Głód. Jakie to jest uczucie Pani Kasiu?
Trudno sobie wyobrazić, bo ja go nie zaznałam, poza głodem codziennym, nie zasługującym na to miano. Ale po tym, co usłyszałam wydaje mi się, że jest to psychofizyczny stan organizmu, który zawłaszcza nas całych i zdaje się nie dopuszcza żadnej innej myśli, pragnień. To jest stan, który obezwładnia. Z tym mi się kojarzy.
Dlatego przez lata służył wymuszaniu zeznań, posłuszeństwa, zadawania cierpień, bólu więźniom czy zesłańcom.
To takie proste. Nie trzeba nawet realnej, dotykalnej przemocy, tortur czy groźby. Wystarczy zapędzić ludzi w nieludzkie warunki, żeby ich psychicznie łamać. Nie do końca się to udaje, bo są ludzie wielkiego ducha, odwagi i determinacji, żeby nie ulec. W obliczu głodu chyba tylko nieliczni potrafią ocalić w sobie człowieczeństwo.
Henryka Paśnik, bohaterka Pani reportażu od prawie siedemdziesięciu lat nie może zasnąć, jeśli w domu nie ma chleba. Czego się boi?
To jest taki odruch, coś głęboko tkwiącego w podświadomości. Słyszałam to samo od wielu osób, które przeszły gehennę zesłania lub obozu koncentracyjnego. To jest lęk przed tym, aby znowu nie znaleźć się w skrajnej sytuacji. To jest dla mnie irracjonalne, zapisane w najgłębszych pokładach podświadomości. Rodzaj instynktu.
Wyryta w psychice trauma.
Na pewno. Myślę, że głód jest pierwszy, ale to ewokuje, niesie za sobą doświadczenie strachu, lęku. Wtłoczenie w sytuację zagrożenia, bólu, lęku, głodu odbyło się, jak w przypadku mojej bohaterki, z dnia na dzień. To jest trauma, coś fizycznie odczuwalnego, ale niosącego także za sobą cały wachlarz odczuć psychicznych, które powracały. Henia była głodna, ale też w zagrożeniu, w chorobie, w lęku o najbliższych.
Reportaż „Światło na stepie” jest opowieścią o Henryce Paśnik wyrzuconej w 1940 roku z domu na Wołyniu przez Sowietów i wywiezionej z rodziną najpierw na Sybir, potem na kazachskie stepy. Tę historię spinają trzy ważne obietnice.
Dla mnie były one w tej opowieści najważniejsze, bo przetrwały pokolenia i dla nich zajęłam się tą historią. To mnie najbardziej zafrapowało. W Redakcji Reportażu w Lubelskiej Rozgłośni Polskiego Radia tworzymy wnikliwe, pogłębione dokumenty. Temat zesłania na nieludzką ziemię nie był dla mnie nowy. Powiem nawet, że sama nie lgnę do takich tematów, bo wydaje mi się, że niewiele mogę do nich nowego wnieść.
Łatwo o wrażenie, że po setkach książek – jak „Archipelag Gułag” Sołżenicyna czy „Na nieludzkiej ziemi” Czapskiego – niemal wszystko zostało już powiedziane.
Tymczasem okazało się, że ta historia nie skończyła się wraz z powrotem Heni z zesłania. Jej trauma, niepokój, że obietnice nie zostały spełnione, przelało się na młode pokolenie. Na jej córkę i wnuka, księdza Arkadiusza Paśnika, który postanowił domknąć historię rodzinną. Sam potrzebował dowiedzieć się prawdy o sobie, o swojej tożsamości. Dla mnie najważniejsze było i to, że wojny - w sferze emocji - nigdy się nie kończą. Jeśli w rodzinie jest bliskość i wzajemne zainteresowanie, to przechodzi na kolejne pokolenia. Ale my młodzi nie potrafimy często sobie poradzić i wykorzystać czegoś tak niezwykłego, jak uczynił to z historii swojej babci ks. Arek Paśnik. Wyruszył w drogę zesłanych, aby dotknąć tej rzeczywistości, przeżyć ją. Wybrał pociąg, żeby wczuć się w sytuację babci. Współczesny wymiar historii sprzed 70-80 lat oddziałuje na los człowieka, który żyje tu i teraz w świecie komórek i nowych mediów, innych wartości. Można tę historię domknąć i dostrzec, że na końcu jest światło. Bo dla mnie jest to też opowieść o zwycięstwie życia.
Życia i miłości. Bo tego dotyczą wspomniane obietnice.
Pierwszą obietnicę składa Henia na grobie ojca legionisty tuż przed wyjazdem z Kazachstanu w 1946 roku: „Tato, przyjadę wcześniej czy później i cię stąd zabiorę. Żebyś nie leżał w tej obcej ziemi”. Drugą, poznany na zesłaniu jej mąż Grisza, Ormianin z Erywania, który nie mógł wyjechać do Polski, bo przyjął sowieckie obywatelstwo. Ale obiecuje Heni, była wtedy w siódmym miesiącu ciąży, że odnajdzie ją „na końcu świata”.
