O młodych, wykształconych i z wielkich ośrodków z Jerzym A. Krakowskim, autorem książki „Lemingi” rozmawia Piotr Legutko
Skąd się wziął pomysł „Młodych, wykształconych i z wielkich ośrodków”, w skrócie zwanych MWizWO?
Fanpejdż na Facebooku urodził się w styczniu 2011 roku. To był czas bardzo żywych posmoleńskich emocji. Wtedy właśnie dużą karierę zrobiło określenie „młodzi, wykształceni spod krzyża”.
Dodajmy, że chodzi o ludzi mało oczytanych i bynajmniej pod tym krzyżem na Krakowskim Przedmieściu się nie modlących...
Bynajmniej. Ale chodziło też o inne walory tej zbiorowości. Pamiętam taką wypowiedź chłopaka, który w jakiejś sondzie robionej na warszawskiej ulicy powiedział, że podwyżka podatku VAT to jedyny ratunek dla budżetu państwa. Fanpejdż miał być galerią „młodych, wykształconych” opowiadających podobne rzeczy. Jednak szybko okazało się, że poszło to w zupełnie inną stronę, i najwidoczniej dobrze, że tak się stało.
Pracuje pan oczywiście w korpo?
Nie spotkało mnie to szczęście. Jestem z wykształcenia politologiem, w firmie w której pracuję odpowiadam za pijar.
To skąd ta wiedza „insajderska”, która zrobiła z pana naczelnego lemingologa kraju?
To raczej kwestia pewnego oglądu rzeczywistości. Osadzenie akcji fanpejdża i książki akurat w korpo to tylko pewien zabieg, konwencja. Chodziło mi o pokazanie pewnych typów ludzkich, korpo wydało mi się do tego interesującym tłem. Nie jest zresztą ostatecznie rozstrzygnięte, czy moi bohaterowie pracują faktycznie w korpo, czy jest to tylko małe call-center, jakaś firemka aspirująca do bycia korpo. No i pamiętajmy, że jest to karykatura. Nie roszczę sobie pretensji do odwzorowania rzeczywistości.
Na ile slang, w którym wyrażają te aspiracje to autentyk, a na ile pana zabawy językowe? Jest taka opinia, że wąsate Janusze z Podkarpacia, frendziary etc to pana autorski wkład we współczesną polszczyznę.
Na pewno sporo jest moich pomysłów, ale język, zwłaszcza slangowy, jest bardzo żywy. Wiele zwrotów gdzieś zasłyszałem, niektóre podrzucali internauci. Czasem bardzo trudno jest stwierdzić, kto czego użył jako pierwszy. Na przykład kiedyś wymyśliłem słowo Kaczafi i byłem z tego szalenie dumny. A potem okazało się, że już wcześniej ono funkcjonowało w sieci.
Fanpejdż ma tę przewagę nad tradycyjnym, jednostronnym przekazem, że wiele pomysłów powstaje w interakcji z Czytelnikiem. Czy raczej współautorem?
Fanem, który bywa też współautorem. To jest po prostu społeczność. I rzeczywiście, tekst tworzy tu integralną całość z komentarzami, wpisami, podpowiedziami, które stanowią bardzo dużą wartość dodaną. A im tego więcej, tym tekst jest lepszy. Inwencja fanów jest niesamowita i nie raz przychodzi mi żałować, że to nie ja wymyśliłem taki, a nie inny zwrot. Nieprzypadkowo każdy wpis zaczyna się od słowa „kochani”.
Dużo pojawia się także w sieci naśladowców MWiZWO.
Rzeczywiście, tak zwanych zżynek jest sporo. Można się tylko cieszyć, bo naśladownictwo jest jak wiadomo najwyższą formą podziwu. Ostatnio po wyborze na burmistrza Wadowic zadeklarowanego ateisty pojawił się fanpejdż „młodych i wykształconych”, którzy mieliby się cieszyć z tego wyboru. Szybko jednak zniknął. Wiem, że gdzieś na Facebooku istnieje jeszcze kilka podobnych.
