„Wszyscy o wszystkim mało wiemy” – przypominacie maksymę Ryszarda Kapuścińskiego w pierwszym zdaniu internetowej informacji o Instytucie i działającej w nim Polskiej Szkole Reportażu. We Wrzeniu Świata, klubo-kawiarni Instytutu, na półkach bezlik książek reporterskich o świecie i Polsce… a mimo to „mało wiemy”?
W pewnym sensie każdy kolejny reportaż jest dowodem na to, jak dużo nie wiemy. Bo reportaż bierze się z niewiedzy, z niezrozumienia. Jeśli reporter wie wszystko na dany temat, to powinien sobie odpuścić, albo przerzucić się na publicystykę. Niewiedza jest przyczyną konfliktów między pojedynczymi ludźmi i całymi narodami, jest źródłem krzywdy, bo jeżeli nie rozumiemy, to myślimy stereotypami. Bez wiedzy nie potrafimy poruszać się w świecie i boimy się obcych, boimy się, jak powiedziałby Kapuściński, Innego. Jesteśmy ślepi, głusi, natomiast literatura non-fiction daje nam dodatkowy zmysł.
A fikcja literacka, literatura piękna, nie daje? Inne sztuki nie rozszerzają naszej wiedzy o człowieku i świecie?
Jasne, że rozszerzają, bo czerpią z życia; inspirują się rzeczywistością. Cała sztuka żeruje na rzeczywistości, przetwarza ją. Jednak wybraliśmy reportaż, bo na nim się znamy, a jest on szczególnym gatunkiem w literaturze polskiej i przecież wykorzystuje wszystkie instrumenty tak zwanej literatury pięknej… Ale jest budowany na fundamencie faktu.
Wojciech Tochman powiedział w jednym z wywiadów: „fakt jest święty” – kanonizował fakt jako kategorię poznawczą…
Fakt jest święty, ale jednocześnie trzeba pamiętać, i Tochman zawsze to podkreśla, że reportaż jest gatunkiem skrajnie subiektywnym. Jest opowieścią przefiltrowaną przez „opowiadacza”, przez jego oko, ucho i doświadczenie. Kapuściński mówił: gdy opisujesz wojnę, to zawsze stoisz po jednej lub po drugiej stronie frontu. Nie chodzi o to, że reporter wspiera tych czy tamtych. Ale nie funkcjonuje w próżni, nie może fizycznie przebywać po obydwu stronach konfliktu. Między innymi dlatego jeżeli dwóch autorów opisuje tę samą wojnę, to każdy opisze ją inaczej. Mogą powstać zupełnie różne książki – i obie mogą być prawdziwe. Na studiach dziennikarskich uczono mnie, że nawet informacja prasowa nie jest absolutnie obiektywna. Każdy wyraz jest nacechowany subiektywizmem. Żołnierz, partyzant, bojownik o wolność, terrorysta, powstaniec – każdy z nich walczy, ale już w tym jednym słowie jest przemycona dodatkowa informacja. Jeden autor nazwie uczestników Marszu Niepodległości z 11 listopada patriotami, drugi – chuliganami. Ale to nie znaczy, że któryś z nich kłamie.
W Instytucie powołaliście niedawno do życia książkowe Wydawnictwo Dowody na Istnienie, którego zostałaś naczelną redaktorką – co chcecie udowodnić tą nazwą?
To jest z kolei cytat z Hanny Krall – tytuł jednej z jej książek. Po pierwsze - chcieliśmy złożyć hołd wybitnej reporterce i mistrzyni Mariusza Szczygła oraz Wojciecha Tochmana. Ich talenty dojrzewały i rozkwitały pod opieką pani Hanny. Mariusz nieraz wspominał jeden z pierwszych kontaktów z Hanną Krall, kiedy ćwierć wieku temu przerobiła prawie każde zdanie w jego debiutanckim tekście w redakcji Gazety Wyborczej. „Dowody na Istnienie” to oczywiście metafora. Każdy tekst reporterski jest dowodem na istnienie ludzi i wydarzeń. W Jakbyś kamień jadła Tochmana, a także w którymś z reportaży Krall pojawiają się listy nazwisk – zamordowanych Bośniaków, zabitych Żydów. I te imiona wydrukowane w książce są być może jedynym dowodem na to, że ci ludzie żyli, że byli. Tak ocala się pamięć o nich, choćby i nawet nie mieli grobu.
Prawie równolegle (z różnicą jednego roku) kończyłaś dwa fakultety: dziennikarstwo i polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Czy te studia uzupełniały się, czy kolidowały ze sobą?
Uzupełniały się. Na polonistyce znalazłam to, czego brakowało mi na dziennikarstwie. Wielu kolegów z roku brało drugi kierunek, by zdobyć solidne wykształcenie humanistyczne – szli na kulturoznawstwo, historię, różne filologie, filozofię, socjologię… Na dziennikarstwie szybko się zorientowałam, że przygotowuje raczej do pracy medioznawczej, kształci tzw. media workers, a nie dziennikarzy.
Nie uczono pisać ?
To nie tylko o to chodzi. Już kiedy szłam na dziennikarstwo, musiałam zdać wieloetapowy egzamin, na którym poza wiedzą trzeba było wykazać się umiejętnością pisania różnych form dziennikarskich. Ale podczas studiów nie było zajęć praktycznych, nie pisaliśmy, mało dyskutowaliśmy, za to wkuwaliśmy na pamięć redaktorów naczelnych lokalnych dzienników, wysokości nakładów itd. Brakowało mi również akademickiej dyskusji o literaturze, filozofii, kulturze – dlatego poszłam na polonistykę. Myślę, że na dziennikarstwie za dużo wymagano od nas teoretycznej, bezużytecznej wiedzy o systemach medialnych. To wszystko z łatwością możemy znaleźć w Internecie. Powtarzano nam, że jesteśmy wyjątkowi, bo to my będziemy kształtować gusta i opinie ludzi. A my przecież nic nie wiedzieliśmy...
Wielu młodych absolwentów studiów dziennikarskich niezbyt dobrze wspomina pierwsze kontakty z redakcjami, gdy zjawiali się w nich w poszukiwaniu praktyki, czy rozpoczęcia pracy. Słyszeli epitety w rodzaju – rozparzeńcy. Ty też to usłyszałaś w Instytucie Reportażu?
O nie! Miałam dużo szczęścia, gdy na czwartym roku dziennikarstwa zapisałam się na seminarium warsztatowe prowadzone przez Wojtka Tochmana. Już po pierwszych zajęciach zapałałam miłością do reportażu. Gdy zobaczyłam błysk w jego oczach i usłyszałam pasję w głosie, bo Tochman w przeciwieństwie do wielu wykładowców nie klepał notatek z zeszytu, to natychmiast podbił moje serce. Przede wszystkim: był praktykiem, a nie teoretykiem. Dziennikarstwa powinni uczyć ci, którzy je uprawiają. Tochman przynosił na zajęcia Duży Format i analizował z nami teksty. Kiedyś poprosił, żebyśmy przeczytali „Szachinszacha" Ryszarda Kapuścińskiego. Oczywiście wszyscy zadanie olali, bo na dziennikarstwie się nie czytało, a udział w zajęciach był całkowicie bierny. Po trzech tygodniach Tochman zapytał, kto przeczytał książkę. Poza mną zgłosiła się może jedna osoba. Wojtek powiedział wtedy, żeby ci, którzy jej nie przeczytali, poszli na kawę, bo ich udział w zajęciach nie ma sensu. No i wtedy rozeszła się fama po Wydziale, że Tochman ośmielił się wyrzucić studentów za drzwi… To właśnie dzięki temu, że poznałam jego, jestem teraz tu, gdzie jestem. I dlatego mogę powiedzieć, że dziennikarstwo, które tak mnie frustrowało, jednak zmieniło moje życie.
Do Workshopu – „organu” Laboratorium Reportażu Marka Millera zrobiłaś jeden z najlepszych wywiadów z Tochmanem, jakie czytałem. Czego nauczył Cię ten wywiad?
Dziennikarzowi nie wolno zanudzać swego rozmówcy banalnymi pytaniami, to znaczy takimi, które on już słyszał sto razy. Dlatego przed rozmową z bohaterem wywiadu trzeba się dobrze przygotować; przeczytać wszystko, co jest do przeczytania, w pierwszej kolejności wszystkie książki autora, a następnie wszystkie wywiady, jakich udzielił. Wiesz, ile razy Szczygła zapytano, dlaczego zainteresował się Czechami albo o to, czym różnią się Czesi od Polaków? Gdyby dostawał dziesięć złotych za każdym razem, gdy usłyszał te pytania, mógłby wytapetować sobie banknotami mieszkanie. Oczywiście pewne informacje, również te podstawowe, powinny znaleźć się w rozmowie. Ale należy zapytać o nie w taki sposób, żeby podniecić intelektualnie naszego rozmówcę, a nie zmuszać do cytowania samego siebie, co go tylko żenuje.
Zapewniacie, że w Polskiej Szkole Reportażu uczycie „miłości do reportażu” – co to znaczy?
Zarażamy ich tą pasją. Uczymy myśleć o temacie, podpowiadamy, jak go sformułować oraz jak sprzedać go w atrakcyjniej formie redaktorowi – zaledwie w kilka minut, zanim ten zdąży się znudzić. Program szkoły jest podzielony na sześć głównych bloków: temat, dokumentacja, podróż, rozmowa, pisanie, redagowanie. Są to zarówno spotkania z najwybitniejszymi przedstawicielami zawodu, jak i ćwiczenia warsztatowe. Oczywiście, tak jak mówiłam, jesteśmy elastyczni. Jeśli studenci marzą, żeby się spotkać z kimś, kto nie został przewidziany w harmonogramie, albo przegadać coś wyjątkowego, co wydarzy się na naszym podwórku (tak na przykład było w przypadku publikacji reportażu Szczygła Śliczny i posłuszny). Wówczas na bieżąco zmieniamy program tak, żeby reagować na zaistniałe potrzeby. W lutym rozpocznie naukę szósty rocznik studentów. I zapewniam, wszyscy mają bzika na punkcie non-fiction!
Od lat słychać narzekania wykładowców nie tylko Uniwersytetu Warszawskiego, ale innych uczeni publicznych oraz prywatnych na niewystarczający poziom aktywności studentów dziennikarstwa. Wielu medioznawców wystawia im w wywiadach i publicystyce ( np. w Forum Dziennikarzy) wyjątkowo słabe cenzurki.
Nie mamy z tym problemu. Na początku szkoły mówię studentom: spotkacie się z najlepszymi ludźmi w tym zawodzie, którzy wiedzą o reportażu wszystko, ale nie są pedagogami, nie mają przygotowanych zeszycików z notatkami do wyrecytowania, za to odpowiedzą na każde wasze pytanie. Nasze zajęcia mają raczej formę dyskusji niż wykładu. Szkoła kosztuje, i to niemałe pieniądze, dlatego przychodzą do nas tylko ci, którym naprawdę zależy. Nie chodzi im o papier, ale o wiedzę, o twórczy ferment.
A czego ty się nauczyłaś?
Uczestniczyłam w pierwszej edycji Polskiej Szkoły Reportażu i było to fenomenalne, formujące doświadczenie. Ale uczę się nieustannie – nie tylko od Mariusza i Wojtka, ale również od innych reporterów. Uwielbiam zaglądać do ich reporterskich kuchni, słuchać o warsztacie, poznawać kulisy powstawania książek... Nie mogę się na przykład nadziwić, jak Mariuszowi elementy układanki same wpadają w ręce, gdy pracuje nad jakimś tematem... Często przypomina to jakąś magiczną interwencję. Może to po prostu Wielki Scenarzysta, jak mówi Hanna Krall, podpowiada reporterowi tropy? To wspaniałe, że mogę tak z bliska obserwować „stawanie się” reportaży. Ale coś się traci, coś się zyskuje. Gdy śledzę poszczególne etapy pracy nad książkami, to trochę tracę jako czytelniczka, bo inaczej czytam wtedy ostateczny tekst. Nawącham się w tej kuchni reportażu, napróbuję, nasmakuję, a potem nie mam już tej radości z jedzenia gotowego dnia.
A twoje „dania” autorskie?
To paradoks –bo piszę fikcję. Drukowałam opowiadania w Dwutygodniku.com, w Akcencie. Jedno zostało nawet przetłumaczone na włoski i opublikowane w specjalnym numerze magazynu Internazionale prezentującym polską literaturę. Dotarło do mnie kilka wspaniałych reakcji włoskich czytelników na mój tekst... Ale piszę niewiele, rzadko, za rzadko. Szczygieł ciągle mnie mobilizuje i zachęca. Choć najbardziej stresuje mnie Krall, gdy pyta: pani Julio, a jak pani pisanie...
A ukochany reportaż? Odczuwasz przesyt „świętym faktem”
Nie wiem, czy bym potrafiła miesiącami, a nawet latami siedzieć nad jednym tematem. Gdy reporterzy pracują, są naprawdę opętani, zapominają o wszystkim, temat jest najważniejszy. To jest i wspaniałe, i straszne. Pewnie szczególnie wtedy, gdy przychodzi z kimś takim żyć... Poza tym zawsze miałam dużo dylematów moralno-etycznych. Reportaż to praca na żywym organizmie. Łatwo kogoś skrzywdzić... Ale być może, to kwestia grubej skóry, której nie mam.
Cieszę się, że ja mam grubszą.
Negatywny bohater twojej książki Nie oświadczam się, którą, jako pierwszą (wzbogaconą o nowe rozdziały) wznowiliśmy właśnie w Wydawnictwie Dowód na Istnienie, nazywa cię po kilkudziesięciu latach szatanem i hieną, wyprasza cię ze swego podwórka, bo ma poczucie, że go skrzywdziłeś. Oni tam w Połańcu i Zrębinie po 35 latach pewnie wyparli z pamięci popełnioną przez siebie i opisaną przez ciebie zbrodnię, a ty im ją przypominasz…
Ale ja te epitety jednego ze współsprawców zbiorowego morderstwa, który cieszy się wolnością po dobyciu kary, przyjmuję spokojnie, bo wiem, że go nie skrzywdziłem. Czy mówienie prawdy w reportażu, nawet niedobrej prawdy, jest krzywdzeniem?
Oczywiście, że nie, w przeciwnym razie reportaż by nie miał sensu. Ale relacje z bohaterem trzeba rozpatrywać już na konkretnych przykładach. Przede wszystkim bohater powinien zawsze wiedzieć, z kim rozmawia i mieć świadomość, na co się decyduje.