Po 67 latach ks. Arkadiusz Paśnik - który czuje się powiernikiem dwóch pierwszych obietnic - chce z babci zdjąć ich ciężar, ból, cierpienie. I składa trzecią obietnicę, że tam pojedzie. Siła wielkich uczuć wystarczy do spełnienia tak ważnych obietnic?
Zastanawiam się, czy siła uczucia wystarczy. Czy nie musi się jeszcze wydarzyć coś na zewnątrz. W komunistycznej Polsce wywózki były przez lata przemilczane, ale nawet przywoływanie ich spotykało się z represjami. Henryka Paśnik przed swoją rodziną milczała o tym pół wieku! Bała się opowiadać. Dopiero w ubiegłym roku wylała się z niej ta opowieść. Wraz z wnukiem wydała książkę „Obietnica”.
W książce, ale i w Pani reportażu, opisana jest scena, jak na zesłaniu zmarła córka wdowy po pułkowniku Kaweckim. „Matka z rozpaczy wsadziła ją do dużego czarnego kotła i zaczęła palić” – opowiada Henryka Paśnik. Myślała, że ogrzeje córkę i ona ożyje. Tymczasem poczuła swąd skóry, kości i „zaczęła ją jeść z głodu”. Weryfikowała Pani wspomnienia swej bohaterki?
Książka jest dokumentem. Henia opowiada tam, że Kazach wszedł do jej ziemianki i zwołał innych, aby zobaczyli, co dzieje się u Kaweckiej. Dla mnie jest to dowód, że byli świadkowie tego wydarzenia. Myślę, że śmierć córki mogła doprowadzić panią Kawecką do obłędu. Zresztą zmarła trzy dni po córce. W książce jest wstrząsający opis, jak polscy zesłańcy wielokrotnie ją chowali, gdyż nocami hieny wygrzebywały ciało. Nie sądzę, aby była to imaginacja.
Ale jest to scena z pogranicza jawy i snu. Dotychczas w literaturze naukowej i pamiętnikach zesłańców nie wspominano o kanibalizmie. Historyk i sowietolog prof. Marian Wilk uważa to za mało prawdopodobne.
W książce „Obietnica” jest wiele dokumentów uwiarygadniających pamiętnik Heni.
Nie korciło Panią, jako reporterki, aby wyjechać na kazachski step śladem swej bohaterki? Tylko proszę nie używać argumentów finansowych.
Nie (śmiech), bo dla reportera z krwi i kości nigdy nie jest to przeszkodą. Albo chcemy o czymś opowiedzieć, czegoś doświadczyć, albo nie. Żałowałam, że wcześniej, przed wydaniem książki, nie znałam tej historii. Z pewnością towarzyszyłabym ks. Arkowi w jego podróży. Najbardziej zafascynowało mnie, co mogłabym jeszcze nowego wydobyć z tej historii, czego nie było w książce. Jak przełożyć ją na język radia. Jak otworzyć bohaterów.
Jak?
Miałam wielkie szczęście: bohaterowie byli ukształtowani, gotowi do opowieści. Wszystko mieli przemyślane. Mówili obrazami, sekwencjami. Chociaż napisali książkę i opowiadali to dziesiątki razy, nadal mówili z ogromnym ładunkiem emocji. Wielokrotnie w tej opowieści słychać pociąg. Nie jest to wyłącznie ilustracja dźwiękowa, lecz metafora, symbol przemieszczania się w przestrzeni i w czasie. Dzisiaj słuchacz jest niecierpliwy, więc wymyśliłam, że będzie to tak, jak w pociągu. Zwykle, podróżując pociągiem, patrzymy w okno na monotonnie mijane krajobrazy, miejscowości, ludzi. Kontemplujemy. I nagle na stacji zaczyna się ruch. Jedni wchodzą, inni wychodzą. W moim reportażu jest podobnie. Od sceny wyrwania przez Sowietów Heni i jej bliskich z domu rodzinnego. Ks. Arek z babcią wchodzą sobie w słowo. Poprzez „krótki” montaż pokazałam dynamikę tego wydarzenia. Potem jest jazda pociągiem i uspokojenie aż do kolejnego zwrotu akcji. Miałam pomysł, aby w konstrukcji, dramaturgii zawrzeć rytm, drogę i czas, który upłynął. Tak przekładałam tę opowieść na język radia. No i chciałam też na tyle otworzyć bohaterów, żeby słuchacz poczuł się z nimi bardzo blisko. Aby pomyślał, że tylko dla niego ta historia jest opowiadana. Wierzę w siłę zapomnianego, zepchniętego na margines medium, jakim jest radio. W siłę opowieści bez obrazu, bo one budują nastrój intymności, bliskość między słuchającym a opowiadającym.
