„Chory też jest człowiekiem. Takie same ma pragnienia. Chce żyć, jak każdy” – mówi 28-letnia twardzielka Basia Matusiak, od urodzenia przykuta do wózka z powodu porażenia mózgowego. Skąd czerpie energię?

Za każdym razem stawiam sobie to pytanie, kiedy spotykam osobę niepełnosprawną, która ma wiele do zrobienia, chęci i zapał - mimo, że znajduje się najczęściej w sytuacji krytycznej życiowo, społecznie i finansowo. Ale to jest pytanie retoryczne. W przypadku Basi Matusiak sprawa jest równie prosta: chce normalnie żyć. Ma marzenia i pragnie je realizować, jak każdy człowiek.

Nie wystarczy mieć marzenia i chęci. Wielu sprawnych ludzi na tym poprzestaje. Tymczasem ona nie zapada się w bolesnym cierpieniu, ale rozsadza rzeczywistość! Jako dziewczynka grała w klasy, skakała na skakance i tańczyła. Jak gra się w klasy na wózku?

Zdaniem Basi całkiem dobrze. Zajmuję się tematyką niepełnosprawnych od kilkunastu lat. Spotkałem na swojej reporterskiej drodze wiele takich osób. Coś mnie do nich ciągnie. Co? Wrażliwość na otaczający ich świat i bezkompromisowość w stosunku do życia i prawdy o nim. Nie ulegają modom, które zawładnęły społeczeństwem, nadmiernemu konsumpcjonizmowi. Nie poddają się układom. Muszą funkcjonować normalnie, jak ci, którzy nie mają problemów z chodzeniem, z psychiką i wszystkich innych problemów, które dla normalnych ludzi nie istnieją. Wśród tych ostatnich mało kto zadaje sobie pytanie, jak żyje się  na wózku.

Jaki ma Pan do swych bohaterów klucz? Otwiera Pan ich tym samym rodzajem wrażliwości?

Bardzo możliwe, że tak jest. Każda z tych osób jest inna, ale łączy je motywacja, aby komuś coś przekazać. I chcą to zamanifestować, żeby poczuć się lepiej, a także pokazać, że tak można. Czasem po prostu szukają wsparcia i mówienie o tym, jak sobie radzą w życiu wyzwala dobre dla nich fluidy i generuje tak konieczną pomoc. Wiadomo, że często zbierają na operacje czy rehabilitację, bo nie mają dostatecznego wsparcia ze strony państwa. Taka szczerość im pomaga.

Wobec wszystkich bohaterów swoich reportaży stosuję tę samą zasadę: staram się nawiązać kontakt i na skróty dotrzeć do ich wnętrza, ale za obopólną zgodą. Jeśli połączy nas empatia, jest łatwiej. Znika wiele barier. Tak na co dzień nie jest możliwe, aby podejść do kogoś obcego na dworcu, w tramwaju czy autobusie i spytać: dlaczego siedzisz na wózku?

Nie ma Pan poczucia, jakby każdy z nich od dawna czekał na Pana, chciał eksplodować, podzielić się swoją historią?

Ma pan rację. Często tak jest, a ja z tego skrzętnie korzystam. Nie tylko po to, żeby przekazać prawdę i emocje moim słuchaczom, ale i dla siebie. Ja się tym żywię. Karmię się uczuciami.

Czego nauczył się Pan od Basi Matusiak?

Że trzeba mieć i spełniać marzenia. Ten reportaż został przez jury uznany za godny uwagi, wcześniej wzbudził też wielki entuzjazm słuchaczy. To są jednak dwa odmienne rodzaje odbioru. Fachowiec zwraca uwagę na temat i warsztat, słuchacz na temat i emocje. I albo go ten temat zainteresuje, albo po trzech minutach wyłączy radio. Basia może nauczyć wiele każdego dzięki swej bezkompromisowości. Jej historia jest dziwna, bo przez całe życie była wspierana przez rodzinę: mamę, ojca, siostrę, brata. Wiele razem przeszli: rozczarowania, operacje, rehabilitacje. Pewnego razu poprosiła mamę o nóż, chciała sobie odebrać życie. Cudem było, że w końcu po latach usiadła na wózku - wedle wszelkich diagnoz miała już tylko leżeć. Ale cały czas chciała więcej. Postanowiła znaleźć pracę. No, jak to, pytali ją wtedy, chcesz pracować? Nie ruszasz nogami, ledwie masz czucie w dłoniach. Ale Basia się zbuntowała. Wiedziała, że ma przecież głowę, kreatywność, marzenia i siłę wewnętrzną. Może znaleźć pracę, do której rąk i nóg nie potrzeba używać. Udało się. Zaraz potem pojawił się kolejny dramat: nieudany związek. Chłopak zrezygnował z ich kontaktów. Nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie pójdą na spacer…

Nie udźwignął ciężaru i poprosił, żeby pozwoliła mu odejść. Basia znowu chciała odebrać sobie życie, otruć się tabletkami.

Ale wtedy obudziła się w niej matka. Zapragnęła mieć dziecko. Czuła organicznie, że na niczym innym jej tak bardzo nie zależy. W nowym związku znalazła miłość i akceptację swoich planów. I wtedy zaczęła się jazda, ostry sprzeciw rodziny. Nie dlatego, że jej nie kochali, chcieli dla niej jak najlepiej. Myśleli jednak tak: co może dać dziecku dziewczyna, która sama potrzebuje pomocy. Ale i marzenie Basi o macierzyństwie się spełniło.

Nie odsłaniajmy wszystkich tajemnic je losu. Niechaj czytelnicy wysłuchają reportażu. Jest Pan łowcą nagród, Panie Czarku?

Rzeczywiście uzbierało się tych nagród ponad pięćdziesiąt, ale jest to dla mnie pytanie niewygodne. Zabrzmi, jak kokieteria, ale tak nie jest. Naprawdę. Wszystkie nagrody pojawiły się przy okazji. Reportaże zrealizowałem dla Radia Zachód, mojej rozgłośni radia publicznego, w której pracuje od lat, ale żaden nie powstał na konkurs! Różnie bywa: albo dostaję nagrodę, albo nie.

Motywują Pana nagrody?

Jeśli ktoś powie, że go nie motywują, nie dają satysfakcji, to skłamie.

http://www.zachod.pl/radio-zachod/audycje/lubuska-szkola-reportazu/premiera-twardzielka-reportaz-cezarego-galka/

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl