Zaskoczyła Pana decyzja o zatrzymaniu Aleksandra G., byłego senatora i biznesmena, króla cinkciarzy, niegdyś jednego z najbogatszych Polaków. Nie brał Pan tej hipotezy pod uwagę?
- Tak jak inni dziennikarze próbujący wyjaśnić sprawę Jarka Ziętary wiedziałem od lat, że Aleksander G. był wśród prowadzących podejrzaną działalność biznesmenów, którymi interesował się Jarek. Więc nie było dla mnie zaskoczeniem, że akurat jedna z tych osób – według prokuratury - ma związek z zamordowaniem dziennikarza.
Ziętara zbierał materiały o jego powiązaniach ze światem przestępczym?
- Nie wiem jakiego rodzaju materiały Jarek zebrał. Ocalały tylko niektóre zapiski wskazujące na jego zainteresowanie tym człowiekiem. Po porwaniu Ziętary przejęto jego materiały – dokumenty i nagrania.
Nie dostawał ostrzeżeń od G.?
- Nic nie wiem na ten temat. Jarek był bardzo skryty, był indywidualistą. Co - patrząc z obecnej perspektywy czasu – było dla niego niebezpieczne.
Ale kto był cynglem? Kto wykonał ewentualne zlecenie Aleksandra G.?
- To pytanie do prowadzących śledztwo.
Na porwanie i zamordowanie na zlecenie dowody są od dawna. Zeznało tak siedmiu świadków, potwierdził to prokurator Andrzej Laskowski. Dlaczego Pana zdaniem prokuratura dopiero teraz dokopała się do G.?
- Z tego co mi wiadomo zatrzymanie Aleksandra G. nie dotyczy wątku, którym w latach 1998-1999 zajmował się prokurator Andrzej Laskowski. Ale niewykluczone, że te wątki się ze sobą jakoś wiążą.
Dotarł Pan do zeznań świadków objętych klauzulą „tajne” ?
- Chciałbym, ale jest to niemożliwe. Dostęp do nich mają tylko osoby uprawnione zajmujące się prokuratorskim śledztwem.
Ziętara odmówił współpracy z UOP. Ale czy dostawał od służb – na zachętę - niebezpieczne informacje? Czy był przez nie nieświadomie wykorzystywany?
- Jestem przekonany, że Jarek Ziętara uzyskiwał informacje od służb specjalnych. Dysponował np. tajnymi dokumentami i wiedzą, które były wtedy tylko w ich posiadaniu. Być może celem specsłużb było wykorzystanie Jarka do realizacji swoich działań np. rozpracowanie przestępców, ale przekazywanie informacji mogło także być formą zachęty do podjęcia współpracy. Niezależnie od motywów – stanowiło to duże zagrożenie dla dziennikarza.
Służby stosowały wobec niego działania osłonowe?
- Gdyby tak było, dzisiaj zapewne nie mielibyśmy powodu do tej rozmowy. Służby nie tylko nie zabezpieczyły Jarka przed ryzykiem, ale na dodatek po jego porwaniu destrukcyjnie wpływały na śledztwo, by nie wyszły na jaw ich związki z dziennikarzem. Doszło m.in. do tego, że ministerstwo spraw wewnętrznych okłamało w latach 90. prokuraturę, że Urząd Ochrony Państw nigdy nie był zainteresowany zatrudnieniem Jarka.
Jest jeszcze szansa na odnalezienie ciała dziennikarza?
- Osobiście uważam, że jest ona niewielka. Upłynęły ponad 22 lata od zabicia Ziętary. Zapewne zamieszane w zbrodnię osoby zadbały o to, by w tym czasie usunąć koronny dowód zabójstwa.
Ma Pan satysfakcję? To dzięki Pana determinacji dwukrotnie umarzane śledztwo może wreszcie doprowadzić do rozwiązania tej zagadki.
- Moje starania o to, by wznowić śledztwo i zabrać je z Poznania nie dałyby efektu gdyby nie wsparcie wielu osób, przede wszystkich dziennikarzy. Chciałbym też podkreślić, że o to samo przez lata bezskutecznie starała się rodzina Jarka. Cieszy mnie, że krakowska prokuratura nie odpuściła i wnikliwie bada sprawę Ziętary. W końcu mogła pójść po najmniejszej linii oporu i stwierdzić, że nic nie da się zrobić. To przecież bez wątpienia jedno z najtrudniejszych śledztw w Polsce.
Jaka jest przyczyna, że śledztwo trwa tyle lat? Słabość struktur państwa? System powiązań ze służbami? Ich wpływ na rządzących? Na wymiar sprawiedliwości i organy ścigania?
- Negatywnie na śledztwo prowadzone w latach 90. w Poznaniu wpływały służby specjalne, ale przecież nie tylko one były zainteresowane w tym, by prawda o śmierci Jarka Ziętary nigdy nie wyszła na jaw. Były wiceszef wywiadu UOP w latach 90., Piotr Niemczyk powiedział we wtorek, że „oligarchowie z Poznania” mogli utrudniać poznańskie śledztwo.
xxx
Jarosław Ziętara (ur. 1968), był dziennikarzem mediów poznańskich, w 1991 roku etatowym dziennikarzem „Wprost”, współpracował z „Gazetą Wyborczą”. Od 1992 r. zatrudniony w „Gazecie Poznańskiej”, zajmował się m.in. aferami gospodarczymi. Zniknął 1 września 1992 r. w drodze do redakcji. Śledztwo wszczęto dopiero po roku. Koncentrowało się ono na wersjach pozbawionych racjonalnego uzasadnienia. Sprawę umorzono w 1995 roku uznając, że nie doszło do przestępstwa. Podczas ponownego śledztwa w latach 1998-1999 ustalono, że Ziętarę porwano na zlecenie i zamordowano. Rodzice dziennikarza już nie żyją. Całymi latami lekceważono ich prośby o wznowienie i przekazanie sprawy prokuraturze spoza Poznania. Starania te kontynuował utworzony w 2010 roku Komitet Społeczny „Wyjaśnić śmierć Jarosława Ziętary”. Od stycznia 2012 roku śledztwo w sprawie zabójstwa – a nie zaginięcia – Ziętary prowadzi Prokuratura Apelacyjna w Krakowie. We wtorek zatrzymała ona Aleksandra G. pod zarzutem podżegania do zabójstwa dziennikarza. Obszerne informacje o sprawie dostępne są na stronie jarek.sledczy.pl.
xxx
Aleksander G. był działaczem ZMS, PZPR, pracownikiem Służby Bezpieczeństwa, współpracownikiem tajnego wywiadu PRL, absolwentem Wieczorowego Uniwersytetu Marksizmu-Leninizmu, ale potem ukończył prawo. W 1989 roku założył na granicy zachodniej pierwszą polską sieć kantorów, a rok później był już – w ocenie tygodnika "Wprost" - najbogatszym Polakiem. W tym czasie wszedł do spółki Art-B, symbolu największej afery pierwszych lat wolnej Polski. Za przywłaszczenie miliardów starych złotych z Art-B Aleksandra G. zatrzymał UOP. W trakcie procesu G. został senatorem i na kilka lat uniknął odpowiedzialności. W 2001 roku został jednak aresztowany za oszustwa podatkowe i celne. Odsiedział dwa wyroki, w tym jeden ośmioletni.