Modne zrobiły się ostatnio żarty z lemingów, słoików, ludzi z awansu społecznego. Tytuł „Lemingi” nosi też pierwsza książka firmowana przez MWizWO.
Daleki jestem od wyśmiewania samego w sobie awansu społecznego, bo pochodzę z małego miasta na prowincji i przyjechałem na studia do Krakowa dziesięć lat temu. To raczej kwestia mentalności ludzi, którzy uważają się za lepszych, z bliżej nieznanych powodów. Zresztą nie sądzę, aby zmiana adresu miała świadczyć o awansie. Rodzi się więc pytanie: co za ten awans można uznać? Możliwość życia z kredytem mieszkaniowym w większym ośrodku i pracę w, dajmy na to, jakimś korpo? Naprawdę nie sądzę.
Często poczucie tego awansu sprowadza się do jakichś namiastek: jadania sushi, picia kawy w „starbuniu”, czytania „Newsweeka” i oglądania TVN.
Zasadne jest pytanie, czy ich to rzeczywiście kręci, czy raczej uważają, że powinno to ich kręcić. A może bardzo chcą, żeby ich to kręciło, mimo że w ogóle nie kręci. Ja sam byłem raz w życiu na sushi i raczej więcej nie pójdę. W porządku, ludzie mają różne gusta i smaki, chodzi o to, by właśnie tym się kierowali, a nie rozpaczliwą potrzebą lansu. Umówmy się jednak, że postacie z mojej książki są mocno przerysowane.
Ale leming jako taki jest postacią autentyczną.
Oczywiście, ale moich znajomych lemingów nie określa język czy styl życia, ale raczej poglądy polityczno-społeczne.
Stworzył pan też postać Nowego z Tarnowa, który działa na korpokolektyw jak płachta na byka, bo ma tradycyjne poglądy i woli kiełbasę od sushi. Czy pan się z nim w jakiejś części identyfikuje?
Nie powiedziałbym, żebym się z kimkolwiek z moich bohaterów przesadnie identyfikował. Do Nowego z Tarnowa czuję sympatię…
…ale nie jada pan kiełbasy „zagryzając cebulo”.
Przynajmniej staram się tego nie robić w pracy. To od początku miał być fanpejdż satyryczny, taki sam cel przyświecał książce, która się właśnie ukazała, choć jeszcze rok temu w ogóle nie myślałem, że „młodzi wykształceni” pojawią się w takiej formie.
Sława za progiem, a pan cały czas chce pozostać postacią anonimową. Jerzy A. Krakowski to przecież też pseudonim. Skromność to czy konwencja?
Mówienie o własnej skromności byłoby przejawem nieskromności. Po prostu sprawdziło się przez te lata skupianie uwagi nie na twórcy, a produkcie i nadal chcę się tego trzymać.
Ma pan świadomość, że fanpejdż choć satyryczny, jest też opiniotwórczy. Wpływa na zachowania i wybory młodych ludzi ośmieszając wielka pracę wychowawczo-oświatową wykonywaną przez Gazetę Wyborczą, TVN czy Newsweek.
Trudno mi to w tych kategoriach oceniać. Na pewno zasięgi wymienionych przez pana mediów i tego co ja robię są nieporównywalne. Fanpejdż ma ok 36 tysięcy odbiorców, jest jeszcze rubryka w tygodniku „Do Rzeczy”, dokąd trafiłem za sprawą Andrzeja Horubały. Po prostu na szerszą skalę nie wiem, jaka jest siła oddziaływania MWizWO, które ośmiesza promowane przez mainstream postawy. Jeśli rzeczywiście udaje się je skutecznie wykpić, to mogę się tylko cieszyć. W końcu taki jest cel całej zabawy.
Skąd pomysł by bohaterem był podmiot zbiorowy?
Taka konwencja najlepiej oddaje obowiązujący kolektywizm w myśleniu. A odwołania do socjalistycznych wzorców nie są przypadkowe, boć to kolektyw postępowy, czyli lewicowy. Indywidualny byt, czyli dość samotny w tym środowisku Nowy z Tarnowa, to prawica i katofaszyzm.
A tak serio jak by pan siebie zdefiniował?
Jako konserwatystę. W tym słowie całkowicie się odnajduję, łącznie z całym wolnorynkowym dobrodziejstwem inwentarza. Wiadomo, że konserwatysta w Polsce łatwego życia nie ma…
Chyba, że grasuje w sieci, która jest dziś naturalnym środowiskiem dla takich poglądów.
Dominuje pogląd, że prawica jest siermiężna i nie idzie z duchem czasu, tymczasem prawda jest inna. Młoda prawica rzeczywiście wzięła Internet szturmem i dominuje na Facebooku. MWiZWO to społeczność licząca kilkadziesiąt tysięcy fanów, ale przecież to tylko jedna z wielu o podobnym profilu. To zresztą nie jest jedynie kwestia statystyk. Można oczywiście spierać się, że poczucie humoru to kwestia indywidualna, ale generalnie prawica przejawia w tych swoich projektach dużo więcej finezji i polotu niż ideowa konkurencja. Na przykład antyklerykalne fanpejdże są dziś przygnębiająco prymitywne. Dominuje walenie cepem po tradycyjnych wartościach.
Z kolei u pana najbardziej podobają mi się zabawy językowe, będące satyrą na panoszący się, zwłaszcza w sieci, slang typu „globisz”. Może warto już wydać jego słownik?
Nie myślałem o tym, ale pomysł jest w istocie swojej ciekawy. Mój fanpejdż to nie tylko satyra na „globisz”, odwołuję się wprost do klasycznej Orwellowskiej nowomowy. Zauważmy, że na MWiZWO nie ma na przykład homoseksualistów, są „osoby nieheteronormatywne”. Niczego nie mówi się wprost i nie nazywa rzeczy po imieniu, by przypadkiem kogoś nie urazić. A w dodatku takie słowne zabiegi rozmywają pierwotny sens pojęć.
Pana książka jest wręcz oazą poprawności politycznej i młotem na nietolerancję. Pracownicy korpo ubolewają na przykład nad faktem, że papież koniecznie musi być katolikiem. I że nie został nim jakiś „trendziarski lewicowy intelektualista”.
Rzeczywiście jest tam osobny fragment poświęcony całemu dyskursowi wokół papieża Franciszka, a zwłaszcza oczekiwaniom jakie wobec niego ma postępowy świat. Korpokolektywowi marzy się, aby wszyscy ludzie na całym świecie mogli przegłosować zmiany w Biblii, dostosować ją do obecnych trendów, zlikwidować wreszcie celibat, który jak powszechnie wiadomo prowadzi do pedofilii i sprawić, aby Kościół był demokratyczny.
Bo przecież – tu zacytuję – „Kościół nie może być zamknięty jak podkarpackie ciężkie drzwi od stodoły”.
Śmieszy mnie demonizowanie zagrożeń ekspansją Kościoła we współczesnej Polsce. Uważam cały ten antyklerykalizm za nadużycie wobec rzeczywistości i stwarzanie sobie wygodnego do bicia przeciwnika. Chcę jednak podkreślić, że ani na fanpejdżu, ani w książce nie przekraczam pewnej granicy i w sposób satyryczny staram się nie podejmować kwestii związanych np. z zabijaniem dzieci nienarodzonych. Jako człowiek wierzący nie chcę tego robić. Jeśli temat aborcji się pojawia, to raczej – znowu – jako obśmianie eufemizmów używanych przez lewą stronę, np. „prawa do wyboru”.
Książki jeszcze w księgarniach nie było, a już zyskała miano bestsellera. „Kochani, jesteśmy peeselem” – pochwalił się pan na swoim fanpejdżu.
Rzeczywiście, pojawił się taki ranking w jednej z internetowych księgarni, na dodatek w kategorii książki popularno-naukowe. Na dwóch pierwszych miejscach „Młodzi, wykształceni…”, potem Stephen Hawking. Jak to się stało, nie mam pojęcia. Faktycznie, „jesteśmy peeselem”.
