przesadą byłoby stwierdzenie, że pracowałem nad nim od tylu lat. Ale rzeczywiście pierwsze nagrania powstały w latach 90. Włożyłem w tę historię dużo wysiłku i zaangażowania. Telefonowałem nawet do Pragi, gdzie z Monachium przeniesiono siedzibę Radia Wolna Europa.

Żeby zdobyć nagrania? O rejsie Ejsmontów z dumą informowały tylko Radio Wolna Europa i Głos Ameryki, bo bracia, aby realizować marzenia, zbiegli z Polski. W Danii przyjęli azyl.

Przeżyłem szok, bo okazało się, że te nagrania zarchiwizowane były w Warszawie. Mówiło się o nich, wielu je słyszało, ale nie wiedziałem jak je odnaleźć. Udało się i wreszcie po raz pierwszy także ja usłyszałem głos braci Ejsmontów. Czuło się, że niektóre kwestie odczytują z kartki, z tremą, trochę nieudolnie, ale z mediami nie byli oswojeni. To było na kilka miesięcy przed tym, jak wyruszyli w swą ostatnią, tragiczną podróż. Pierwszy reportaż wyemitowałem kilkanaście lat temu, a po upływie kolejnych lat dostałem telefon od siostry braci, Wandy Śmiechowicz.

Ze swym mężem Jerzym mieszkają w Kanadzie.

Ale przylatują na Regaty „Memoriał Braci Ejsmontów” w Węgorzewie. Zaprzyjaźniliśmy się. Nagrałem z nimi rozmowę, ale przez ponad rok nie wiedziałem, co z tym zrobić. Naraz olśnienie: trzeba to połączyć z reportażem sprzed kilkunastu lat, uzupełnić, zaktualizować. Ostatni reportaż jest efektem tej, rozłożonej na kilkanaście lat, pracy.

Pana bohaterowie chcieli żeglować, rozsławiać polską banderę na świecie. Kochali wodę i wiatr. Ich marzenia nie znały granicy „żelaznej kurtyny”, a przecież w tych czasach Polacy nie trzymali paszportów w szufladach.

Myślę, że doskonale wiedzieli, jak znaczącą granicę - wyznaczoną przez przywódców największych mocarstw - przekraczają, ale chcieli udowodnić, że nie może ona stanowić ograniczeń dla marzeń. I mimo ucieczki, nielegalnego przekroczenia granicy, byli autentycznymi patriotami. Czuli się Polakami, co w każdym porcie podkreślali, płynęli na jachcie „Polonia”, wymyślili nawet własną banderę „wolnych polskich żeglarzy”. A ówczesna Polska na swój sposób ich ukarała. Takie były tragiczne realia dla marzycieli, jak bracia Ejsmontowie.

Pana reportaże, uhonorowane nagrodą Kałamarza przez olsztyński oddział SDP, pozornie są odmienne. Ale dwa z nich mają wspólny mianownik. Machina komunizmu próbowała zniszczyć nie tylko marzenia braci Ejsmontów, ale także złamać wiarę i siłę ducha kolejnego bohatera, niepokornego kleryka, którego wcielono do wojska w Bartoszycach. Znęcano się nad nim psychicznie i fizycznie, ale nie złamano go. Był nim święty: Jerzy Popiełuszko.

Jest związek w przechodzeniu od szczegółu do ogółu, od postaci do otaczającej ją bezwzględnej rzeczywistości. W I Programie Polskiego Radia wyemitowano właśnie kolejną moją audycję o ofierze systemu - Danucie Siedzikównie „Ince”. Kilka takich postaci, w tym żołnierzy wyklętych, raz w miesiącu przybliżam w realizowanym na antenie Polskiego Radia Olsztyn cyklu „Kronikarz warmińskomazurski”. Wątki regionalne przeplatają się z losami ludzi.

Co Pan najbardziej podziwiał, opisując bartoszyckie losy ks. Jerzego czy historię braci Ejsmontów?

Poczucie patriotyzmu, polskości. Niezależnie od tego, czy realizowali powołanie czy marzenia, wspólnym mianownikiem była dla nich Polska. We mnie także siedzi to bardzo głęboko. Gdyby nie podziw, fascynacja dokonaniami tych bohaterów, nie byłoby tych reportaży.

A czego Pan się od nich nauczył?

Wytrwałości i hartu ducha.

Nie dziwi więc, że realizował Pan te reportaże przez lata, nanizywał na nitkę kolejne fakty. Determinacja.

No tak. Przez lata udało się te materiały rozbudować i pogłębić tylko dlatego, że byli to ludzie niezwykli. Ich postaci tak głęboko tkwiły w mojej świadomości, że nie udało mi się o nich zapomnieć.

Największe przeszkody przy realizacji?

Te reportaże, proszę mi uwierzyć, rodziły się bez bólu. Ksiądz Jerzy gdzieś z góry tym kierował. Rzadko się to zdarza, ale w tych przypadkach łatwo zebrałem dokumentację, a do rozmówców dotarłem bez kłopotu. Wszyscy mieli dla mnie czas, jakby czekali, żeby ktoś wreszcie do nich zadzwonił i zapytał. Jednego dnia zrobiłem niemal wszystkie nagrania. Mimo ogromu materiału opowieści zgrabnie się układały.

Zaprzyjaźnia się Pan ze swymi rozmówcami?

Żaden reportaż nie powstałby bez złamania bariery nieufności. Zyskuję ich zaufanie.

I nie traci Pan dystansu?

Udaje się zachować, choć często jestem po imieniu z bohaterami. Zdarzyło mi się być po imieniu nawet z przestępcami.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl