Z Agnieszką Czarkowską o tym, jak zegarek stał się pretekstem do opowiedzenia pasjonującej historii rozmawia Błażej Torański.
Bohaterem Pani reportażu jest zegarek. Złoty, kieszonkowy, szwajcarskiej firmy Silvana. Jak Pani go odnalazła?
Na pierwszego marca, dzień Żołnierzy Wyklętych, białostoki oddział IPN zorganizował wystawę o ekshumacjach, którą prowadzi przy Areszcie Śledczym w Białymstoku. Na fotografiach były m.in. przedmioty odnalezione przy szkieletach. Wśród nich zegarek.
IPN poszukuje ofiar komunistycznego terroru, ale napotyka także szczątki z czasu okupacji.
To jest zaskoczenie, bo historycy dotychczas uważali, że wszystkie ofiary Niemców ekshumowano z tego miejsca tuż po wojnie. Nie spodziewano się odnaleźć na terenie dawnego ogrodu przywięziennego ofiar niemieckiej okupacji, a na pewno nie w takiej liczbie. Tymczasem wydobyto już w sumie ponad trzysta szkieletów, są to zapewne szczątki ofiar terroru niemieckiego, jak i komunistycznego, a nikt nie wie, ile ich tam jeszcze jest.
Na fotografiach było wiele osobistych przedmiotów. Dlaczego poszła Pani śladem zegarka?
Miał zaskakujący w treści grawer. Wskazywał na Feliksa Filipowicza, znaną w przedwojennym Białymstoku postać aptekarza i działacza samorządowego, pierwszego w historii przewodniczącego Rady Miasta, zwanego prezesem. Ale z graweru wynikało, że zegarek Feliks Filipowicz dostał w 1933 roku od Wodociągu Białostockiego. Zbyt wiele pojawiło się zagadkowych pytań, niejasności.
Zwłaszcza, że w tym okresie było w Białymstoku dwóch Feliksów Filipowiczów, a jeden z nich – dziadek prokuratora prowadzącego śledztwo - był związany z wodociągami. Tajemnica na tajemnicy. Do jakiej prawdy zamierzała Pani dotrzeć?
Najpierw fascynujące było to, do którego Feliksa Filipowicza należał zegarek. Nie mógł to być człowiek, który z nim zginął. Do dzisiaj nie zidentyfikowano ofiar z tego dołu egzekucyjnego, ale z pewnością nie było tam żadnego Feliksa Filipowicza. Ten najbardziej zasłużony zmarł śmiercią naturalną w czasie okupacji sowieckiej.
Zegarek został zrabowany? Odkupiony w czasie okupacji?
Chciałam ustalić jego losy, dlaczego spoczął w tym grobie i z kim. Może ktoś z rodziny Filipowicza zginął z tym zegarkiem? Może syn, brat, przyjaciel? Może właściciel komuś go podarował? W tym celu musiałam poznać historię życia Filipa Filipowicza, aptekarza i działacza samorządowego.
Co Panią w niej najbardziej zafascynowało?
Ta historia bardzo mnie pochłonęła. Odtwarzanie prywatnego życia, niezwykle bogatego, barwnego, szukanie tropów, śladów, było fascynujące. Najbardziej wciągające było to, że nikt przede mną tego nie robił. Byłam w tym odkrywaniu pierwsza. Miałam poczucie, jak kręciła mnie ta historia, jak zatracałam się w niej, zapominałam. Materiały do reportażu zbierałam przez pół roku, ale w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że to mnie do niczego nie prowadzi, a już na pewno nie do odpowiedzi na pierwotne pytanie: dlaczego ten zegarek spoczął w tym grobie i z kim? Odkrywałam kolejne powiązania rodzinne bohatera – jego pierwsza żona, druga, dziecko pozamałżeńskie - zaangażowanie patriotyczne, walka o polskość, śledzenie go przez carską Ochranę, aresztowanie, uwięzienie przez Niemców podczas I wojny światowej…
Mogła Pani z tego zrobić kilka pasjonujących reportaży. Warstw opowieści było wiele.
To prawda. Ma pan rację, że godzin nagrania i pobocznych wątków jest tak wiele, że wystarczyłyby na kolejne reportaże. Potem pojawia się ból tworzenia. Przy montażu trzeba wyciąć wątki, często równie fascynujące, które jednak mogłyby zagmatwać narrację. Wracając do etapu dokumentacji – w pewnym momencie uznałam, że nie zrobię tego reportażu o zegarku, bo prawdopodobnie nie dotrę do nazwiska człowieka, który z nim poległ w grobie. Miałam czekać kolejne miesiące, lata? Aż ktoś się odezwie, przypomni sobie, coś się wyjaśni? Że odnajdę kolejnego świadka? I wtedy wydarzyło się coś zupełnie przypadkowego. Ze zwykłej babskiej ciekawości zadałam pytanie – nie zdradzę komu i jakie - i dopiero uświadomiłam sobie, o czym będzie ta audycja. Bo gdybym teraz w jednym zdaniu miała streścić, o czym jest ten reportaż i co bym chciała, aby pozostało w słuchaczu po jej wysłuchaniu, rzekłabym: nie mijaj ludzi w swoim życiu obojętnie.
Na wiele pytań, które stawia Pani, opowiadając tę historię, mogła odpowiedzieć kobieta, którą miała Pani w zasięgu ręki. Niestety, bezpowrotnie odeszła. Nie ma pani poczucia, że coś zagubiła?
Nie mam poczucia winy. Zdarza się to nawet reporterom, tak bardzo otwartym na ludzi, szukającym ich historii. Lubię rozmawiać i słuchać ludzi, taką mam naturę. Nie mam do siebie pretensji, odbieram to tylko jako lekcję pokory. Miałam w zasięgu ręki ważną osobę dla historii Białegostoku. Ale mijałam ją…
Jakie miała Pani największe problemy przy realizacji „Rozstrzelanego zegarka”?
Największe w odnalezieniu rodziny Feliksa Filipowicza, jego potomków, bo w Białymstoku już ich nie ma. Dziwnym zbiegiem okoliczności człowiek, który miał z nimi kontakt, zmarł w lutym, miesiąc przed tym, jak dowiedziałam się o zegarku.
Reportaż trzyma w napięciu, bo daje nadzieję na rozwikłanie tajemnicy zegarka.
Gdybym trzymała się pierwotnego założenia, dlaczego chciałam opowiedzieć tę historię, reportaż by nie powstał. Postanowiłam jednak zrobić z tego osobistą historię. Po raz pierwszy w takim zagęszczeniu osobistej narracji.
W jakim kierunku pójdą Pani kolejne poszukiwania reporterskie?
Od kilku lat z pasją zajmuję się historią XX wieku, zwłaszcza na Podlasiu. Zrealizowałam wiele tematów o zesłaniach na Syberię, partyzantce niepodległościowej, II wojnie światowej. To są już ostatnie chwile na nagrywanie ostatnich świadków tych wydarzeń. Spieszę się z tym. Dwa tygodnie temu wysłuchałam relacji uczestnika walk pod Monte Casino. Ma 92 lata. Historię zawsze pokazuję przez los konkretnego człowieka i jego emocje.
xxx
Reportażu „Rozstrzelany zegarek” Agnieszki Czarkowskiej można wysłuchać na stronie Polskiego Radia Białystok:
http://www.radio.bialystok.pl/reportaz/index/id/116933
